Jeśli zamierzasz wykorzystać publicznie jakiekolwiek informacje lub materiały z tej strony - zapytaj o zgodę

Salon Recreativo



2001 S.P. Records

album czy singiel? album


Najnowsza płyta Kultu. Premiera: 1.10.2001.


1. Dla Twojej miłości
1. To nie jest wasz dom - nasz on (wersja CD2)
2. Twójmój czas
2. Großßtanz (wersja CD2)
3. Brooklyńska Rada Żydów
3. Konsument (wersja CD2)
4. Łączmy się w pary, kochajmy się
4. Radio Tirana (wersja CD2)
5. Najbardziej chciany bandyta w Polsce
5. Wódka (wersja CD2)
6. Pełniej
6. Artyści niezależni (wersja CD2)
7. Piotr Pielgrzym
7. Generał Ferreira / Rząd oficjalny (wersja CD2)
8. Henryk Wujek
8. Złodzieje w Wejherowie (wersja CD2)
9. Forum internetowe
9. Wanilia (wersja CD2)
10. With a little help from my friends
10. Amulet (wersja Kazika - CD2)
11. Dokąd uciekasz?
11. Forum internetowe (wersja Kazika - CD2)
12. Uwiąd starczy
12. Najbardziej chciany bandyta w Polsce (wersja Kazika - CD2)
13. Ogrodzenie
13. Salon Recreativo (wersja CD2)
14. Sen Bruna S.
15. Ze mną się bracie nie napijesz?
16. Amulet


komentarze i recenzje
dodaj komentarz lub recenzję


kolbi 2002-09-17 15:25:00
Poniemiecki niewypał.


KMs 2002-09-23 15:31:36
Plytka jak na pierwsze przesluchanie nie ciekawi ale jak sie w nia słucha za 2.3 to jest git.jest jedna z lepszych.według mnie najlepsza piosenka to "uwiąd starcz"


Kenny Wywietrznik 2002-09-23 18:52:05
Płytka nie jest najlepsza, ale ma w sobie to coś. Klimat ma niepowtarzalny. Utworki są świetne pod względem tekstów, choć muzyka troche nuży. Ogólnie: Bardzo dobry


Bartek 2002-09-23 19:02:37
Plyta to niewypal moim zdaniem to nie do muzy ale do textow mozna sie przyczepic


Spirall 2002-09-23 21:44:24
Nie przejmujcie się bełkotaniem debili , którzy sądzą że płyta jest niewypałem ... bo jest ona naprawdę dobra . Wyróżnić szczególnie należy "Pełniej" i "Twójmój czas" .


aloss 2002-09-24 11:01:37
Dla mnie plyta jest w porzadku, a przy kawalku "Forum internetowe" jeszcze jak do tej pory spokojnie na dupie nie posiedzialem.


iskierka 2002-09-24 14:30:27
płytka całkiem ok:)


stigma 2002-09-24 14:33:56
Płyta jest naprawdę spox- ma niezły klimat, a o to przecież chodzi. Niektórzy pewnie przyczepią się do tego, że Kult nie jest już tym "starym dobrym Kultem", ale przecież każdy zespół w jakiś sposób musi ewaluować!


grabek 2002-09-24 17:05:06
Płyta jest naprawdę świetna,a w teksty radze się niektórym wsłuchać!!!!!!


Piter 2002-09-25 13:12:25
Dla mnie płyta jest super. Nawet za pierwszym razem, jak ją słuchałem, bardzo mi się podobała. Minął rok a płyta nadal jest dla mnie zajebista. A krytykom radze głosno słuchać lub wybrać sie na koncert


GOGO 2002-09-29 10:24:16
Ja mam nadzieję że ma taki klimat jak stare płyty Kultu


kaczor 2002-09-29 11:58:23
po prostu Kult...Nigdy nie zawodzi, zawsze na czasie a i dosrać potrafi ( nie tylko panom politykierom, ale i do fanów ma zapytania - patrz Forum, czyli o tym co właśnie robię ). A jeśli komu nie wchodzi to niech poczeka, bo to wydawnictwo musi dotrzeć, potem jest już tylko ślepa miłość...


cattolico 2002-09-30 13:31:10
wedlug mnie calkiem dobra plyta dzieki ktorej wielu mlodych zainteresuje sie blizej ta kapela i siegnie po starsze,lepsze plyty.


T0udi 2002-09-30 20:46:17
Kazik rox! Tą płytkę oceniam na 8/10 i jest troche bardzo dobrych kawałków...


szwagier 2002-10-01 19:12:29
płyta dobra chociaż coś jej brakuje..Daleko jej do "posłuchaj..." czy "spokojnie" mam nadzieje że najlepsze będą lepsze


cubek 2002-10-02 02:49:16
slucham Kultu od 86r wswzsystko co Kaziu moj drogi kolezko stworzyles jest wyjebiste nawet tu gdzie mieszkam-czyli za wielka kaluza


Maciek 2002-10-02 14:51:52
"Salon..." jest jak dla mnie roche za długi, pare piosenek jest jakby troche na siłę. Tez mi sie z początku nic na tej płycie nie podobało, dopiero po któryms przesłuchaniu coś niecoś... "Forum..." jest fajne, "Pełniej" też. Jest jeszcze parę dobrych piosenek, ale własciwie to tylko te sie , jak na mój gust wybijają.


Dergon 2002-10-03 13:51:39
Płyta bardzo dobra, przecież to Kult. Ale są lepsze płyty i to trzeba przyznać. A moja ulubiona piosenka to "Sen Bruna S.".


JJ 2002-10-04 11:48:07
ogolnie KOMERCHA, ale jak sie kocha KULT...


Niczypor 2002-10-05 17:44:40
Ta plyta to gowno,jak macie dalej takie cos dalej wydawac to lepjej dajcie sobie spokoj. hej


ZPIDER MF 2002-10-06 07:21:27
YES QRVA GIT I TYLE MADAFAKENSY Z EL. EJ.


kraken 2002-10-06 20:04:00
według mnie najgorsza płyta Kultu


barrth3z 2002-10-08 12:07:51
plytka bardzo udana, mnie sie podoba nie nudzu przy dluzszym sluchaniu..tylko kaseta juz mi sie zpsula po ciaglym odtwarzaniu w walkmanie :). najlepsza piosenka wedlug mnie to Sen Bruna S.


leOn 2002-10-09 22:19:56
eee... po kilku przesluchaniach da sie polubic, chociaz to nie to co dawniej...


zsasada 2002-10-10 09:34:28
można się nią znudzić ito szybko


wujasbartek 2002-10-10 20:52:36
Płytka całkiem niezla, ale byly lepsze


Jacek Superstar 2002-10-10 21:35:19
Płyta inna niż wszystkie. Jak każda z resztą. "Uwiąd starczy" jest najlepszym kawałkiem z płyty. Zejebisty był za to koncert promujący album-06.10.2001 Kielce


ela(9 lat) 2002-10-12 12:28:00
przeczytalam w Bravo ze kult jest fajny i mam zamiar kupic sobie jego plyte.Chyba bedzie to salon rekreativo bo koledzy powidzieli ze mają tam fajne dyskotekowe kawałki


kootek 2002-10-12 16:23:47
Płyta raczej nijaka,ani dobra ani zła.Jest kilka fajnych kawałków ale ogólnie nie poraża.to tyle rozmnieszyła mnie ela{9 lat}.ha ha dyskotekowe ka -wałki.


janku 2002-10-12 18:25:40
elu lat 9 masz nieźle nasrane w swojej małej pustej głowie . Jeżeli uważasz że bravo czy inny szit jest pismem o do brej muzyce to kupuj je dalej. ja wole Metal Hammera albo Tylko Rock.tam jest o czym czytac a nie jakies brytnej-sritney czy ich 3


Zbychu 2002-10-13 00:50:04
Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu.


Zbychu 2002-10-13 00:53:41
Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu.


Zbychu 2002-10-13 00:57:45
Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu.


Artur 2002-10-13 19:42:43
Najgorsza plyta Kultu,wiecej nie napisze bo za bardzo lubie wasz zespol


Matur 2002-10-14 12:41:27
Od kiedy usłyszałem "Spokojnie" zachorowałem. Choroba trwa. Nie wiem czy jeszcze długo pociągnę bo "Salon Recreativo" doprowadził mnie na krawędź. Po krachu "krachu" ta płytka mnie oprowadziła po wszelkich mozliwych majakach i zludzeniach estetyczno-muzycznych. Jestem głęboko i pozytywnie wstrząśnięty. Od słuchania tych kawałków nauczli sie juz ich na pamiec moii starzy i .....sąsiadka - mowi że "ładne" jak nie klną.


kuba 2002-10-14 14:05:48
super plyta na pewno nie tak dobra jak ostateczny krach ale jest git i warto wsluchac sie w teksty moj ulubiony kawalek t pelniej powodzenia


vonSchmitzenblaum 2002-10-15 10:27:07
perkusja w Piotr Pielgrzym jest genialna, Zdunek odwalił kawał dobrej roboty ale na Melodiach Kurta Weilla jest lepszy. Uwiąd starczy rules


Steff 2002-10-17 00:27:07
Disco-muły, którzy nie znają się na dobrej muzie i uważają, ze płyta to niewypał niech się schowają pod szafę!!! Przed chwilą wróciłem z koncertu i był równie zajebisty jak "Salon Recreativo"! Zresztą KAZELOT nigdy nie robił chały!!!


opek 2002-10-17 11:47:46
plyta jest super. niemniej trzeba ja posluchac wiecej niz raz by sie w niej zakochac(podobnie jak z wiekszoscia kazikowstwa:) jest troche przy dluga, znaczy druga plytka jest troche nuzaca i dlatego slucham jej zadziej:) ale ta "wodka" w stylu hiphop:) moja ulubiona piosenka - pelniej. papa kult:)


josearturo 2002-10-17 20:39:25
Jeżeli twierdzisz, że rozumiesz KULT, to nie słuchaj więcej. Jeżeli treść tekstów to częśc twojego życia, to nawet gdyby nagrali własne pierdzenie też będą najlepsi- bo to jest KULT!!!


Pawel.74 2002-10-18 16:03:29
Plytka w deche teksty-10 muzyka-10 generalnie super


Kuzyn 2002-10-18 16:21:53
Jeszcze nie zdążyłem przesłuchać ale znając dodychczasową twórczość owej grupy popowej :-) napewno jest zajebista nara


Witkacy 2002-10-18 19:52:32
Plyta jest zajebista ,kto ma inne zdanie niech ,wypierdala na AgroTechno -po tyssiockroc


statek 2002-10-18 23:33:24
super płytka, idzie z duchem czasu...


GOGO 2002-10-19 21:41:55
Doczekałem się jej. Ale jestem zawiedziony. Według mnie najgorszy album Kultu (oj panowie, nie spisaliście się). Fakt że są wyjątki , ale to nie to co Kult prezentował kilka i kilkanaście lat temu :((((((((( Daję jej 3+ albo 4-


GOGO 2002-10-20 13:30:40
Czy oni nie mogą nagrać jakiejś płyty w dawnym stylu (Spokojnie, Posłuchaj lub Kaseta)


Miensniak 2002-10-21 12:28:38
Kult jest extra


Kwarcek 2002-10-21 12:39:57
To nie jest dawny Kult! Kazik ewoluowal (kurwa jakie dlugie slowo:)) i imho robi dalej swietna muze. Wsluchajcie sie w riff z Amuletu!!!


separatysta 2002-10-22 23:35:27
GOGO powiedział to co chciałem napisać. wg mnie w kulcie źle się dzieje koledzy... a tak na poważnie chodzi mi o teksty, nie wiem czy zauważacie ale najciekawsze teksty ma teraz KZN a nie Kult jak to było kiedyś.


GOGO 2002-10-23 19:42:41
Na kolejny album powinni grać muzę w stylu Spokojnie albo Posłuchaj a texty z Taty Kazika. Ps.Staszek Staszewski jeszcze żyje???


Regis 2002-10-24 14:21:38
Płytka niejest zła. Ogólnie bardzo dobra. Oby tak dalej chłopaki!!!!!!!!


DaZu 2002-10-25 20:50:58
Salon jest świetną płytą (jak i cała reszta płyt kultu i kazika), świetne melodie, texty i wolkal


el siusiak 2002-10-28 10:43:04
generalnie płytę tę uwazam za coś w rodzaju schabowego odgrzanego w mikrofalowce... nie podoba mi sie i mam nadzieje, ze kolejne plyty beda bardziej nawiazywaly do tych starszych. mimo wszystko kult rzadzi!


Matek 2002-10-28 20:35:32
Kult bedzie, jest i dlugo bedzie najlepsza polska kapela !! chociaz plytka jest jaka jest, ale moze to dlatego ze Kazik & spolka sie starzeja ??


żółw 2002-10-31 13:39:33
to jest dopiero album mam go 5 miesięcy i niemogę sie nadziwić K A Z I K jest zajebowisty i najleprzy na świecie


wujek dobra rada 2002-11-06 01:34:58
nie wiem czemu wszyscy oczekujecie kontynuacji wyswiechtanych staroci, zespol szuka czegos nowego. I dobrze!


angelo_jacopucci 2002-11-06 09:00:14
plytka jest swietna - trzyma klimat od poczatku do konca. A dlaczego nikt jeszcze nie komentowal 2giego cd? Ach, te improvizy na saxie i trabce - radio tirana rzadzi!


MiR 2002-11-07 11:43:56
Płyta GIT. Najlepsza piosenka - AMULET. Co się działo jak zagrali ją na koncercie w spodku...;)


Han Solo 2002-11-07 16:39:37
Plyta dobra, jedna z lepszych w dorobku zespolu.Zwlaszcza jesli chodzi o teksty.Ale fakt faktem ze zostala troszke zjebana poprzez slabe brzmienie.Ale pomimo tego lubia ja sluchac


Shiffti 2002-11-09 09:52:47
P³ytka bardzo wpozo...dlugo czekalem na nia a gdy wreszcie dosta³em to s³ucham do dzisiaj po kilka razy dziennie ...bo to przeciez o to chodzi aby poczuc klimat nie wystarczy pos³uchac raz lub dwa ...naprawde dotar³a Ta p³ytka do mnie samego ..polecam ja innym ...Teksty -boomba ...muza tez oki.


sledziu 2002-11-09 12:40:47
zajebista płytka. wprost wyjechana szczególnie utwory:radio tirana,wódka,artyści niezależni.


sic! 2002-11-13 10:04:31
plyta bardzo dobra - kult ponizej pewnego poziomu nie schodzi, jednak mam 2 zastrzezenia: slabo jakos zgrana - glos i slowa kazia nie sa tak wyraznie slyszalne jak np. na tacie2 (moze tak mailo byc?); glos kazia coraz starszy i jakby zmeczony - ale musialo sie tak skonczyc ciagniecie tylu kapel na raz...poza tym strasznie sie ciesze ze nie ma juz takiej komerchy jak na poprzedniej plycie (gdy nie ma dzieci itp.), a plyta jko calosc przekonuje o wiele bardziej niz poprzednia


burza 2002-11-16 20:37:11
Płyta średnio mi się podoba, da się posłuchać, kompozycje są chyba po prostu niedopracowane, ale generalnie mogli by w końcu wydać płytę na której bardziej liczyła by się jakość niż ilość.


MOTYL 2002-11-16 20:58:26
Niezła nowa wersja wódki ale to chyba tyle ato przecież odgrzewanie.Kiedy będie powrót do stylu z trzech pierwszych płyt albo 3 częś taty kazika.Słyszałem kiedyś że są jeszcze teksty na nową płytke.Obydwa taty był świetne ii nierozumiem dlaczego Tata2 dwa sprzedał się w nakładzie dziesięcio miejszyn niż Tata Kaziak gdyż był lepszy.


Gunther 2002-11-16 23:59:20
Dobra płytka. Oby tak dalej!!!


Towarzysz 2002-11-17 18:54:09
ROZDZIAŁ 1 - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co? - We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany - w tyli świat!... - zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu. Ksiądz spojrzał bezwiednie w tę dal i rychło przywarł oczy, bo nad zachodem wisiało oślepiające słońce; a potem spytał ciszej, lękliwiej jakby... - Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?... może... Nie zaraz odrzekła, wyprostowała się nieco, powlekła ciężko starymi wypełzłymi oczami po polach ojesieniałych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach. - I... nie wypędzali... jakżeby... dobre są ludzie - krewniaki. Niezgody też nijakiej być nie było. Samam ino zmiarkowała, że trza mi w świat. Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza. Trza było... roboty już la mnie nie miały... na zimę idzie, to jakże - darmo mi to dadzą warzę abo i ten kąt do spania?... A że rychtyk i ciołka odsadzili od maci... a i gąski, bo to już zimne nocki, trza zagnać pod strzechę, tom i zrobiła miejsce... jakże, bydlątek szkoda, Boże, stworzenie też... A ludzie dobre, bo mię choć latem przytulą, kąta ani tej łyżki strawy nie żałują, że se człowiek kiej jaka gospodyni paraduje... A na zimę we świat, po proszonym. Niewiela mi potrza, to se u dobrych ludzi uproszę i do zwiesny z Panajezusową łaską przechyrlam, a jeszcze się coś niecoś grosza uścibi - to rychtyk la nich na przednowek... krewniaki przeciech... A już ta Jezusiczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści. - Nie opuści, nie - zawołał gorąco i wstydliwie wsadził jej w garść złotówkę. - Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju! Przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały się po jej twarzy szarej i zradlonej jak te jesienne podorówki. - Idźcie z Bogiem, idźcie - szeptał zakłopotany podnosząc ją z ziemi. Zebrała drżącymi rękami torby i kijaszek z jeżem na końcu, przeżegnała się i poszła szeroką, wyboistą drogą ku lasom; raz w raz tylko odwracała się ku wsi, ku polom, na których kopano kartofle; i na te dymy pastusich ognisk, co się snuły nisko nad ścierniskami - poglądała żałośnie, aż i zniknęła za przydrożnymi krzami . A ksiądz usiadł z powrotem na kółkach od pługa, zażył tabaki i rozłożył brewiarz, ale oczy ześlizgiwały mu się z czerwonych liter i leciały po ogromnych, w jesiennej zadumie pogrążonych ziemiach, to po bladym niebie błądziły lub zatrzymywały się na parobku, pochylonym nad pługiem. - Walek... bruzda krzywa... te... - zawołał unosząc się nieco i chodził już oczami krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem. Zaczął znowu bezwiednie przebiegać czerwone litery brewiarza i poruszać ustami, ale co chwila gonił oczami siwki, to stadko wron, które ostrożnie, z wyciągniętymi dziobami podskakiwały w bruździe i raz w raz, za każdym świstem bata, za każdym nawrotem pługa, podrywały się ciężko, padały zaraz na zorane zagony i ostrzyły dzioby o twarde, zeschłe skiby. - Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje! Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi, uniósł się żywo poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko obwąchiwały twarz. - Heeet-aa! - wołał śpiewnie Walek, wyciągnął błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki - i orał dalej wielki łan ziemi, co pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach. Cicho było, ciepło i nieco sennie. Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne. Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonym kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzieniegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione. A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu, leżała wieś i grała w słońcu jesiennymi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz pełnych kamionek i tarnin-tylko gdzieniegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota - łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni albo leżały piaszczyste senne drogi i nad nimi rzędy potężnych topoli z wolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom. Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska- a czarny migocący cień biegł za nimi dołem po rżyskach i podorówkach. Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce - drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją w bok i znowu ryczeć zaczęła. - Na sprzedanie prowadzisz, co? - Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże, zapowietrzona... Wściekłaś się czy co! - wołała zadyszana; usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy, aż kurz je zakrył obłokiem. A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze Żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał. - Co tam słychać, Moszku? - Co słychać?... Komu dobrze, to i dobrze słychać... Kartofle , chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma żyto, kto ma kapustę temu dobrze słychać! - Pocałował księdza w rękaw, założył na kark pas od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny. A potem szedł środkiem drogi w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony przez tłustego kundla na sznurku. A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten ujrzawszy księdza przy drodze okrążył go z dala i biegł na przełaj pól do karczmy. To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna albo Żydówka pędziła stado kupionych gęsi. A każdy pochwalił Boga, zamienił słów parę i szedł w swoją drogę, odprowadzany życzliwym słowem i spojrzeniem księdza, któren, że już słońce było coraz niżej, powstał i krzyknął do Walka: - Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają. I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnym, pełnym kochania spojrzeniem ogarniał pola... ...Rzędy kobiet czerwieniły się na kopaniskach... rozlegał się gruchot zsypywanych do wozów kartofli... miejscam orano jeszcze pod siew... stada krów srokatych pasły się na ugorach... długie, popielate zagony rdzawiły się młodą szczotką zbóż wschodzących... to gęsi niby płaty śniegów bieliły się na wytartych, zrudziałych łąkach... krowa gdzieś zaryczała... ogniska się paliły i długie, niebieskie warkocze dymów ciągnęły się nad zagonami... Wóz zaturkotał albo pług zgrzytnął o kamienie... to cisza znowu obejmowała ziemię na chwilę, że słychać było głuchy bełkot rzeki i turkot młyna, schowanego za wsią, w zbitym gąszczu drzew pożółkłych... to znowu śpiewka się zerwała lub krzyk nie wiadomo skąd powstały leciał nisko, tłukł się po bruzdach i dołach i tonął bez echa w jesiennej szarości, na ścierniskach oprzędzonych srebrnymi pajęczynami, w pustych sennych drogach, nad którymi pochylały się jarzębiny o krwawych, ciężkich głowach... to włóczono role i tuman szarego, przesłonecznionego kurzu podnosił się za bronami, wydłużał i pełzał aż na wzgórze i opadał, a spod niego niby z obłoku wychylał się bosy chłop, z gołą głową, przewiązany płachtą - szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i błogosławiącym ziemi, dochodził do końca zagonów, nabierał z worka zboża, nawracał i z wolna podchodził pod wzgórze, że najpierw głowa rozczochrana, potem ramiona, a w końcu już był cały widny na tle słońca z tym samym błogosławiącym ruchem siejby; z tym samym świętym rzutem rozrzucał zboże, co jak złoty pył kolistym wirem padało na ziemię. Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i chowając ręce za siebie całowali w rękaw sutanny. Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco: - Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie. - My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo - ozwał się śmielszy. Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczkach. - Szczęść Boże w robocie! - Boże zapłać, dziękujemy! - odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego. - Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? - mówił wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn - brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać. - Juści, kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami. - Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika. - Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują. - Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie? - A Borynowe. - Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał. - Ociec pojechali z moim ano do boru. - A to wy, Anna, jakże się macie? - zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czerwonej chustce na głowie , która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała. - Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił? - Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów, się chowa i coś niecoś bałykuje. - No, zostańcie z Bogiem. - Panu Bogu oddajem. I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi, przy topolami wysadzonej drodze. Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie, kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki. - Lepszego to i na całym świecie nie znaleźć - zaczęła któraś z kobiet. - Juści, chciały go też zabrać do miasta... żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, to byśwa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! - mówiła Anna wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na rozkopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin. Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wyprostował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego przed nimi i znowu kopał, wybierał z szarej ziemi żółte ziemniaki i rzucał do kosza, przed się stojącego. Ludzi. było kilkanaścioro, przeważnie starych kobiet i komorników, a za nimi bieliły się dwa krzyżaki, u których w płachtach leżały dzieci raz w raz popłakując. - A tak i stara poszła we świat - zaczęła Jagustynka - Kto? - spytała Anna podnosząc się. - A stara Agata. - Na żebry... - Juści, że na żebry! Hale! nie na słodkości, ino na żebry. Obrobiła krewniaków, wysłużyła się im bez lato, to już ją puściły na wolny dech. - Wróci na zwiesnę, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza coś niecoś; zaraz ją będą miłowały, każą spać w łóżku, pod pierzyną, robić nie dadzą, coby se wypoczena. A wujna, a ciotka jej mówią, póki tego ostatniego szelążka od niej nie wyciągną... A jesienią to już la niej miejsca nie ma w sieni ani we chliwie. Scierwy, psie krewniaki i zapowietrzone - wybuchała Jagustynka i taki gniew ją przejął, że stara jej twarz posiniała. - Biednemu to zawsze na ten przykład wiatr w oczy dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą. - Kopta no, ludzie, kopta - popędzała Anna nierada tokowi rozmowy. Jagustynka, że to długo nie mogła bez gadania, to spojrzała na siejącego i rzekła: - Te Paczesie to stare chłopy, że jaże im już kłaki na łbach puszczają... - Ale kawalery zawdy - rzekła insza kobieta. - A tyle dziewuch się starzeje albo i służby szukać idzie... - Przeciech, a one mają cały półwłóczek i jeszeze łączkę za młynem. - Juści, abo to im matka da się żenić... abo to im popuści... - A kto by krowy doił, kto by opierał, kto by kole gospodarstwa abo i śwyń chodził... - Obrządzają se matulę i Jagusię, bo jakże, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata. - I patrzy ino, kogo by puścić pod pierzynę, któren aby mocny! - dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka. - Józek Banachów posyłał z wódką - nie chciała. - Cie... dziedziczka zapowietrzona. - A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi! - Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom to chto mleko odebrał, co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała, to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus! - I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą... - A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali - dodała znowu Jagustynka. - Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec...i zniżając głos do szeptu, a patrząc z ukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom: - A pono pierwszy do obrony to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies.:. - Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! to by już grzech i obraza boska była... - szeptały do siebie kopiąc i nie podnosząc głów. - A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają. - A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi... , - A bo to co robi, ino żre a wysypia się, to nie ma urodna być... Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę. A potem już z rzadka pogadywały to o tym, to o owym aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem bieży Józka Borynianka. , Jakoż i ta nadbiegała zziajana i już z daleka krzyczała: - Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało. - Jezus Maria, a której?... - A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę..- - Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej...-zawołała z ulgą Anna. - Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza, a ryczy, że loboga! - Ojca to nie ma? - Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło. - Duchem ci lecę, w to oczymgnienie. Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała do cna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem. A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się z wolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał. Słońce już się przetaczało na zachód i jakby rozżarzone biegiem szalonym czerwieniło się kołem ogromnym i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął bruzdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i z wolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów. Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichym, omroczonym powietrzu. Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański spiżowym świergotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki. Ze śpiewami a pokrzykami wesołymi spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tyłko raz w raz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste. Owce pobekiwały tu i ówdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu. - Ale szkoda, ta graniasta to sielna krowa. - I..: nie na biedaka trafiło. - A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje. - Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito. - A bo to Hanka nie gospodyni? - La siebie... jakby na komornym u ojca siedzą, tu juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje. - A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi? -Hale, abo to Boryna nie mógłby gront oddać Antkowi, co? - A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście. Wawrzku, a do cna jeszcze głupi - zaczęła żywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupi by był, żeby dzieciom zapisywał. - Hale, krzepki to juści, że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków. - Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł. - Już dwie żony pochował. - Niech se pochowa i trzecią, Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom, póki żyw, nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycugi że na wyrobek by chodził, z głodu by zdychał abo i na żebry, po proszonym szedł. Oddaj ino, co masz, dzieciom - to ci oddadzą; rychtyk ci tego starczy na sznureczek abo i na ten kamień do szyi... - Ludzie, a to czas do domu, mroczeje. - Czas, czas! Słońce już zaszło. Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego miedzą, pogadując coś niecoś,a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała. A równo z nimi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem: Aj, nie chodź kiele woza, Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby,- - Cie, głupia, wrzeszczy, kiejby ją kto ze skóry obdzierał ROZDZIAŁ 2 Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono-białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu. Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta. Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie. - Granula, biedoto, granula! - wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym. A kobiety radziły raz w raz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką - insza znowu wołała, żeby krew puścić-ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki. - A może by Ambroży co poradził? - zaproponowała któraś. - Prawda, na chorobach on jest znający - zawtórowali. Bieżyj no, Józia! Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele Laboga, a jak ociec nadjadą będzie to pomstowanie, będzie. - A przeciech my niczego niewinowate! -narzekała płaczliwie. A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała. W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą. Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takąż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową. Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał. - Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta. - A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta - i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! - zawołała Józia. Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterie pod brzuchem - ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno czarna, spieniona. Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu. - Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza - rzekł uroczyście Ambroży. - Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. - Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia. - Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami. - Ociec z Antkiem! - krzyknęła Józka i wybiegł na drogę naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzam zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie. - Tatulu, a to... graniasta już zdycha - wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę. - Nie pleć byle czego po próżnicy - mruknął podcinając konie. - Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik...Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał... - Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie! - rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem. Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna, strwożona. - Zmarnowali mi bydlę!... - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek... - Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu- tłumaczyła się cicho Hanka. - A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł! Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała - Nie ma co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł w końcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania... Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętym gardłem, grzebiąc ino nogami... Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce. - Nie bucz, głupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni. - Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce. - A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków'. - Trzeba dzisiaj zwieźć. - Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią. - Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. - Deszcz ano być może. Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopę i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata. - Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał. Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby. - Hanka, a daj no jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę. Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony na przestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę. Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek ż pastuchem sypiali przy koniach. W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca. Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął ż małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz. Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, w poprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwsze izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu. A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok. - Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna jak przetak wielkiego. - Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił. - Ścierwy, zmarnowali mi bydlę. - Przecięch, tylo krowa, to się złachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło. - Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich. - Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił... - Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic. - Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali. - Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić - będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny... Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko by się z pacierz przedrzymać. Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw - bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł. Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gębul. Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole. - Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę-prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego skląć abo i zbić z leda powodu. Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać, ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami. - Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku. Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie. - Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza. - Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko. - Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. - Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. - Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: - Józia, a gospodarz źli?... - O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. - Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał. Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. - Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam... - Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. . - Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo... - Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj! - Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować... - Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. - Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co? - A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie. - Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. - A czegój? - odkrzyknęła. - Chodzi ino. - Kiej dojem krowy. - Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj tego znajdka co? - Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. - Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. - Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz w raz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały... Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę. Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało... Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi... A teraz co?... Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze... Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito... - Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę... Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam... - Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos. - Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. - Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko. - Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami... - Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. - Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. - Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. - Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy. - Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. - Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. - Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?... - A juści, żeście to rozeznali?... no, no. - Po głosie ino, po gadaniu. - Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem? - Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. - Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. - Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. - A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa. - Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: - Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... - Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. - Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę... - Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie... I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. - Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. - Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł... - Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie... - Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. - Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. - To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco. - A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa... - Ona powieda, że ten dzieciak to... - W imię Ojca i Syna! Wściekła się czy co? - Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! - Wójtowie poczęli się śmiać. - Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! - szeptał dziad. -Cygani jak ten pies, anim ją tknął.Jeszcze by ,taki tłumok....taka pode płotem zdychała a skamlała, coby ją za samą warzę a kąt do spania wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: "Weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować? będzie swoja pod ręką..." Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. Ale nieboszka pedo: "Nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie, zawżdy coś uścibie". No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w spółce, to już różnie gadali... - Ona skarży na was. - Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego! - Ale do sądu trza wam iść. - Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi - ale zapłaciłem, na co świadków mam. A pyskacz zapowietrzony, a dzidówka! Laboga tyle umartwienia, że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty nie pokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec. - U wdowca to kiej między wilkami owca - powiedział znowu dziad. . - O krowiem słyszał, mówili mi już na polu... - To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta złotych wartała, żegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał... Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu. Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a w końcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę, mrugnął na żonę i powiedział: - Bobyście się, Macieju, ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować. - Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła... - Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko - dodała wójtowa i jęła sprzątać ze stołu. - Dobra żona głowy mężowej korona - dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim postawiła wójtowa. Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło. Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy ż nią lepiej niźli samemu biedować... - Która i głupia jest, i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca, która paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawżdy chłopu z nią lepiej i wygoda - ciągnął dziad, pojadając. - Dopiero by na wsi wydziwiali - powiedział Boryna - Hale - ludzie warna zwrócą krowę abo i co poradzą. abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą - zagadała gorąco wójtowa. - Abo i ciepłą pierzynę narządzą - zaśmiał się wójt. A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca. - Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa... - A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze. - A cóż to Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi? - Kto by ta miał dobra a i grontu dosyć - zaoponował dziad. - Ni, Grzegorzowa nie la nich - podjął wójt - za mdła i młódka to jeszcze. - A Jędrkowa Kasia? - wyliczała dalej wójtowa. - Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką - Jest ci jeszcze Stachowa Weronka. - Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze. - A wdowa po Tomku, jakże to jej?... całkiem jeszcze do żeniaczki... - Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku - A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?... - I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego. - Jest ci jeszcze, jest tego nasienia panowego, ale ino wybieram takie, co by pasowały la Macieja. - A zabaczyłaś o jednej, co by była la nich w sam raz. - Którna?.... - A Jagna Dominikowa? - Prawda, całkiem o niej przepomniałam. - Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gębie, a urodna kiej jałowica. - Jagna - powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania - a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków. - Ale, był to kto przy tym, to wie! Pleciuchy pletą, byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość - broniła mocno wójtowa - Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. Ale trza mi iść - poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy. - Na którą to w sądzie? - zapytał spokojnie. - Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty. - I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę. - Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki i jeszcze przed Godami sprawim wesele... Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł. - Jak stary młódkę bierze, diabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie - rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski. Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był, a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przydeptuje Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i ówdzie spoza drzew mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać. Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się w dół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu - wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowym. Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może aby przejść koło domu Jagny? a może aby zebrać nieco myśli i pomedytować. - Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. - Splunął. - Sielna kobieta!- Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów gorąc był silny. - A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać - myślał - a duża jucha i kiej malowana. - A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony? Tyle obleczenia po nieboszce jest - przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż, mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich, a mają piętnaście morgów, to niby na Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, żyto, widzi mi się, posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści pieć bez mała! Karwas pola!... Zatarł ręce i poprawił pasa. - To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a procentami, a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju, a uprawił i pszenicy posiał na całym kawale; konia by trzeba przykupić, a i po granuli krowinę jaką... Prawda, krowę by dostać dostała... I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji. A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył, coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć. - Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! - pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia. Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... - nie skończył, bo stanął przed chałupą Jagny. Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez kierz georginiowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę. Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę. Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę; stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała; w koszuli była tylko i z podwiniętymi do ramion rękawami -- podskubywała gęś. - Urodna jucha, to urodna! - myślał. Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami, że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami, że gęś jeno pogęgiwała z cicha a boleśnie, i odpowiadały jej inne gdzieś z sieni czy z podwórza. - Piękna kobieta - pomyślał i odszedł śpiesznie, bo mu uderzyło do głowy, aż się podrapał, zapiął pętlę i pasa przyciągnął. Już był w swoich wrotach i wchodził w opłotki, gdy się obejrzał na jej dom, bo rychtyk stał naprzeciw, tylo że po tamtej stronie wody. Ktoś akuratnie wychodził, bo przez drzwi uchylone lunęła struga światła i jak błyska wica zamigotała i padła aż na staw, potem czyjeś mocne stąpania zadudniły, i rozległ się chlupot wody nabieranej, a w końcu wskroś ciemni i mgieł, co się były zwlekały z łąk, śpiew się ozwał przyciszony: Ja za wodą, ty za wodą, Jakże ja ci buzi podom?... Podam ci ją na listeczku, A naści-że, kochaneczku... Słuchał długo, ale głos rychło przepadł i światła wkrótce pogasły. Na niebo wtaczał się zza lasów księżyc w pełni i rozsrebrzał czuby drzew, i siał przez gałęzie światło na staw, i zaglądał w okna chat, co mu były naprzeciw. Psi nawet pomilkli, cichość niezgłębiona objęła wieś całą i stworzenie wszelkie. Boryna obszedł podwórze, zajrzał do koni, parskały i gryzły obroki; wsadził głowę do obory, bo drzwi dla gorąca stały otworem. Krowy leżały przeżuwając a postękując, jako to jest zwyczajnie u bydlątek. Przywarł wrota do stodoły. Zdjąwszy kapelusz, szedł do izby i mówił półgłosem pacierz. A że spali już wszyscy, rozzuł się po cichu i zaraz legł spać. Ale zasnąć nie mógł, to pierzyna go parzyła, że nogi spod niej wysuwał, to mu po głowie chodziły sprawy różne, a turbacje, a pomyślenia... to mu brzuch ano ciężył srodze, że postękiwał i mruczał. - Zawżdy mówię, że zsiadłe mleko ino rozpiera brzucho, coby na noc nie dawać... A potem jął myśleć o Jagnie; jak by to dobrze było, bo i urodna, i gospodarna, i tyle pola... To znowu przypominał sobie dzieci, to te gadania na Jagnę, że mąciło się w nim wszelakie rozeznanie, i już nie wiedział, co począć, że uniósł się nieco, i jak to było zwyczajnie, chciało mu się du drugiego łóżka zawołać i poradzić: - Maryś ! Żenić się czy to się nie żenić z Jagną?... Ale w czas sobie przypomniał, że Maryś już od zwiesny na cmentarzu, a tam se śpi Józka i chrapie, a on jest sierotą, która poradzić się nikogo nie ma; to ino westchnął ciężko, przeżegnał się i jął mówić zdrowaśki za nieboszczkę i wszystkie dusze w czyśćcu ostające. ROZDZIAŁ 3 Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowym obejściu. Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię -szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych - przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął: - Zaraz, Kuba, zaraz! - i przytulał się do legowiska. - Pośpij se zdziebko, biedoto, pośpij! - Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze. Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się z wolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały w górę podartymi szmatami. Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czymściś do budy, koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej. - Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek. - I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy: - Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele ! A że robotny był, to się zajął obrządkiem - wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożyl im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno: - Żrej, stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny. -...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się, ściółka letka, nie zgonię cię... - A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy - grzmotnął go pięścią w zad, aż koń uskoczył w bok i zarżał. - Hale, parobku żydowski! Żreć to byś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię nie ma, bez bata, jucho, z miejsca nie ruszysz, co? Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już z daleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho. - Cichoj, mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. - Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora - pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy. - Zjadłbyś i ty, co? To naści-że chlebaszka, naści! Wyjął zza pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć. - Hale, te swynie to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać... Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę - Głupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa... Tyle i z ciebie, biedoto, że człek se podje w niedzielę... Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka... - Słońce ino, ino - zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać. Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale w końcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu. Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony, i zapaliło łuny w wodach i szybach a z chałupy nikt się nie pokazywał... Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było. - Pomarzły czy co? I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę. - Kuba, wiecie, nie żyją, o! - Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki. Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha, dmuchnął w oczy i rzekł: - Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no no... - I poszedł do swojej roboty. A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał zza koszuli te, które już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, churchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych, aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki; wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz w raz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał. - Lećta se do matuli, lećta -szeptał, patrząc jak jaskółki siadały na kaletnicy obory, czesały się dziobkam i szczebiotały jakby dziękczynienia A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał z powrotem stróżować. - Ale, złap wiater w polu - mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł zza węgła i stanął przed nim. - Ptaszkami się, ścierwo, zabawiasz, co? Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny. - A dyć nie bijcie, a dyć! zdążył krzyknąć jeno. - Takiś to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co?... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał: - Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu ratujta... Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni. A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swvoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu' rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki. - Jezu, zabili mę, zabili mę! - ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza pazuchy i rozsypywała się po drodze. Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową stronę. - Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! - krzyknął do syna. - Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować. - Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia. - Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje. - Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń. Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę. Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy. - Rychło daj jeść, bo trza mi jechać... - Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę - i poszła. - Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyźnij się ze wszystkimi! - myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj! Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami. - Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to?- myślał. - Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyźnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czy nić. Gospodarz był przeciech nie leda jaki, na trzydziestu morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie!... - Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich po cichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać... - To niby kiej zamrę! Poczekaj, jucho, poczekaj-myślał ze złością. - Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala! Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnetki narządziła śniadanie - Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci; ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża to zasoli i przyprawi... - A dyć i kowal umieją... - Ale, podzieliłby, się kiej wilk z owcą. - Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy. - To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj. -- Dobryście, tatulu, dobry. - Hale, córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co. Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie... - Bym czego nie przepomniał. - Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył. A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek: - Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka albo i chojkę - przyda się. Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami. - Zabaczyłem... prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię, jucho, spierę, że popamiętasz! - Ale, pocałujta mę gdzieś... - odkrzyknął hardo znikając za stodołą. - Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz... Skręcił z opłotków na lewo, na drogę wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze. Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się oparyn i woda skapywała, tylko w cieniach - pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała spod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce. We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy. na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić - że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem ciągnącym na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz w raz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg. Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów wjechał na szeroki gościniec, obsadzony z obu stron ogromnymi topolami. A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyciszonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie. Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo-złocistym kobiercem pociętym gęstymi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie tnpoli, bo słońce z boku świeciło. - Wio, maluśka wio! - Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno bo drga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na których czerniały lasy. Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowym, porankowym świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to u granuli - ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik rnorzył... Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnymi palcarni po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci ,spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionymi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce a topole zagwarzyły, poszemrały z cicha gałązkami i pomilkły kiej te kumy, co na Podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed Majestatem, ukrytym w tej złotej monstrancji, zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną... Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia. - Wschodzi niezgorzej - szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta. - Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził! Żyto, widzi mi się, wczoraj posiały. - Ogarnął pożądliwym spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las. Poganiał często konia, bo droga szła po równym i twardsza była, tylko gęsto przerośnięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał. Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu. Bór był ogromny, stary - stał zbitą gęstwą w majestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości, a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionymi warkoczami żółtymi, że to jesień już była. Podlejsze krze, jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca tulił się do czerwonych, potężnych pni tak zwartych korona mi i poplątanych gałęziami, że ino gdzieniegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach zielonych i paprociach zrudziałych. - Zawżdy mojego tu są cztery morgi! - myślał i pożerał oczami las, i już na oko wybierał co najlepszy. Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić - abo i same się nie damy, nie... Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i jed na... Wio! głupia, sroków się będzie bojała! - Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą Mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała. - Srokowe wesele - deszczu będzie wiele. - Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem. Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanymi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnymi śmieci, kur, Żydziąt obdartych i nierogacizny. Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie. - Poszły, parchy! - mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgniętymi końmi. I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić - wyszedł wkrótce czysto ostrugany i tylko z jednym zacięciem na brodzie, zalepionym papierem, przez który sączyła się kre


Towarzysz 2002-11-20 00:26:55
1. Teoria poznania w strukturze myślenia filozoficznego. TEORIA POZNANIA – dyscyplina filozoficzna, która zajmuje się rozważaniem nad statusem poznania teoretycznego. To stwierdzenie jest oczywiste do czasu, kiedy zaczynamy się zastanawiać.. poznanie teoretyczne sugeruje, że muszą też istnieć inne poznania, np. poznanie codzienne. I tu pojawia się problem, czym te poznania się różnią. W teorii poznania funkcjonują różne terminy (np. epistemologia, teoria znaczeń, gnozeologia) EPISTEMOLOGIA – episteme ( w fil. Platona ), oznaczała wiedzę prawdziwą, czyli nie podlegającą relatywizacji. Termin „epistemologia” w wieku XIX miał oznaczać poznanie teoretyczne, czyli teoria poznania. EPISTEMOLOGIA – termin wiedzy pewnej, miała być raczej w realnej rzeczywistości wiedzą postulowaną. To pewna gałąź wiedzy filozoficznej. GNOZEOLOGIA – ( gr. ) gignoskei; dowiadywanie się. Gnoza była uważana za wiarę oświeconą, tylko dla wybranych. Było to łączenie filozofii z jakąś wiedzą magów ( wiedza tajemna ). Ta magia, czary, funkcjonują do dziś w Indiach. gnostycy, to Ci, którzy idą do samego Boga. Gnoza utożsamiana była z wiedzą chrześcijańską T.P. ma to duże znaczenie, że nie jest obciążona terminami historycznymi. Pojęcie teorii poznania wiąże opisowe i analityczne dziedziny filozofii, w której podejmuje się próby czym jest poznanie teoretyczne i jego status zasadności W teorii poznania pytamy, czy poznanie teoretyczne jest piękne i na ile realizuje się własne wyobrażenie o sobie. Pod koniec XIX wieku Dilthay wprowadził psychologię analityczno – opisową, która miała zastąpić teorię poznania. Koncepcja Husserla – fenomenologii, która miała zastąpić teorię poznania. W ostatnich czasach wyłoniła się teoria M. Dummet’a (amer. Filozof), który używa terminu teoria znaczenia zamiast teoria poznania. Ma dotyczyć „tylko jednej interpretacji języka”. Tę teorię odróżniono od logiki. Przedmiotem teorii znaczenia jest problem prawdziwości. Mamy tu do czynienia z semantyczną koncepcją prawdy i teorii poznania. 2. historia teorii poznania – problematyka teoriopoznawcza. Znalazła ona pełny wyraz w myśli Parmenidesa, który mówił o dwóch drogach: do prawdy i do fałszu. Sofiści – człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Wydzielenie problematyki teoriopoznawczej dokonało się za pomocą Kanta i być może Wolfa. Słowo teoria poznania powstało od słowa ontologia. Klauberg, jako pierwszy użył słowa „ontologia”, w swoim dziele „ Metafizyka ’de ente’” . W 1613 roku użył ontologii R. Gocleniusz, w leksykonie filozoficznym, jednak nie wiemy w jakim znaczeniu. Jednak za najważniejszego twórcę ontologii uważa się Ch. Wolfa. Jego miała być wstępem do metafizyki. Miała pełnić funkcję ‘filozofii pierwszej’ (pierwsze zasady myślenia o bycie). Była ona nauką o samym bycie. Czyli ontologia była nauką o prawach logiki A.Watgarden – jako pierwszy wprowadził termin gnozeologia. Przewrót dokonał się za sprawą teorii Kanta. Zapytał „czy i na ile możliwa jest metafizyka”? kant swoją teorią chce dać pozytywną odpowiedź. „jeśli metafizyka jest nauką” – pyta – „to dlaczego nie może uzyskać trwałego uznania?” Kant dla metafizyki uzasadnienia poszukuje w prawach logiki. Odrzuca metafizykę racjonalistyczną. Myśl odpowiada bytowi. Kant zerwał z tezą tożsamości bytu i myśli. Swoją logikę nazywa transcendentalną. Miał przekonania apodyktyczne. Kant swoje rozważania określił jako ontologiczne (uznał je za część metafizyki). Teoria poznania pojawiła się już po Kancie. W 1854 roku Ferie wprowadził termin epistemologia. To myśl Kanta zrodziła potrzebę nowej dyscypliny filozoficznej. Termin został ukształtowany dopiero w filozofii pokantowskiej. 3. Teoria poznania, a ontologia. Teoria poznania to jedna z podstawowych dziedzin obok otologii. Niektórzy uważali że ontologia była na pierwszym miejscu (Arystoteles, neotomiści, marksiści ). Stanowisko przeciwstawne wywodzi się z myśli Kanta. Stanowisko to wychodziło z przekonania, że nauki szczegółowe zastąpiły ontologię. Przyczynił się do tego także Hegel. Hegel próbuje dowieść, że Kant nie ma racji. Filozofię utożsamiano tutaj z bramą przednią, za którą to kryją się nauki. Byłą jakby wprowadzeniem, które przejmują nauki szczegółowe. Czasami próbowano udowodnić, że filozofia sprowadzana jest do ontologii i teorii poznania. Teoria poznania powinna poprzedzać ontologię (A.Z.) Zanim zechcemy uprawiać metafizykę, powinniśmy się zastanowić nad tym, czy w ogóle metafizyka jest możliwa. Teoria poznania nie jest absolutnie pierwsza. Wychodzenie od teorii poznania to wychodzenie w dużej mierze od teorii myśli. PODMIOT ŕ teoria poznania PRZEDMIOT ŕ teoria bytu Jeśli wychodzimy od teorii poznania, to nie może być przejścia do teorii bytu, ponieważ teoria poznania zamyka przejście do teorii bytu. W koncepcji Kanta możliwa jest ontologia transcendentalna. Można podnieść inny zarzut. To przejście od podmiotu do przedmiotu nie świadczy, że myśl to, to samo co byt. Nawet jeśli przyjąć założenia Kanta nie znaczy że ontologia nie jest możliwa. Ontologia mówi tu o statusie prawdy, a nie o kwestii rozstrzygnięć. W ramach kategorii teoretycznych ujmuje rzeczywistość jako przedmiot poznania. Cokolwiek byśmy myśleli, to i tak każdy człowiek ten świat widzi. Są odczucia. Teoria poznania zajmuje się warunkami koniecznie i konstytutywnie dla poznania teoretycznego . Takimi warunkami są: podmiot, przedmiot i metoda. Takimi warunkami jest teoria prawdy. Teoria poznania sama nie warunkuje rezultatów poznania teoretycznego. Mówi o statusie prawd. 4. Struktura teorii poznania. W ramach teorii poznania wyróżniamy dziedziny, bloki tematyczne: - formalne warunki poznania teoretycznego, czyli zasady (logika). Nauki bez logiki by nie było. Te zasady to prawa niesprzeczności, wyłączonego środka, itd. Logika formalna pełni w nauce rolę matematyki, geometrii. Są to wzorce poprawnego myślenia. Logika formalna to możliwe światy myślenia teoretycznego, pod które podstawia się określone dane. - teoria znaczenia- mamy tu do czynienia z rozumieniem prawdy w tym znaczeniu, a nie innym - kwestia statusu samej prawdy – prawda jest celem METODOLOGIA – dalszy ciąg teorii poznania. II. 1.Czy teoria poznania jest możliwa? Samo pytanie jest trochę dziwne. Skoro się ją uprawia, to dlaczego nie miałaby być możliwa? Jednak filozof ma za zadanie pytać o takie rzeczy. W wieku XX sytuacja się zmieniła. R.Rorty – filozof amerykański, postmodernista. Swoje sądy formułował bardzo ostro. W wielu momentach ma rację. Teorię poznania rozumie jako niemożliwą. Proponuje wprowadzić psychologię poznania. W języku polskim funkcjonują dwa pojęcia teorii poznania: 1. pojęcie niemieckie 2. pojęcie łacińskie – epistemologia (gnozeologia). Te terminy znaczą zupełnie co innego. Epistemologia nie mówi jakie poznanie powinno być. Pyta o status poznania. Episteme – wiedza pewna, sąd absolutny. Rorty dyskutuje o teorii wiedzy pewnej. Aby wiedza pewna była możliwa, to sama teoria poznania powinna mieć status absolutny. Kiedyś udowodnienie absolutności wiedzy było znacznie prostsze ( np. matematyka, fizyka, geometria ). Sytuacja zaczęła się pogrążać, kiedy okazało się, że np. geometria to tylko system formalny nie zawsze zgodny z rzeczywistością ( zgodny z definicjami ) To co było argumentem dla Kartezjusza, Kanta, czy Husserla, dalej współcześnie argumentem być nie może. Husserl doszedł do wniosku, że najlepiej stworzyć teorię poznania w sensie formalnym. Koncepcja Kartezjusza: uznał prawa logiki za jeśli tak jest to zasady myślenia mogą ulec zmianie. Transcendentalizm stał się psychologizmem. Jeśli się przyjmie, że poznanie znajduje uzasadnienie w psychice, reguły logiczne mają wymiar empiryczny, to są zapośredniczone w relatywizmie. Psychologizm prowadził do relatywizmu. W wieku XIX doszedł historyzm. Hegel – byt jest tym, co się staje. Przyjęto teorię wstawiania zmienności, czyli historyzm (Hegel, Marks, Dilthey) my myślimy tak jak żyjemy. Historia determinuje poznanie teoretyczne. Rorty – teoria poznania jako poznanie absolutne nie jest możliwa. Wszystko jest grą. Wszyscy chętnie uczestniczą w tej grze. Nie ma absolutnej prawdy. Prawda jest o tyle dobra o ile nie jest skuteczna (typowo amerykański sposób myślenia) cała nauka jest nastawiona na to, by człowiekowi było dobrze. Prawdy mają pomagać nam żyć. Z religią nie ma co walczyć – wg. Rortyego . Husserl – trzeba zwalczyć wszelki psychologizm, historyzm. Rorty dyskutuje z Husserlem na temat jego poglądu. ( Z ) poznanie jest możliwe, trzeba odrzucić psychologizm i naturalizm (Husserl). Pogląd Husserla staje się bezzasadny. T.p = psychologia - fizyka, - chemia, - biologia, - psychologia ( zawsze jesteśmy w kole ) Husserl próbuje stworzyć teorię poznania , która wychodziła by od czystego „ja”. Nazywa to fenomenologią, czyli taką teorią, która nie bazuje na naukach szczegółowych. R. Ingarden – polski filozof. Sformułował bezzałożeniową teorię poznania: - winna być niezależna od teorii naukowych i filozoficznych - posiadać ostateczne źródło swego poznania w immanentnym (i gdzie to tylko możliwe) adekwatnym poznaniu - posługiwać się poznaniem rozumowym - starać się wykryć czystą teorię poznania w ogóle Żaden z tych punktów nie jest możliwym do spełnienia, ponieważ: a) filozof powinien udawać że nic nie wie, b) odwołanie się do oczywistości, intuicji top sposób myślenia, c) cała wiedza wywodzi się z naszych zmysłów, d) czy poznanie ma czystą istotę? ( Z ) Teoria poznania jest możliwa, daje nam wiedzę o świecie. Ta teoria poznania zamyka się w kole hermeneutycznym, jednak teoria poznania i hermeneutyka to trochę inne zasady poznawcze. Teoria poznania zakłada dążenie do bezzałożeniowości. Zdaje sobie sprawę z zapośredniczeń. Hermeneutyka tylko interpretuje świat. III. 1. rozum teoretyczny, a problem jego ontologii. Ch. Wolf – wskazał konieczność dyscypliny zajmującej się podstawami myślenia teoretycznego. Dyscyplinę tę nazwał ONTOLOGIĄ . Miała ona stanowić podstawę metafizyki. Mówiąc o metafizyce wydzielił w niej: ontologię i fizjologię (racjonalną naukę o przyrodzie). Do idei tej w „Krytyce czystego rozumu” nawiązał Kant; Pierwsza, czyli ontologia rozważa tylko sam rozum w systemie wszelkich pojęć i zasad odnoszących się do przedmiotów w ogóle. Druga, czyli fizjologia rozważa przyrodę (ogól przedmiotów). Nie jest to filozofia empiryczna. Kant stwierdza, że cały system metafizyczny składa się z czterech głównych części. Żeby mówić o tym, czy metafizyka jest możliwa należy rozumieć status rozumu. Nawiązując do idei Wolfa i Kanta należy zastanowić się jaki jest status poznania teoretycznego. 2. Substancjalne i esencjalne pojmowanie poznania teoretycznego. Problematyka zasad myślenia teoretycznego ma za sobą tradycje. Już pierwsi filozofowie wprowadzali pierwsze pojęcia (np. „logos”),. Idee starożytnych przetrwały do czasów Kanta. W tym sposobie myślenia uzasadniają się reguły, którym nadaje się status metafizyczny. Uważano, że prawdy matematyczno – logiczne są absolutne. Uważano, że reguły myślenia są konieczne i konstytutywne. Oznaczało to, że człowiek uczestniczy w porządku rozumu. Rozum pojmowano substancjalnie (jako esencję istnienia). To esencjonalna teorie istnienia. Człowiekowi jest dany pewien układ rozumny. Ten układ był utożsamiany z duszą. Arystoteles zostawił w człowieku rozum czynny, który zostawał po śmierci człowieka. Natomiast św. Tomasz odrzucił rozum czynny, a przyjął istnienie duszy. Kartezjusz wyróżnił 2 substancje: - Bóg nie stwarza świata materii. Dusza jest odrębna od świata. Rozum jest ogólny (uniwersalny), nie ma potrzeby mówić o rozumie teoretycznym. Rozum wyznaczony jest przez prawa logiki i matematyki. Te reguły są zarazem regułami bytu. Prawdy muszą być absolutne. Ówczesny stan wiedzy teoretycznej uzasadnia tę koncepcję. Oznacza to w teorii bytu podwojenie istnienia. Już Kant nie mógł sobie poradzić. Pojawiły się logiki nieklasyczne. Kant zdając sobie sprawę z istniejących trudności wprowadził transcendentalną teoretykę. Kant wyróżnił rozum jako taki, od rozumu poznania. Podważył idee rozumu teoretycznego. Wprowadził pojęcia: rozum praktyczny i rozum logiczny. Mówił, że jest to jeden rozum w dwóch użyciach (teoretycznym i praktycznym). Te zasady przyjmuje za postulaty. Kant znajduje poparcie swojej teorii w ówczesnej wiedzy. Ni znajdował uzasadnienia dla rozumu teoretycznego. Oddzielił dusze od ciała. Wiek XX poszedł dalej. Myśl to „zdewaluowana małpa”. Myśl – epifenomen materii. Po Kancie nastąpił drugi moment. Świat zmieniał się w sferze pozorów, zjawisk. W swojej istocie się nie zmienia. Sytuacja zmienia się wraz z Heglem. Przyjął, że byt jest procesem stawania. Byt stając się nie jest tym co jest, a tym co może być. Ta teoria była nie do przyjęcia. Ta teoria bytu została wsparta przez teorię Darwina. Uznana została za kanon myślenia teoretycznego. Sam rozum teoretyczny ulega rewolucji. Sama psychika ulega procesom zmienności. Wraz z zasadami ewolucji mogą zmieniać się zasady myślenia. Mamy do czynienia z de kategoryzacją myślenia teoretycznego. Ta de kategoryzacją zmienia sposób myślenia, wraz ze wzrostem wiedzy. Jest wiele teorii naukowych, które na tę samą rzecz mają wiele poglądów. Wiedza zaczyna przerastać. Proces de kategoryzacji przebiega wolniej niż wzrost wiedzy. Zasady myślenia zostały sformułowane przed 2 500 lat temu. Jeśli przyjąć, że tak jest to reguły logiki, które miały być absolutne, stają się płynne. Dziś ten sposób myślenia ulega korozji. Świat jest chaosem. We współczesnych teoriach świata, świat jest nieskończoną różnorodnością momentów istnienia. Chaos jest negacją ogólnego porządku. Esencjonalna teoria pojmowania bytu uległa destrukcji. IV. Wraz z rozwojem poznania okazało się, że rzeczywistość można tłumaczyć. Zmienność dawało się jakoś ujmować. Zmienność znalazła potwierdzenie w naukach szczegółowych. W porządku świata nam dostępnego mamy do czynienia ze zmianami. *Pan Bóg stworzył świat od razu z jego historią – nowa koncepcja ewolucji. Współcześnie świat jawi się jako teoria procesu zmienności. Byt nie tyle jest ile staje się. Jeśli jest, to jest naszym „teraz” Logika dwuwartościowa była logiką sztywną. Dowody logiczne na proces ewolucji jawiły się już w starożytności (np. Zenon z Elei). Wyeliminowano ruch z poznania. Hegel funkcjonuje w strukturze sztywnego wartościowania logiczno – matematycznego. Neguje prawo niesprzeczności ~ ( p ^ ~ p ). Wprowadza dialektykę. Był to krok radykalny, dopuszczał sprzeczność w nauce. Życie toleruje sprzeczność. Poznanie teoretyczne nie może tolerować sprzeczności (religia przyjmuje sprzeczność). Hegel wykład swój prowadził w ramach logiki dwuwartościowej. Porządkiem stawania była dialektyka. W XIX wieku formułowano sądy sprzeczne. Dziś są sądy wielowartościowe. W naukach przyrodniczych funkcjonują różne teorie ( Einstein i Newtona) oczywiście inne argumenty są za tymi teoriami. Nauka pogodziła się z wielością teorii. Dziś wiemy także że świat jest chaosem, bardziej skomplikowanym. Nie mamy do czynienia z zupełną dowolnością. 3.Jaki jest status rozumu? Rozum teoretyczny jest przede wszystkim wyrazem form pojęciowych ujmowania rzeczywistości, która jest dostępna człowiekowi przez cielesność bytu ludzkiego. Rozum jest tym, co konstytuuje się w działaniu. Działanie – każdorazowa realizacja bytu ludzkiego musi być: # aktywność podmioty, # opór przedmiotu, Sam rozum teoretyczny konstytuuje się w działalności poznawczej człowieka. Poznanie teoretyczne powstało w kulturze europejskiej. Filozofia jest odwołaniem tylko do rozumu. To, co ma nam pomagać w osiągnięciu zbawienia. Rozum teoretyczny narodził się poprzez przekroczenie poznania teoretycznego. Jest rozumem przekraczającym, kształtuje się, staje się. Każdy nowy filozof tworzy nową koncepcję i przekracza ograniczenia – to jest celem każdego człowieka. Rozum ten relatywizuje swoje podstawy. Jest rozumem wyjaśniającym. Kiedyś świat był prostszy. Wiedza niszczy naszą prostotę. Obraz świata ciągle się zmienia, jest bardziej skomplikowany. Stąd ucieczka do irracjonalizmu. (mas media, archiwum X, itd.) pojawili się zwolennicy końca rozumu, końca racjonalizmu. Rozum teoretyczny musi stanąć na nowych podstawach. Być formą teoretycznego pojmowania rzeczywistości – to znaczy funkcjonować w formie wyrazu naszych uczuć. Nasza codzienność też jest formą. Myślenie teoretyczne różni się od innego myślenia. Otóż nie toleruje sprzeczności. W ramach jednej i tej samej teorii nie sposób uznać dwóch sądów sprzecznych. Każdy sąd obowiązuje w rzeczywistości w ramach pewnych granic. Nie ma sądów absolutnie prawdziwych . Jeśli sądy nie mają kwantyfikatora wielkiego zawsze są fałszywe. Chyba, że odnoszą się do istnienia jako takiego. W ramach swych granic każdy sąd jest absolutny. W systemach formalnych najważniejsze jest to od czego wychodzimy. Pojawienie się nowych teorii nie neguje starych sądów. Każdy człowiek jest dobrem kulturowym. W wymiarze moralnym każdy jest równy, jednak w wymiarze sztuki istnieją gorsze i lepsze dzieła. (jako dobra kulturowe) Nasza wiedza przekroczyła dotychczasowy sposób myślenia. Dwuwartościowe myślenie nie jest obecnie możliwe. Logika prawdy i fałszu dotyczy tego co jest, albo to co się stało (świata nieokreślonego). Obok prawdy i fałszu istnieje świat możliwy. Należałoby wprowadzić obok P, F, M – możliwości. Świat nie jest biało – czarny, zawsze są jakieś szarości. Rozum teoretyczny jest to kategorialne pojmowanie istnienia i jego form. Czy same formy istnieją? Rzeczywistość może być sprzeczna, przypadkowa. Jednak rzeczywistość teoretyczna musi być bezsprzeczna. W perspektywie samego bytu istnienie może być potwierdzone. Nie wiemy jaki może być sam w sobie. Świat widzimy w perspektywie naszych 5 – zmysłów. Świat zawsze się dla nas. Jawi się w pewnych kategoriach; np. – w kategoriach porządku - w kategoriach teoretycznych. Byt funkcjonując w sferze znaczeń prezentuje się zawsze w sposób określony. Celem ujmowania rzeczywistości jest ująć i wyjaśnić rzeczywistość w sposób niesprzeczny. Logika trójwartościowa pozwala uchwycić nam więcej: (poprzez możliwości). Mamy do czynienia z sytuacją byt, albo nie byt, możemy ją rozszerzyć. 1. Struktura nowego rozumu teoretycznego Rozum chaosu nie może być rozumem teoretycznym. Byłby to bezrozum. Strukturę nowego rozumu wyznaczają podstawę szerszego myślenia teoretycznego. Dzisiejszy rozum teoretyczny powinien myślenie nieklasyczne i nowe formy myślenia matematycznego. Wielość perspektyw to wyraz maksymalizacji. Nowy rozum teoretyczny jest świadomy przekraczania swoich granic, jest rozumem podążającym do absolutności poprzez przekraczanie. Rozum nie realizuje się w jednej formie istnienia. Świat nie jest w pełni określony, ale nie jest chaosem. Niesprzeczność wyraża zasadności rozumu. Jednak uznanie jej było by chaosem. Poza granicami świat jawił się jako chaos. Prawo niesprzeczności jest warunkiem poznania teoretycznego. V. 1.Zapośredniczenia. W Polsce z filozofii największym problemem był brak filozoficznego języka. Dopiero w XIX wieku zaczęto kreować własny język. Większość książek filozoficznych autorów zagranicznych zaczęto tłumaczyć dopiero po wojnie. Wieloznaczność języka prowadzi do tego, że myśl filozoficzna nie może być wyrażana jednoznacznie. Były próby przekładania na język formalny dzieł filozoficznych. Jeżeli filozofia posługiwałaby się swoim językiem uniknęlibyśmy wielu nieporozumień. Np. materia = u materialistów – byt, a tomiści z kolei mówili, że byt składa się z materii i formy. Kontekst kulturowy determinuje nasz sposób myślenia. Najlepszym kontekstem jest język. Pewne pojęcia używane są w religii, sztuce i te same używane są w filozofii. Problematyka religijna stymuluje myślenie filozoficzne. Kultura determinowała samo istnienie. Myśl żydowska – Bóg stworzył świat z niczego, Grecy tego nie znali. Zapośredniczenia kulturowe wpływają na nasze mydlenie, np. byt to coś. Ten sposób myślenia (przez egzystencję) nie dopuszcza innego sposobu myślenia. Zapośredniczenia wchodzą do filozofii z różnych dziedzin, np. religii, teologii, sztuki, a także z życia społecznego. Niektórzy twierdzą, że filozofia przyrody w dużej mierze zapośredniczona była w życiu społecznym Greków. Podstawowe pojęcia w filozofii funkcjonujące są ugruntowane w kulturze. Są zbieżności w sposobie myślenia filozofia jest zjawiskiem uniwersalnym jest ogólnoświatowa. Skrajny pogląd mówi że filozofia jest narodowa. (Z) Jeżeli by tak było, to sprowadzałoby się do ideologii narodowej. Filozofii nie można sprowadzać do ekspresji ducha narodowego, bo wtedy zaangażowalibyśmy filozofię. Postulat filozofii uniwersalnej nie jest realizowany we współczesnej filozofii. W języku trzeba myśleć. Filozofia uniwersalna jest dziś rzeczą niemożliwą. Dystans kulturowy ukształtował się szczególnie po Renesansie. Wiek XIX był daleko posunięty. Filozofia (poznanie teoretyczne) powinna podejmować problemy fundamentalne i te problemy tłumaczone są w różnych językach. Myślenie jest wyrażane w języku, który wyraża myślenie filozoficzne. Podstawową wartością poznania teoretycznego jest pojęcie prawdy. Na podstawie pojęcia prawdy można przedstawić różnorodność znaczeń. U Greków prawda to aleteja – odkrywanie. Wyraz ten łączył dwa znaczenia – odkrywanie (odsłanianie) i zakrywanie. Grecy widzieli prawdę jako odkrywanie, prezentowanie świata. Byli narodem pokojowym, jak sami mówili przyszli oglądać (Igrzyska Olimpijskie). Bardzo dużo podróżowali. Prawda była odkrywaniem. W Rzymie prawda to veritas (stać) falera = fałsz (coś co upadło). To wiązało się z tradycją rzymską. Niemieckie worheit to obrona, bronić ten ma rację kto się obroni. Pojęcie prawdy jest militarne, utrzymanie się przy swoich prawdach. Polskie prawda ma kilka znaczeń: może to było dawanie praw przez księcia, może to było od prawomyślności. Japońskie ko – taj z książki. Książki były ważne, święte. To co jest w książce musi być prawdą. Używając pojęcia „prawda”, pytając o prawdę, każdy człowiek o różnej narodowości, odpowie inaczej. Być prawdą = być mistrzem. Z zapośredniczeń wynikają różne konsekwencje. Rzeczywistość: rzeczy – wistość, wywodzi się od tego, czym określamy świat rzeczy Niemieckie: rzeczywistość działać. Te same pojęcia a inne treści. Język wskazuje na pewne treści, znaczenia. Przez pojęcie patrzymy, jak przez czystą szybę, jednak szyba ma swoją strukturę, jak również pojęcia. Zapośredniczenia są trwałym miejscem w języku filozoficznym. Język jest jak oczy. Oczy mają pewną strukturę, język też. Filozofia jest determinowana myśleniem kulturowym. Ma rysy narodowe. W Polsce to nawiązywanie do kategorii działania. Polska filozofia ma szczególne zabarwienia. VI. Z problemem zapośredniczeń wiążą się problemy filozofii pierwszej. Do rangi filozofii pierwszej rości prawo teoria poznania, wg wersji Ingardena filozofia ma być absolutnie pierwszą. Jeśli przyjmiemy, że teoria poznania = filozofia pierwsza, to pierwszeństwo teorii poznania, możliwość uprawiania ontologii, aksjologii. Pierwszeństwo teorii poznania – twierdzenia teorii poznania nie są implikowane z pozostałych dziedzin filozofii. Przedmiotem teorii poznania jest sam status poznania teoretycznego. Swoje rozważania rozpoczyna od doświadczenia pierwotnego (intuicja intelektualna) pojawia się w wyniku namysłu filozoficznego „co to jest poznanie teoretyczne?”. To struktura „błędnego koła”. Filozofii nie sposób uprawiać nie będąc w pewnym myśleniu. Teoria poznania zajmuje się statusem poznawania teoretycznego. Nie zajmując się w tym sensie rzeczywistością do twierdzeń teorii poznania nie należą łatwe twierdzenia, jak np. „świat jest materialny”,. Teoria poznania jest ograniczona do statusu teorii poznania. Nie jest panowaniem świata jako przedmiotu poznania, ale poznawaniem jakim jest samo poznanie (w tym także poznawanie teoretyczne). Teoria poznania jest dziedziną rozstrzygającą, badającą przydatność narzędzi poznawczych w wyniku których powstaje wiedza. Pierwszeństwo teorii poznania to pierwszeństwo logiczne. Nie jest jednoznaczne pierwszeństwo logiczne z pierwszeństwem historycznym, czy merytorycznym. Pierwsze były: ontologia, biologia ... (nauki), a potem rozważania na temat poznania. Jeśli chcemy dowiedzieć się co to jest nauka, czy wiedzę rozważamy, to w ramach teorii poznania. Przez około 200 lat uważano, że to co zrobił Kant (Krytyka czystego rozumu”) pozbawiło ontologię wszystkiego, uważano, że filozofia nie jest możliwa. Z idei Kanta wynikało, iż nie jest możliwa ontologia. Przy takim rozumieniu należałoby wiedzieć, że teza ta ma swoje uzasadnienia (w swych granicach). Wszelka ontologia będzie konstrukcją wg Kanta. Całe dotychczasowe myślenie filozoficzne (do Kanta) było myślenie esencjalnym. Błędem Kanta było to że jego Transcendentalizm nie miał zawieszenia. Mówiąc o pierwszeństwie teorii poznania nie wyklucza się ontologii, czy aksjologii. Teoria poznania jest refleksją nad naukami, jest próba ujęcia w kategoriach transcendentalnych (koniecznych i konstytutywne). Bez nich pewna rzeczywistość nie jest możliwa. 1. Stanowisko w kwestii poznania teoretycznego, racjonalizm, idealizm, materializm. Należy zauważyć, że pojęcie stanowiska bywa utożsamiane z pojęciem kierunku w filozofii. Może być także odróżniane. Za odróżniane następuje pod wpływem kontekstu. Między pojęciami stanowisko filozoficzne i kierunek filozofii zachodzą dość skomplikowane relacje. Można je odróżnić. O kierunku mówi się wtedy, kiedy w grę wchodzi nawiązywanie do pewnych koncepcji filozoficznych. Język filozoficzny nie jest jednoznaczny. Wieloznaczność nie jest do końca negatywna. Pokazuje wiele znaczeń. Stanowisko – to pewien sposób rozwiązywania problemów, ze względu na pewien punkt wyjścia, odwołanie się do pewnej tezy w rozwiązywaniu kwestii teoretycznych. Materializm, idealizm – stanowiska. Platonizm, tomizm, ,marksizm – kierunek. Często filozofię łączą tezy, więź osobowa. * Każdy oryginalny filozof określa swoje stanowisko. Stanowisko może być: ze względu źródła poznania teoretycznego, a) racjonalizm, b) empiryzm, c) intuicjonizm (irracjonalizm) – ze względu na stosunek poznania do rzeczy: a) realizm teoriopoznawczy, b) idealizm teoriopoznawczy, c) solipsyzm teoriopoznawczy. Tradycyjnie uznano 3 władze: realiści – rozum , zmysły – empiryści , intuicja – intuicjoniści i irracjonaliści. Pierwsi filozofowie - trudno jest określić ich stanowisko. (Z) Byli racjonalistami. Filozofia bowiem zrodziła się jako branie rzeczy na rozum. Każdy filozof odwoływał się do zmysłowo postrzegalnych form istnienia. Znamienne jest to, że temu co zmysłowe nadawali charakter ogólny. „ Być rozumnym, to najwyższa cnota” (Heraklit). Można uznać Heraklita za świadomego racjonalistę. 2. Racjonalizm i jego przedstawiciele. Racjonalizm – to pogląd, że jedynym źródłem poznania jest rozum. Odwołując się do rozumu, możemy poznć wiedzę pewną. Racjonaliści podkreślają, że tylko wiedza rozumowa spełnia wymogi wiedzy teoretycznej. Wierzyli, że bez doświadczeń, można wysnuć wiedzę o rzeczywistości. Wiedza racjonalna opiera się na pewnych zasadach. Opiera się na prawach logiki i matematyki. Świat (byt) jest racjonalny (logiczno – matematyczny). Świat był uporządkowany, piękny, był harmonią. Racjonaliści: Platon, Heraklit, Leibniz, Demokryt i pitagorejczycy. Nasz rozum funkcjonuje w kategoriach logicznych. Metoda, którą posługuje się racjonalizm, jest dedukcją (wnioskowania). Nigdy z prawdy nie może wynikać fałsz. 3. Empiryzm i jego przedstawiciele. Empiryści odwoływali się do doświadczenia. Jedynym źródłem wiedzy są zmysły. Cała wiedza wywodzi się z poznania zmysłowego. Rozum ogranicza się do obróbki danych zmysłowych. Chodzi o uogólnienia. Skrajny pogląd: sensualizm. Empiryzm odrzuca jakąkolwiek tezę o wiedzy wrodzonej. Tabularaza – czysta karta. Nie czyni się żadnych założeń istnienia świata. Świat jest taki jaki dany jest nam w doświadczeniu. Sądy empiryczne zawsze odwołują się do pewnej skończonej liczby obserwacji (mają charakter ogólny). Uogólnienie nie jest przykładem empirycznym. Odwołanie się do wiedzy zmysłowych jest zawodne. To jest słaby punkt empiryzmu. Przedstawiciele: Epikur, Bacon, Locke, Hume. Bacon postulował metodę eksperymentu. Wyróżnia się empiryzm genetyczny i metodyczny. 4. Irracjonalizm (Intuicjonizm) Irracjonalizm neguje doświadczenia zmysłowe i racjonalizm. Zwolennicy uważają, że żadna z tych metod nie oferuje wiedzy wartościowej. Prawdziwą wiedzą można zdobyć przez doświadczenie mistyczne. To specyficzny sposób poznania. Intuicjoniści: filozofia to zespolenie z istnieniem. Intuicji nie da się określić. Dziś często nie potrafimy wyjaśnić świata, więc odwołujemy się do irracjonalizmu. VII. 1. Prawomocność poznania teoretycznego. Problem prawomocności to problem statusu wiedzy teoretycznej, to nie znaczy że ona może nie być obalona. Prawomocność, nie oznacza absolutności, choć do niej dążono. Poznanie prawomocne odwoływało się do pojęcia „Prawdy”, ale odwoływało się nawet wtedy, gdy zakładano, że poznanie nie jest możliwe. Np. u Kanta. Bardzo zasadna może być „pewność poznania”, nie „prawdziwość”. Kartezjusz mówił o „pewności” = „oczywistości”. Pewność (subiektywne odczucie) to nie „prawda” (sąd zgodny z rzeczywistością). Prawdziwość można zweryfikować, pewność natomiast jest powodem dogmatyzmu (wynika z wewnętrznego przekonania). Kant – pewność funduje w kategoriach intelektu z pojęciami o których istnieniu jest przekonany, gdyż bez nich niemożliwe byłoby poznanie. Te pojęcia obowiązują w poznaniu i wynika z nich pewna powinność – chcąc badać muszę nastawić się naprawdę (jej poszukiwania). Poznanie teoretyczne suszka uzasadnienia w sobie.(Z). · Pojęcie prawomocności możemy rozumieć na różne sposoby: opisowy – faktyczny status wiedzy, nauki\, a więc to co jest. Powinnościowy – taki jakim chcielibyśmy żeby bryła wiedza. Zazwyczaj status poznania rozpatrywano na sposób powinnościowy. Formułowano warunki poznania “episteme”. Problem to : czy poznanie rzeczywiste te warunki spełnia. 2, Ontologiczna koncepcja prawomocności, a tożsamość bytu i myśli. U podstaw Parmenidejskich teza o identyczności bytu i myśli, tożsamość bytu z samym sobą ŕ byt jest, nie bytu nie ma ŕ byt = myśl. Teza ta znalazła wyraz w klasycznej koncepcji prawdy – ontologiczna koncepcja prawomocności. Koncepcja prawdy sformułowana przez Arystotelesa: prawda albo fałsz z punktu widzenia rzeczy, zależy od ich połączenia i rozdzielenia ŕ kto myśli o rozłączonym jako rozłączone a o połączonym jako połączone, mówi prawdę. Jeśli ktoś myśl przeciwnie myśli nieprawdziwie. Ktoś jest biały najpierw, aby móc pomyśleć o nim jako biały. Koncepcję tę sformułował Izaak Izraeli. W XI wieku koncepcję prawdy przełożył Gerard z Kremony i w tej postaci przejął ją Tomasz. Prawda jest (godnością) w intelekcie i rzeczach, jeśli mówi że jest jeśli jest i nie jest jeśli nie jest Tarski – coś jest prawdziwe jeśli stwierdza że x jest i x rzeczywiście jest. · nauki aby być prawomocne musiały znaleźć swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Koncepcja ta była naturalna dlatego pojawiła się najwcześniej. Podobnie było nawet w myśleniu mitycznym, gdyż tak pojmowano świat więc sądy o nim były z tym zgodne. · Mankamenty: bezkrytyczność potwierdzenie ma w potocznej oczywistości; w nauce trzeba to co jest poza oczywistością Każda ta koncepcja bazowała na koncepcjach bytu, a więc świat pojmowano w określony sposób i on wyznaczał sposób wydawania o nim sądów w nauce. Koncepcję poznania pojmowano więc jako funkcję teorii bytu (wyznaczała ona treści poznawcze). Np. Grecy a) świat to kosmos więc można go ująć za pomocą praw kosmosu, b) od Parmenidesa zaprzeczenie potocznym opiniom, c) racjonalny byt – racjonalne ujęcie, natura jest pisana językiem matematyki, a więc jej ujęcie matematyczne = jej ujęcie taką jaką ona jest, d) empiryczny byt – empiryczne ujęcie. Filozofia Kanta przecięła to, tzn. „rzecz jest sama w sobie” po Kancie Hegel Scheling – wrócili do „filozofii identyczności” odrzucając „byt sam w sobie” Żeby poznać trzeba odpowiedzieć na 3 pytania1 jak powstała, 2 z czego się składa, 3 jak funkcjonuje? VIII 3. Prawomocność poznania teoretycznego w filozofii transcendentalnej. Immanuel Kant – twórca. Sama koncepcja powstała w szczególnych okolicznościach; Kant filozof z Królewca, mały nieznany uniwersytet, bardzo wszechstronny. Teoria Hume`a podważyła dotychczasową koncepcję wiedzy teoretycznej, a Kant był zwolennikiem episteme (tradycyjna koncepcja nauki), to Hume wpłynął na Kanta i nadał jego badaniom w dziedzinie filozofii inny charakter. Dotychczasowa teoria poznania – wartość poznania ŕ myśl = byt, pojęciowym ujęciom odpowiada sama rzeczywistość (treść jest odpowiednikiem rzeczywistości). W czasach Hume`a nauka opierała się na założeniu, że związek przyczynowo skutkowy jest fundamentem myślenia naukowego (tak jak do średniowiecza zakładanie teologizmu). Problem tkwił w znalezieniu potwierdzenia na faktyczne istnienie związku przyczynowego. Kant zerwał również z aksjomatem ontologicznego dowodu istnienia Boga, który leżał u podstaw myślenia koncepcji ontologicznej 9myśl odpowiada rzeczywistości). Kant zaprzeczył temu, jeśli ma 100 traktatów to powinien je mieć w kieszeni a ich nie mam. Tak samo z pojęciem Boga – może, ale być nie musi. Jeśli nic nie odpowiada pojęciu, to można budować tezy o pojęciach = rzeczywistość, będą pustymi pojęciami. Trzeba znaleźć inną podstawę, która by uzasadniała prawomocność poznania – znalazł ją w fakcie nauki. A skoro jest to musi być „jakieś’ ŕ dlatego trzeba znaleźć warunki konstytutywne by to >>coś>pojęcia


Towarzysz 2002-11-20 00:30:41
Zofia Nałkowska - MEDALIONY PROFESOR SPANNER 1. Tego rana byliśmy tam po raz drugi. Dzień był pogodny, majowy, chłodnawy. Wiatr od morza szedł rześki, coś sprzed lat przypominał. Za drzewami szerokiej, wyasfaltowanej alei stał mur ogrodzenia, za nim ciągnął się rozległy dziedziniec. Wiedzieliśmy już, co przyjdzie nam zobaczyć. Tym razem towarzyszyło nam dwóch starszych panów. Ci przyszli w charak- terze "kolegów" Spannera - obaj profesorowie, obaj lekarze i uczeni. Jeden wysoki, siwy, o twarzy szczupłej i szlachetnej, drugi równie duży, ale przy tym tęgi i ciężki. Jego pełna twarz wyrażała dobroduszność i jakby zatroskanie. Ubrani byli dość podobnie i nie po naszemu, raczej prowincjonalnie - w czarne, długie wiosenne palta z dobrej wełny. Na głowach mieli miękkie, również czarne kapelusze. Skromny, nie tynkowany domek z cegły stał w rogu podwórza, na uboczu, jako nieważny pawilon dużego gmachu, w którym mieścił się Instytut Anatomi- czny. Naprzód zeszliśmy do rozległej, ciemnej piwnicy. W pochyłym świetle, idącym od dalekich, wysoko umieszczonych okien, umarli leżeli jak wczoraj. Ich ciała, nagie, białokremowe, młode, podobne do twardych rzeĽb, były w doskonałym stanie, mimo że czekaly tu już od szeregu miesięcy na chwilę, w której wreszcie przestaną być potrzebne. Leżeli, jak w sarkofagach, w cementowych długich basenach z uniesionymi pokrywami - wzdłuż, jedni na drugich. Mieli ręce opuszczone wzdłuż ciała, nie złożone na piersiach według pogrzebowego rytuału. A głowy odcięte od torsów tak równo, jakby byli z kamienia. W jednym z tych sarkofagów leżał na stosie umarłych znany już "marynarz" bez głowy - młodzieniec wspaniały, wielki jak gladiator. Na jego piersi szerokiej wytatuowany był kontur statku. Poprzez zarysy dwóch kominów przechodził napis wiary daremnej: Bóg z nami. Mijaliśmy jeden za drugim baseny pełne trupów, a obaj cudzoziemscy panowie szli także i także patrzyli. Byli lekarzami i lepiej od nas rozumieli, co to znaczy. Na potrzeby Instytutu Anatomicznego przy uniwersytecie wystarczyłby zapas czternastu trupów. Tu było ich trzysta pięćdziesiąt. Dwie kadzie zawierały same głowy bezwłose, odcięte od tamtych ciał. Leżały jedne na drugich - twarze człowiecze, niby zesypane do dołu ziemniaki - jak popadło; jedne bokiem, jak się leży na poduszce, inne obrócone w dół albo na wznak. Były żółtawe i gładkie, też świetnie zakonserwowane, też równiutko od karku odcięte, jak z kamienia. W rogu jednej kadzi spoczywała na wznak ta nieduża, kremowa twarz chłopca, który umierając mógł mieć osiemnaście lat. Lekko skośne, ciemne oczy nie byly zamknigte, tylko zaledwie spuszczone. Pełne usta, barwy tej samej co twarz, przybrały wyraz cierpliwego, smutnego uśmiechu. Brwi równe i wyraĽne unosiły się ku skroniom jakby z niedowierzaniem. Oczekiwał w tej najdziwniejszej, przechodzącej jego pojęcie sytuacji na ostateczne orzeczenie świata. Dalej były znowu baseny z umarłymi, a póĽniej kadzie z ludĽmi przeciętymi na pół, pokrajanymi na części i odartymi ze skóry. W jednym tylko basenie leżały osobno i daleko nieliczne zwłoki kobiet. Poza tym w podziemiu obejrzeliśmy jeszcze parg basenów pustych, zaledwie wykończonych, bez pokryw. Oznaczały, że zapas trupów, potrzebnych żyjącym, był niedostateczny, że istniał zamiar powiększenia całej imprezy. PóĽniej z obu profesorami przeszliśmy do czerwonego domku i tam widzieliśmy na wyziębłym palenisku ogromny kocioł, pełen ciemnej cieczy. Ktoś obyty z terenem uchylił pokrywy i pogrzebaczem wyciągnął na wierzch ociekający płynem, wygotowany tors człowieczy, odarty ze skóry. W dwóch innych kadziach nie było nic. Ale w pobliżu, na półkach oszklonej szafy, leżały rzędem wygotowane czaszki i piszczele. Widzieliśmy też skrzynię, a w niej ułożone warstwami - oczyszczone z tłuszczu, spreparowane cienko płaty skóry ludzkiej. Na półce słoje z sodą kaustyczną, przy ścianie wmontowany w mur kocioł z zaprawą i duży piec do spalania odpadków i kości. Wreszcie na wysokim stole kawałki mydła białawego i chropowatego i parę metalowych, powalanych zeschłym mydłem foremek. Nie wchodziliśmy już tym razem na strych po drabinie, by oglądać tam zalegające wysoko polepę zsypisko czaszek i kości. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w tej części dziedzińca, gdzie widać ślady spalonych całkowicie trzech budynków, szczątki pieców metalowych typu krematoryjnego i bardzo licznych rur i przewodów. Wiadomo, że i czerwony domek podpalano już dwukrotnie. Za każdym razem jednak powstający pożar został dostrzeżony i ugaszony. Wyszliśmy razem z profesorami, którzy od razu odłączyli sig od nas i prowadzeni przez kogoś nieznajomego udali się w swoją drogę. 2. Przed Komisją zeznaje człowiek młody, chudy i blady, o wyraĽnych oczach niebieskich, przyprowadzony na badanie z więzienia. Nie mający pojęcia, czego od niego chcemy. Mówi z namysłem, poważnie i smutnie. Mówi jednak po polsku, tylko z akcentem obcym, cokolwiek grasejując. Mówi, że jest gdańszczaninem. Był w szkole powszechnej, póĽniej skończył jeszcze sześć klas i zrobił małą maturę. Był ochotnikiem, był harcerzem, Na wojnie dostał się do niewoli i uciekl. Pracował na ulicy przy śniegu, potem w fabryce amunicji. Też uciekł. Rzecz na ogół dzieje się w Gdańsku. Niemiec zamieszkał u jego matki, gdy ojca zabrali do obozu koncentracyj- nego. Ten Niemiec dał mu pracę w tutejszym Instytucie Anatomicznym. I tak dostał się do profesora Spannera. Profesor Spanner pisał książkę o anatomii i wziął go na preparatora trupów. W uniwersytecie miał wykłady, taki kurs preparatorski dla studentów. Wydawał swoją książkę, dla tej książki pracował. Jego zastępca, profesor Wohlmann, też pracował - jednak nie może powiedzieć, czy dla jakiej książki, czy tak... Ta oficyna była wykończona w roku 1943 na Palarnię. Spanner wtedy postarał się o maszyny do oddzielania mięsa i tłuszczu od kości. Z kości miały być robione kościotrupy. W roku 1944 profesor Spanner kazał, żeby studeci odkładali tłuszcz z trupów osobno. Co wieczór po skończeniu kursów, jak studenci odeszli, robotnicy zabierali talerze z tłuszczem. Były też talerze z żyłami i z mięsem. Więc mięso wyrzucali albo palili. Ale ludzie w mieście skarżyli się policji, więc wtedy profesor kazał, żeby palili w nocy, bo za duży smród był. Studenci mieli także powiedziane, żeby skórę całkiem czyściusko już odjąć, póĽniej tłuszcz czysto, póĽniej według książki preparatorskiej muskuły aż do kości. Tłuszcz wybierany przez robotników z talerzy póĽniej został leżeć całą zimę, a póĽniej, jak studenci wyjeżdżali, był przez pięć - sześć dni wyrobiony na mydło. Profesor Spanner zbierał również skórę ludzką. Mieli ją ze starszym preparatorem von Bergen wyprawiać i coś z niej robić. - Starszy preparator von Bergen - to był mój bezpośredni przełożony. Zastępcą prufesora Spannera był doktor Wohlmann. Profesor Spanner był cywil, ale zgłosił się do SS jako lekarz. Gdzie jest teraz doktor Spanner, wigzień nie wie. - Spanner odjechał w styczniu 1945 roku. Jak odjeżdżał, kazał nam tłuszcz zebrany w semestrze dalej wypracować, kazał nam porządnie mydło i anatomię robić i sprzątnąć, żeby ludzko wyglądało. Receptu nie kazał sprzątać, może zapomniał, Mówił, że wróci, ale już nie wrócił. Pocztę, jak wyjechał, posyłali mu do Halle an der Saale, Anatomisches Institut. Siedzi, zeznając, na krześle pod ścianą, naprzeciwko okien, w świetle. Jest całkowicie widoczny - w swych zastanowieniach i namysłach, w usilnej chęci, żeby dokładnie powiedzieć wszystko, jak było, by nie opuścić nic. On jest jeden, a nas jest osób kilkanaście: członkowie Komisji, miejscowe władze, sądownicy. Nadmiar gorliwości sprawia, że niekiedy bywa niejasny. - Co to jest recept? - Recept wisiał na ścianie. Asystentka, która była ze wsi, przywiozła stamtąd recept na mydło i wypisała. Nazywała się Koitek. Asystentka techniczna. Ona też wyjechała, ale do Berlina. Oprócz receptu była jeszcze notatka na ścianie, To napisał von Bergen. Ona dotyczyła zupełnego oczyszczenia kości do wyrobu kościotrupów. Ale kości się nie udały, zniszczyły się. Albo była za duża temperatura, albo za silny płyn - zatroszczył się jeszcze tym dawnym kłopotem. - Mydło z receptu zawsze się udało. Tylko raz się nie udało. To ostatnie, co leżało w Palarni na stole, ono nie jest udane. Produkcja mydła odbywała się w Palarni. Kierował produkcją sam doktor Spanner ze starszym preparatorem von Bergen. Z tym, co jeĽdził po trupy. Czy JeĽdziłem z nim? Tak jest. Jechałem tylko dwa razy. I do więzienia w Gdańsku też raz. Trupy przywozili naprzód z domu wariackiego, ale póĽniej nie starczyło tych trupów. Wtedy Spanner rozpisał wszędzie do burmistrzów, żeby trupów nie grzebać, tylko że przyśle po zwłoki Instytut. Przywozili ze Stutthoffu z obozu, z Królewca na śmierć skazanych, z Elbląga, z całego Pomorza. Dopiero jak w gdańskim więzieniu wystawili gilotynę, to już było dosyć trupów... Przeważnie były to trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieĽli cztery czy pięć trupów i nazwisko było rosyjskie. Trupy von Bergen przywoził zawsze w nocy. - Co to była za uroczystość? - Uroczystość była w więzieniu. Poświęcenie gilotyny. Zaproszony był szef Spanner i różni goście. Szef wziął starszego preparatora von Bergen i mnie. Dlaczego mnie wziął, nie wiem, bo nie byłem zaproszony. Goście przyjechali autami i przyszli piechotą. Weszli do tej sali, Ale my tam nie weszliśmy, tylko musieliśmy czekać. Myśmy już oglądali gilotynę i szubienicę do wieszania. To wtedy byli ci czterej wojskowi niemieccy skazani na śmierć. I podobno święcił ksiądz niemiecki. Widziałem, jak wpuścili jednego więĽnia. Kajdanki miał z tyłu, boso, czarne nogi, tylko spodnie, a tak był nagi. Była fioletowa zasłona, za nią drugi pokój i prokurator. Starszy preparator rozmawiał póĽniej z katem i opowiadał. Więc słyszeli mowę prokuratora, szum, jakieś rozciąganie, tupanie - jakby ktoś biegał. I uderzyło żelazo. Kat meldował, że wyrok wykonany. A my już widzieliśmy, jak czterech trupów wynieśli w trumnie otwartej. Czy to był ksiądz przy tym poświęceniu, ja nie wiem. Ale mówili, że jeden wojskowy w mundurze to był ksiądz. Na jeden raz to z tego więzienia von Bergen przywieĽli z Wohlmannem sto trupów. Ale póĽniej Spanner chciał trupów z głowami. Nie chciał też rozstrzelanych, za dużo koło nich było roboty, zawsze zaśmiardły. Jeden na przykład niemiecki wojskowy przyszedł skazany na śmierć. Ten miał nogę złamaną i przestrzeloną. A był też i bez głowy. Wszystko na raz. Z zakładu wariackiego to były trupy z głowami. Spanner schował zawsze trupy na zapas. Bo jak póĽniej było za mało trupów, więc wtedy już musiał brać trupów bez głów. Ten wielki marynarz bez głowy jest z gdańskiego więzienia. Trupy przecięte wpół są dlatego, że całe nie chciały wejść do kotła, nie chciały się zmieścić. Człowiek jeden da tłuszczu może z pięć kilogramów. Tłuszcz przechowywał się w Palarni w basenie kamiennym. Ile? Myśli długo, chce być jak najbardziej dokładny. - Jeden i pół cetnara. Zaraz jednak dodaje: - Tak było dawniej. Ale ostatnim razem było mniej. Jak już zaczęli cofać się do Rzeszy - to był może jeden cetnar... O produkcji mydła miał nikt nie wiedzieć. Spanner zabronił mówić nawet studentom. Ale oni tam zaglądali, potem może jeden drugiemu powiedział, więc chyba wiedzieli... A nawet raz tak było, że do Palarni zawołali czterech studentów i z nimi razem gotowali. Ale na codzień dostęp do produkcji miał szef, starszy preparator, ja i dwóch robotników, Niemców. Mydło gotowe brał doktor Spanner i on nim dysponował. - Mydło gotowe?... No, jak się zrobi - ono naprzód jest miękkie, no to musiało ostygnąć. Wtedy musieliśmy pokrajać,.. I Spanner zamknął mydło na klucz. Tam było nie samo mydło, maszyna tam stała. Chodziliśmy w pięciu. A inni musieli prosić o klucz, gdy chcieli wejść. - Dlaczego to był sekret? Nad tym zastanawia się dłużej. Pragnie odpowiedzieć wedle najlepszej swej wiedzy. - Może się Spanner bał albo co... - rozważa w skupieniu. - Moja myśl jest taka, że gdyby się ktoś dowiedział cywilny w mieście, to może by był z tego jaki bałagan... Mogło się zdawać, że i tu rozwieszona jest między nami a nim jakaś "fioletowa zasłona". Nie było na niego sposobu. I ktoś zapytał wreszcie: - Czy nikt wam nie powiedział, że robienie mydła z tłuszczu ludzkiego jest przestępstwem? Odparł z zupełną szczerością: - Tego mi nikt nie powiedział. To jednak daje mu do myślenia. Nie od razu odpowiada na dalsze pytania. Wreszcie robi to bez niechęci. - Owszem, przyjeżdżali różni do Instytutu i do Spannera. Profesor Klotz, Schmidt, Rossmann do niego przyjeżdżali. Był raz minister zdrowia w Instytucie Higieny i minister oświaty, też był gauleiter Forster. Jako rektor całej Akademii Medycznej przyjmował ich profesor Grossmann. Niektórzy byli, jak ten dom jeszcze nie stał, więc oni zwiedzali tylko Anatomię, badając,jaka jest Anatomia, czy czego może brak. A chociaż już była Palarnia - no, to mydło zostało zawsze po czterech, pięciu dniach sprzątane. Nie mogę mówić, czy widzieli to mydło. Mogli widzieć. I w czasie inspekcji recept zawsze wisiał. Więc jak czytali, to chyba wiedzieli, co tam gotują. - Tak, szef kazał mnie robić to mydło z robotnikami. Dlaczego mnie? Nie wiem. O Spannerze, jak tak zamykał mydło, to sam myślałem, że on robi jakieś szalbierstwo. Gdyby miał pisać w swojej książce o mydle, toby nam tak nie zabronił o tym mówić. Może on sam przyszedł na tę ideę, żeby robić mydło z resztek?... Chyba nie dostał na to polecenia, bo wtedy by się nie musiał sam starać o recept... Z tych rozważań nie wynika żadna pewność. - Co studenci?... Tak jak my. Każdy się bał tym mydłem myć na początku... Obrzydzenie było do tego mydła. Zapach miało niedobry. Profesor Spanner bardzo się starał, żeby ten zapach ustał. On pisał do chemicznych zakładów, żeby przysłali olejki. Ale zawsze czuć było, że to nie takie mydło. - Owszem, mówiłem w domu... Z początku nawet jeden kolega widział: miałem dreszcz, że można się tym myć. W domu mama też się obrzydzała. Ale się dobrze mydliło, więc go używała do prania. Ja się przyzwyczaiłem, bo było dobre... Na jego chudej, wybladłej twarzy pojawia się wyrozumiały uśmiech. - W Niemczech, można powiedzieć, ludzie umieją coś zrobić - z niczego... 3. Po południu wezwaliśmy obu starych profesorów-lekarzy, kolegów Spannera, na przesłuchanie. Rozmowy odbyły się w obrębie terenu ich pracy, w pustej salce jednego z gmachów szpitalnych. Obaj - badani z osobna - oświadczyli, że o istnieniu budynku mieszczącego ukrytą fabrykę mydła nie było im nic wiadomo. Oglądali ją tego rana po raz pierwszy i widok ten wywarł na nich wstrząsające wrażenie. Obaj - badani z osobna - oświadczyli, że Spanner, człowiek najwyżej czterdziestuletni. był w zakresie anatomii patologicznej powagą naukową. O jego stronie moralnej nie mogli nic powiedzieć, znając go od niedawna i rzadko widując. Wiedzieli tylko, że należał do partii. Każdy zeznając siedział: z dala od nas na odosobnionym krześle, z wyraĽnym przygnębienem na twarzy. Każdy siedział nie zdjąwszy swego czarnego palta, czarny kapeluszy przytrztmując ręką na kolanach. Obaj mówili roztropnie i z ostrożnością. Obaj, mówiąc, wszystko brali pod uwagę. Gdańsk o tej majowej porze był jeszcze pełen Niemców, ulicami przeciągały zastępy jeńców niemieckich, obsypywanych kwiatami przez ich kobiety. Ale władze były polskie, a w garnizonie stały wojska sowieckie. Na zapytanie, czy znając Spannera z jego działalności naukowej, mogli byli przypuścić, iż jest to człowiek zdolny do wyrabiania mydła z ciał umarłych skazańców i jeńców, każdy jednak odpowiedział inaczej. Ten wysoki i szczupły, o siwej głowie i rysach szlachetnych, po dłuższym namyśle oświadczył: - Tak, mogłem był to przypuścić, gdybym wiedział, że taki otrzymał rozkaz. Było bowiem wiadomo, że był karnym członkiem partii. Drugi - ten tłusty, ciężki i dobroduszny, o cerze różowej i wiszących policzkach - także namyślał się długo. I po namyśle - wszystko niejako zważywszy w swym sumieniu - odpowiedział: - Owszem, mogłem to przypuścić. Z tego mianowicie powodu, że Niemcy przeżywały wówczas wielki brak tłuszczów. Więc wzgląd na stan ekonomiczny kraju, na dobro państwa mógł go do tego skłonić. --------------------------------------------------------------------------- DNO To co pani naprzód opowiedzieć? - zastanawia sig przez chwilę. - Sama nie wiem. Jest siwa, raczej ładna, zaokrąglona i miękka. Jest bardzo zmęczona. Przeszła takie rzeczy, w które nikt by nie uwierzył. I ona sama nie uwierzyłaby także, gdyby nie to, że to jest prawda. O nic jej nie chodzi, tylko o życzliwość. O to, żeby ludzie byli dla niej życzliwi, bo dużo przeszła i jest matką, która straciła dwoje dzieci. Nie wie na pewno, czy umarły. Ale od dawna nic nie wiadomo, co z nimi jest. Syn dotąd nie wrócił z niewoli. A ci koledzy, którzy wracają, mówią, że go nie widzieli. A córka... To jest daleko cięższa sprawa, od której zawlekają się łzami jej łagodne, szare, duże oczy. Łatwo jej o te łzy, które występują, a póĽniej nikną nie spływając wcale na policzki. O mężu też nic nie wie. Ostatni raz ludzie widzieli go w obozie w Pruszkowie. Ale to był już starszy człowiek. Starszy, chociaż od niej młodszy o trzy lata. Jest zupełnie sama i ludzie powinni by mieć dla niej jakąś życzliwość. Starsi, co ją tu pamiętają, owszem. Ale młodzi o tym tylko myślą, by im nie weszła w drogę. - To co pani naprzód opowiedzieć - powtarza, przymykając oczy ze zmęczenia. - W Ravensbr‡ck nas, owszem, męczyli. Znęcali się zastrzykami, wyrabiali na kobietach praktyki, otwierali rany... I to ich doktorzy robili, inteligencja. Ale tam byłyśmy niedługo, tylko trzy tygodnie. Stamtąd zabrali nas do innego lagru, do fabryki amunicji. - Córka też. Owszem. Właśnie wszędzie byłam z córką. Razem nas od pierwszej chwili zaaresztowali. Aż dopiero wracając zgubiłyśmy się w drodze. Zatrzymali ją i jeszcze parę dziewcząt zatrzymali. Może było z dziesięć tych dziewcząt... Mówi głosem przyciszonym mnóstwo słów szybkich, drobnych, sypiących się łatwo i smutno. Wspomnień o córce jest dużo. Była dobra, była ładna, była zdolna. Uczyła dzieci, należała do organizacji. Syn także. Bały się zawsze, gdy wracał póĽno do domu, długo po godzinie policyjnej. Rzucał piaskiem o szybę, spuszczały mu sznur i tak wchodził przez okno, żeby się dozorca nie dowiedział. Drżała ze strachu, że ktoś wreszcie musi to zobaczyć, że to się wyda. Jego też wzięli, ale nie razem z nimi. Jego wzięli z powstania. Ostatnią kartę napisał w styczniu do rodziny. O matce i siostrze wiedział, że już dawno są w Niemczech. - Przed obozem byłyśmy dwa miesiące na Pawiaku. Co tam wyprawiali, jakie robili zbrodnie na ludziach! Zastrzyki, ściąganie krwi dla żołnierzy - i dopiero wieszali albo brali na rozstrzał. Nigdy nie wzięli zdrowego człowieka na rozstzał, tylko z nim przedtem wszystko zrobili. Jest widoczne, że wiele przemilcza. - Wiem, bo u nas w kuchni gotowali mężczyĽni, to nam opowiadali. Mówili też o tych szczurach... WięĽniowie sami musieli rano wynosić trupy z pakamery. Miały ręce i nogi związane, wyjedzone wnętrzności. Niektórym jeszcze biło serce. Znów pomyślała o czymś, czego nie mogła powiedzieć. Nieznaczna zmarszczka rysowała się na jej gładkim czole od tego wewnętrznego widzenia. - Mnie tak nie męczyli, tylko, że mnie bardzo bili - rzekła wreszcie. I znów posypały się jej przyciszone, szybkie, drobne słowa. - Strasznie mnie bili, żebym powiedziała, kto przychodził, co tam u mnie robili, kiedy niby to była lekcja tańca i moja córka grała na fortepianie. Bili mnie gumową pałką Jak zasłoniłam twarz rękami, to mi tą pałką wybili palce - o tu, jeszcze widać. Jak co robię, to mię tu jeszcze boli. Pokazywała ręce z guzami, pulchne, nieduże ręce, zniszczone twardą pracą. - Strasznie się bałam, że coś powiem, jak mnie za bardzo bolało, jak mi się robiło mdło. Ale jakoś sobie postanowiłam, jakoś tak się zawzięłam i nie powiedziałam nic. Westchnęła z ulgą i dodała poufnie: - A oni u nas się uczyłi i mieli kije zamiast karabinów. Mój syn ich uczył. Otrząsnęła się. Tymi pulchnymi, zniekształconymi rękami przesunęła po oczach i powiedziała tak: - A teraz pani opowiem, jak byłyśmy w tej fabryce amunicji. Tam miałyśmy co dzień dwanaście godzin pracy przy maszynach. Spałyśmy w lagrze. Ten nowy lager nazywał się jakby Bunzig. Stamtąd było przeszło dwie wiorsty do fabryki. Budzili nas o trzeciej w nocy, nie było światła, po ciemku słałyśmy łóżka, piłyśmy czarną kawę bez cukru i jadłyśmy prędko ten chleb. Od czwartej do wpół do szóstej był apel na dworze. Zimno, deszcz albo śnieg, wszystko jedno. Potem było pół godziny drogi do fabryki, tak żeby zdążyć na szóstą. Obiad dawali nam w fabryce. To była zupa z liści czy z czegoś, nie umiem wytłumaczyć - brukiew suszona czy coś takiego. Rano i wieczór czarna kawa bez cukru i do tego dziesięć deka chleba na cały dzień. Naprzód dawali piętnaście deka, a póĽniej już tylko dziesięć - no, to był taki kawałek. Więc byłyśmy wciąż głodne. Straszny był głód. Przeważnie robiłyśmy kule do dział, do samolotów i przeciwlotnicze. To była ciężka praca, ciągle w dymie i gorącu. Jak która nie wyrobiła swojej ilości, to byłyśmy katowne. - Jak? Proszę pani, w tym lagrze były bunkry - tak osobno, z daleka. Bardzo zimne, trochę w ziemi, jak piwnica. Jeżeli która żle posłała łóżko albo kubek po kawie Ľle umyła, bo nie było wody i było przecież ciemno - wtedy musiała iść do bunkru. Albo musiała stać dwanaście godzin na mrozie czy na deszczu. Gestapówki chodziły, pilnowały i śmiały się z nas, że marzniemy. Jakeśmy się do siebie przyciskały dla ciepła - to biły albo wyznaczały za karę bunkier. Więc trzeba było stać na tym zimnie daleko jedna od drugiej. Sukienki miałyśmy letnie - nie nasze, nie. Nasze nam odebrali. Były i pasiaki, były i takie zwyczajne, rękawy do łokci, gołe nogi. Na plecach miałyśmy naszyte krzyże na ukos. Przez ten czas dwa razy ogolili mi głowę do skóry i tak musiałam iść na mróz. Nic nie wolno było włożyć na głowę, zaraz bili. Chodaki nam dali drewniane. Tylko na palcach było przybite trochę płótna papierowego, żeby się trzymały. Takie miałyśmy sine nogi, Boże kochany, jakby kto farbką pomalował. To zimno to strasznie było wytrzymać. I po drodze, i w fabryce przy maszynach słabsze wszystkie umierały. Trupy skladali tam do bunkrów. I do tych samych bunkrów właśnie zamykali za każde najmniejsze przewinienie, jeść nie dali, nie pozwolili się niczym okryć, całą noc na gołej ziemi. Dopiero rano wołali na apel, po apelu znów do bunkru bez żadnego jedzenia. Jeść im nie wolno było podać, stały na apelu osobno, żeby się która z nimi chlebem nie podzieliła. Esmanki bardzo tego pilnowały... Zawahała się, zamyśliła. Znów tu coś trudne było do powiedzenia. - Jednak coś jadły - powiedziała ciszej. - Raz jedna ruszała ustami. I jedna miała zakrwawione paznokcie. Proszę pani, to było strasznie karane! Ale one tam w nocy jadly mięso z tych trupów! Teraz zamilkła na dluższą chwilę. Namyślała się, jakby coś jeszcze chciała dodać. Ale nie mogła. Otrząsnęła się. - Esmanki były zadowolone, jak myśmy umierały - ciągnęła pewniejszym glosem, jakby przezwyciężyła pokusę. - Kiedy kobiety umierały stojąc na apelu i przewracały się na ziemię, esmanki nie wierzyły, śmiały się, kopały je, że udają. Kopały je, gdy one nieraz od kwadransa już nie żyły. Trzeba było tak stać obok, nie wolno było się ruszyć, nie wolno było dać żadnej pomocy, nic. Jak która zachorowała, to też mówiły, że udaje. Też wrzucały do bunkru, żeby tam przy trupach umierała. A mężczyĽni mieli jeszcze gorsze bunkry, całe pod ziemią. Musieli tam stać na ten ziąb po kolana w wodzie. Siedziała bez ruchu, namyślała się, co by jeszcze powiedzieć. I nagle się ożvwiła. - Jeszcze pani coś powiem, to będzie ciekawe. Jak nas, proszę pani, wzięli wtedy z Pawiaka (to bardzo ciekawe będzie) - to nam dali po bochenku chleba i pojechałyśmy do Ravensbr‡ck w wagonach bydlęcych. Po sto nas załadowali do wagonu, jedna ciasno stała koło drugiej. Ani wody, ani możności wyjścia, wszystko tak na stojący, po nogach. I tak spałyśmy na stojący, nie mogłyśmy usiąść z samej ciasnoty. I tak jechałyśmy siedem dni. Po drodze nas postawili na bocznym torze. Pociąg stał trzy godziny. Wtedy zaczęłyśmy wszystkie wyć do wody nieludzkimi głosami. Bo wieĽli nas w tym zaplombowanym wagonie w upał, byłyśmy mokre od potu, czarne na twarzy od kurzu, ubranie na nas śmierdziało, nogi miałyśmy ubabrane w gnoju. Więc zaczęłyśmy wyć jak zwierzęta. Wtedy przyszedł niemiecki oficer od drugiego pociągu, który wiózł rannych żołnierzy, i kazał wagon otworzyć. Ale nas konwojowali Ukraińcy. I powiedzieli, że nie wolno, że to jadą bandyci. Wtedy on zawołał drugich oficerów, bo był ciekawy, co tam jest. Odplombowali wagon i wtedy nas zobaczył. Proszę pani! Jak nas zobaczył, jego oczy zrobiły się okrągłe, ręce o tak rozcapierzył ze strachu! Tak się nas przeląkł! Wyglądał jak dzik! Dopiero za jakiś czas spytał się, czy która mówi po niemiecku, albo po francusku. Wiele mówiło. No więc wtedy kazał nam przywieĽć wody i wypuścić nas na tor, żebyśmy się oprzyrządziły. Natychmiast też kazał otworzyć męskie wagony, Ale tam było gorzej. Bo nas było tylko tysiąc pięćset kobiet, a mówili, że mężczyzn było ze cztery tysiące. Więc w każdym wagonie było ich po trzydziestu, po czterdziestu uduszonych na śmierć! Uspokoiła się, już to najciekawsze powiedziawszy. Głosem znużonym, cicho zakończyła swoje opowiadanie. - Wtedy nas znów zaplombowali i do samego Ravensbr‡ck już nas nikt nie otworzył. Żadna się nie udusiła, ale kilka zwariowało. Czy wyzdrowiały póĽniej? Nie. Nie wyzdrowiały. Zaraz pierwszego dnia je w Ravensbr‡ck rozstrzelali. Jak zwariowały, to rzucały się na nas, gryzły nas i szarpały. Jedna między nami, która nic nie powiedziała na Pawiaku przy najgorszym badaniu, teraz krzyczała na głos nazwiska ludzi, wymieniała miejsca, gdzie jest zakopana broń w skrzyniach, w jakim lesie, na skrzyżowaniu dróg, w jakiej wsi. Mówiła, co tylko mogła sobie przypomnieć. Takeśmy się bały, że wszystkich zgubi. Ale oni już tego nie słuchali, tylko je jedną po drugiej zastrzelili. Posmutniała. - Strach mi, że nie zapamiętałam, jak się nazywały. Bo tam były wartościowe, zasłużone kobiety. Może ich teraz szuka rodzina, jak ja szukam moich dzieci. A ja nie mogę sobie przypomnieć, kto to był. Widzi pani, widzi pani! Nawet Niemiec, i to się przeląkł, jak nas zobaczył. Cóż to dziwnego, że one nie mogły wytrzymać. --------------------------------------------------------------------------- KOBIETA CMENTARNA Droga do cmentarza prowadzi przez miasto pod tamtym murem. Wszystkie okna i balkony - dawniej pełne uwięzionych, stłoczonych ludzi, wyglądających na świat zza muru - są dziś bezludne. W przejeĽdzie już od dawna widać na jakimś drugim piętrze to samo okno, zawsze otwarte, a za nim obwisły gzyms z poczerniałą firanką, suchy kwiat w doniczce i też zawsze otwarte drzwiczki od taniego kredensu, stojącego pod ścianą pokoju. Mijają miesiące i nikt nie podnosi gzymsu ani drzwiczek od kredensu nie zamyka. Droga na cmentarz powoli z miejsca żywych zamienia się na miejsce umarłych. Ale, objęte pustą architektoniczną ramą, to miejsce jeszcze nie całkiem wyjęte jest z obrębu życia. Bo oto słychać i oto widać. Ponad najświeższą, młodziutką zielenią cmentarnych drzew - czarnymi chmurami wstępują ki górze kłęby dymu. Czasami przeszywa je długi płomień, jak wąska, czerwona, szybko migocząca szarfa na wietrze. Ponad wszystkim idzie przez niebo dalekie mruczenie aeroplanów. Mijają miesiące i to nie zmienia się, to trwa. Zewsząd nadchodzą wiadomości o zgonach. Umarł P. w obozie, umarła K. na jakiejś małej stacji kolejowej, schwytana na ulicy i wywieziona. Ludzie giną na wszelkie sposoby, wedle wszelkich kluczów, pod każdym pretekstem. Wydaje się, że nie żyją już wszyscy, że nie ma się przy czym upierać, nie ma przy czym obstawać. Tyle jest wszędzie tej śmierci. W podziemiach kaplic cmentarnych trumny stoją rzędami i oczekują niejako w ogonku na czas swego pogrzebu. ¦mierć zwyczajna, osobista, wobec ogromu śmierci zbiorowej wydaje się czymś niewłaściwym. Ale rzeczą bardziej wstydliwą jest żyć. Nic z dawnego świata nie jest prawdziwe, nic nie zostało. Ludzim dane jest przeżywać rzeczy niejako ponad stan. Przerażenie staje pomiędzy nimi i odgradza ich od siebie. Jeden dla drugiego o każdej chwili staje się sposobnością do śmierci. Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż niecała dana jest w doświadczeniu. Albo dana niejednocześnie. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji, w echach wystrzałów, w dalekich dymach rozpływających się po niebie, w pożarach, o których historia mówi, że "obracają w perzynę", chociaż nikt nie rozumie tych słów. Ta rzeczywistość, daleka i zarazem rozgrywająca się o ścianę, nie jest prawdziwa. Dopiero myśl o niej usiłuje pozbierać ją, unieruchomić i zrozumieć. Idziemy jeszcze raz cmentarną aleją. Odbywa się teraz uroczysty raut wiosenny umarłych. Umarłych dawno już i śmiercią zwyczajną. Mówią tylko swoje imię i nazwisko, mówią datę, rzadziej przypominają zawód swój i godności. Niekiedy w przejściu proszą półgłosem o westchnienie do Boga. Jest to niewiele. Są tam zawsze w tych samych miejscach i mówią wciąż to samo, odzywają się powściągliwie, skrępowani swoim konwenansem. Chcą tak zupełnie mało, nie narzucają się, nie zobowiązują nas do niczego. Zaledwie przypominają się pamięci, wystarcza im odrobina uwagi. Zachęty dodaje niekiedy ktoś z najbliższej rodziny - niejako wprowadza i zarazem ośmiela. Jakaś bezimienna żona z dziećmi, "kładąca mężowi tę pamiątkę", mówi kamiennym szeptem, że był najlepszy. Jakaś córka, ze swej strony od dawna już nieżyjąca, ślubuje zielonymi od mchu literami przywiązanie najukochańszej matce. Ten jeden grób jest bez krzyża. Na cokole brązowego pomnika wypisano niezrozumiałe dziś słowa: Patrząc z wysokiego stanowiska ewolucji w nieskończoną otchłań przyszłości, dostrzegamy tam nie rozpaczliwe mroku wiecznej śmierci, lecz żywiące blaski wiecznego i wciąż potężniejącego życia. Szpalerem umarłych nadciąga w tę stronę kobieta pielegnująca kwiaty na grobach. Ma w rękach emblematy swej godności - miotłę i polewaczkę. Polewaczkę ustawia na płaskim kamieniu przy studni żelaznej i pompuje do niej wodę. Na tym miejscu, już bliskim ogrodzenia, cmentarz jest cały zatopiony zielenią, groby leżą jak krótkie zagonki granatowych albo żółtych bratków. Kwitną i pachną konwalie, już za chwilę kwitnąć będzą bzy. W powietrzu woła wilga, jak wołała każdej wiosny tam, przy domu dzieciństwa. Myszka polna chodzi drobniutko między bratkami, wspina się na ich łodygi, coś zjada. Na ciszę rozwartego szeroko nieba ponad cmentarzem co kwadrans wypływa od strony lotniska powolny aeroplan i zakreślając łagodny półokrąg odchodzi poza mury getta. Nie widać rzucanych w ciszy bomb. Ale śladami jego przelotu po dłuższej chwili podnoszą się długie, wąskie zwoje dymu. PóĽniej dają się też widzieć płomienie. Kobieta cmentarna napełniła polewaczkę i odchodzi z nią w stronę kwiatów. Jest to ta sama, z którą rozmawia się tu niekiedy o rzeczach śmierci. W czasach grozy przychodzi się na cmentarz, jako na jedyne miejsce spokoju i bezpieczeństwa, jak do ogródka przy domu rodzinnym. Jak pod najpewniejszy o tamtym czasie adres. Zachwiała i tą moją pewnością. - Tutaj groby są lepsze - mówiła wtedy. - Tutaj groby są lepsze, bo tu jest sucho. Ciało leży i nie psuje się, tylko się wysusza. Tam w dołu, gdzie jest mokro, miejsca są tańsze. Tam tylko dwie trumny jedna na drugiej mogą leżeć. Miała usposobienie łagodne i czułe. Przy tym była kompetentra, mogła zawsze służyć radą, a nawet pociechą. Była pełna i biała, niczym nie przejmowała się zanadto, na wszystko mając wyrozumienie. - A tu jest wyżej - mówiła. - Tutaj jedną umarłą jak wykopali, to nic wcale nie była zmieniona. Mąż kazał ją wykopać. Była młoda kobieta i pochowana była w białej sukni. To i tę suknię miała na sobie całkiem białą. Jakby wczoraj ją pochowali. Nie było całkiem zrozumiałe, czemu ją kazał wykolać. Wytłumaczyła to tak: - Wykopali ją na sprawę, bo zaskarżył doktorów w szpitalu, że jej nie dopilnowali. Ona po urodzeniu pierwszego dziecka wyskoczyła przez okno i zabiła się na miejscu. I nie było nad nią jak się należy opieki. Więc ją wykopali i zawieĽli do szpitala na sekcję. A póĽniej przywieĽli ją z powrotem i pochowali. Ale już nie miała na sobie białej sukni, tylko niebieską. Pochowali ją, ale też nie na długo. Nie minęło trzech miesięcy, jak znowu wyjmowali trumnę. - Dlaczego? - Dlatego, że ten mąż jej się powiesił i trzeba go było pochować. Pogłębili i wymurowali grób. I teraz tutaj leżą razem pochowani. Jak właściwie skończyła się sprawa przeciw doktorom, też jasne nie jest. Widocznie jednak nie zaspokoiła pretensji młodego małżonka, skoro ucieczki przed swym cierpieniem szukał w śmierci. PóĽniej przyszedł czas, gdy na cmentarz spadały pociski. Posągi i medaliony potłuczone leżały wzdłuż alei. Groby z otwartymi wnętrzami ukazały w pękniętych trumnach swoich umarłych. Ale kobieta cmentarna wobec tej sprawy również zachowała wrodzony spokój. - Nic im nie będzie - powiedziała. - Nie umrą przecież drugi raz. Teraz jednak, gdy oto wróciła znowu po wodę, widać, jak jest zmieniona. - Co pani jest? Czy pani chorowała? Jej okrągła biała twarz poczerniała i schudła, czoło ma pomarszczone, jakby od ciągłego wysiłku, oczy błyszczą jak w gorączce. - Nie, nic mi nie jest takiego - mówi pochmurnie. - Tylko że ludzie wcale teraz tutaj nie mogą żyć. Nawet jej głos jest niepewny, drżący i przyciszony. - Mieszkania mamy wszyscy zaraz koło muru, to u nas wszystko słychać co się u tamtych dzieje. Już teraz każdy wie, co to jest. Do ludzi strzelają po ulicach. Palą ich w mieszkaniach. Po nocach krzyki takie i płacz. Nikt nie może ani spać, ani jeść, nikt nie może wytrzymać. Czy to jest przyjemnie tego słuchać? Rozejrzała się, jakby mogły ją słyszeć groby pustego cmentarza. - To także przecież ludzie, więc ich człowiek żałuje - wyjaśniła. - Ale, proszę pani, dla nas lepiej, jak ich Niemcy wyniszczą. Oni nas nienawidzą gorzej niż Niemców... Zdawała się urażona mymi słowami naiwnej perswazji. - Jak to, kto mówił? Nikt nie potrzebował mówić. Sama wiem. I każdy pani powie to samo, kto ich zna. Że niechby tylko Niemcy wojnę przegrały, to Żydzi wezmą i nas wszystkich wymordują... Pani nie wierzy? Nawet same Niemcy to mówią. I radio też mówiło... Wiedziała lepiej, do czegoś jej była potrzebna ta wiara. Poprawiła polewaczkę na kamieniu przy studni i na nowo pompować zaczęła wodę. Gdy skończyła, podniosła głowę, jeszcze nadąsana. Zmarszczyła czoło i niespokojnie zamrugała oczami. - Nie można wytrzymać, nie można wytrzymać - powtórzyła. Trzęsącymi rękami zaczęła wycierać sobie twarz z łatwych łez. - Najgorsze jest to, że dla nich nie ma żadnego ratunku - mówiła cicho, jakby wciąż bojąc się, że kto usłyszy. - Tych, którzy się bronią, oni zabijają na miejscu. A tych, co się nie bronią, wywożą samochodami tak samo na śmierć. Więc co oni mają robić? Podpalają ich w domach i nie dają im wyjść. To matki zawijają dzieci w co tam mają miękkiego, żeby ich mniej bolało, i wyrzucają z okna na bruk! A póĽniej wyskakują same... Niektóre skaczą z najmniejszym dzieckiem na rękach... Podeszła bliżej. - Z jednego miejsca od nas było widać, jak ojciec wyskakiwał z takim mniejszym chłopcem. Namawiał go, ale ten chłopiec się bał. Stał już na oknie i jeszcze się łapał za ramę przed tym ojcem. I czy go ojciec zepchnął, czy jak - tego nie było widać. Ale oba razem, jeden za drugim spadli. Znowu zapłakała i drżącymi rękoma wycierała twarz. - I nawet jak tego nie widać, to my słyszymy. To słychać tak, jakby coś miękkiego klapnęło. Wciąż tak wyskakują, wolą wyskoczyć, niż się za życia spalić w ogniu... Nasłuchiwała. W miękkim nawoływaniu się ptaków cmentarnych rozeznawała dalekie odgłosy ciał upadających na kamienie. DĽwignęła polewaczkę i odeszła z nią w stronę żółtych i granatowych bratków na grobach. Niebem nadpływał nowy samolot od strony lotniska i wielkim zakolem zdążał ponad mury getta. Rzeczywistość jest do zniesienia, gdyż jest niecała wiadoma. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji. Wiemy o spokojnych pochodach ludzi idących bez sprzeciwu na śmierć. O skokach w płomienie, o skokach w przepaść. Ale jesteśmy po tej stronie muru. Kobieta cmentarna widziała to samo i słyszała. I dla niej jednak rzecz tak przeplotła się z komentarzem, że zatraciła swą rzeczywistość. --------------------------------------------------------------------------- PRZY TORZE KOLEJOWYM Należy do tych umarłych jeszcze jedna, ta młoda kobieta przy torze kolejowym, której ucieczka się nie udała. Daje się poznać już dziś tylko w opowiadaniu człowieka, który to widział i który nie może tego zrozumieć, żyje też już tylko w jego pamięci, Wiezieni długimi pociągami w zaplombowanych wagonach do obozów zniszczenia uciekali niekiedy po drodze. Ale niewielu się na taką ucieczkę ważyło. Wymagało to odwagi większej, niż tak bez nadziei, bez sprzeciwu i buntu jechać na pewną śmierć. Ucieczka udawała się niekiedy. W ogłuszającym łoskocie pędzącego towarowego wagonu nikt z zewnątrz nie mógł usłyszeć, co się w środku dzieje, Jedynym sposobem było wyłamanie desek z podłogi wozu. W ciasnocie stłoczonych ludzi, zgłodniałychm cuchnących i brudnych, rzecz zdawała się prawie niewykonalna. Trudno było się nawet poruszyć. Zbita masa ludzka, miotana rwącym rytmem pociągum zataczała się i kołysała w dławiącym zaduchu i ciemności. Jednak ci - zbyt słabi i lękliwi - którzy nie mogli marzyć o ucieczce, rozumieli, że innym trzeba to ułatwić. Odchylali się, przywierali do siebie, unosili powalane nawozem stopy, by otworzyć drogę do wolności innym. Podważenie deski z jednej strony było już początkiem nadziei. Trzeba ją było oderwać zbiorowym wysiłkiem. To trwało godziny. A wtedy zostawała do oderwania druga i trzecia deska. Najbliżsi pochylali się nad wąskim otworem i cofali z Iękiem. Trzeba było zebrać się na odwagę, by - próbując rękami na przemian i nogami - wypełznąć przez wąską szczelinę ponad łomotem i zgrzytem żelastwa, w wichrze dmącego spodem powietrza, ponad przemykającymi podkładami - dopaść osi i w tym uczepie przepełznąć rękami do miejsca, w którym skok dawałby prawdopodobieństwo ratunku. Wypaść pomiędzy szyny lub poprzez koła na brzeg toru - różne były sposoby. A póĽniej oprzytomnieć, stoczyć się niewidzialnie z nasypu i uciekać w obcy, nęcący ciemnością las. Ludzie wpadali pod koła i często ginęli na miejscu. Ginęli, uderzeni wystającą belką, kantem zasuwy, rzuceni pędem o słup sygnału czy przydrożny kamień. Albo łamali ręce i nogi, wydani w tym stanie na wszelkie okrucieństwo wroga. Tym, którzy ważyli się zestąpić w huczącą, rozpędzoną, łomoczącą czeluść, było wiadomo, na co idą. I wiadomo było tym, co zostali - chociaż z zasuniętych drzwi ani z wysokiego okienka nie było sposobu się wychylić. Kobieta leżąca przy torze należała do odważnych. Była trzecią z tych, którzy zestąpili w otwór podłogi. Za nią stoczyło się jeszcze kilku. W tej samej chwili nad głowami podróżnych rozległa się seria strzałów - jakby coś wybuchało na dachu wagonu. I zaraz strzały umilkły. Ale jadący mogli teraz patrzeć na ciemne miejsce po wyrwanych deskach, jak na otwór grobu. I jechać spokojnie dalej w stronę własnej śmierci, która czekała ich u kresu drogi. Pociąg od dawna zniknął w ciemnościach ze swym dymem i łoskotem, naokoło był świat. Człowiek, który nie może zrozumieć i nie może zapomnieć, opowiada to jeszcze raz. Gdy się rozwidniło, kobieta, ranna w kolano, siedziała na zboczu rowu kolejowego, na wilgotnej trawie. Ktoś zdołał uciec, ktoś dalej od toru, pod lasem, leżał bez ruchu. Uciekło kilku, zabitych było dwóch. Ona jedna została tak - ani żywa, ani umarła. Gdy znalazł ją, była sama. Ale powoli zjawiali się ludzie w tym pustkowiu. Nadchodzili od strony cegielni i ode wsi. Stawali lękliwie, patrzyli z oddalenia - robotnicy, kobiety, jakiś chłopiec. Co chwila tworzył się niewielki wianuszek ludzi, którzy stojąc oglądali się niespokojnie i prędko odchodzili. Przychodzili inni, ale też nie zatrzymywali się dłużej. Rozmawiali z cicha między sobą, wzdychali, jakoś się naradzali odchodząc. Rzecz nie nasuwała wątpliwości. Jej kręte krucze włosy były rozczochrane w sposób zbyt wyraĽny, jej oczy przelewały się zbyt czarno i nieprzytomnie pod opuszczonymi powiekami. Do niej nie odezwał się nikt. To ona zapytywała, czy ci, co leżą pod lasem, nie żyją. Dowiedziała się, że nie żyją. Był biały dzień, miejsce otwarte, z dala zewsząd widoczne. Ludzie zwiedzieli się już o wypadku. Czas był wzmożonego terroru. Za danie pomocy lub schronienia groziła pewna śmierć. Jednego młodego człowieka, który stał dłużej, póĽniej odszedł na parę kroków i znowu wrócił, poprosiła, by przyniósł jej z apteki weronalu. Dała pieniądze. Odmówił. Chwilę leżała zamknąwszy oczy. Znów usiadła, poruszyła nogą, ujęłają w obie ręce, usunęła z kolana spódnicę. Ręce miała zakrwawione. Ten wyrok śmiertelny na nią, uwięzły w jej kolanie, tkwił tam jak gwóĽdĽ, którym przybita była do ziemi. Leżała długo i spokojnie, oczy zbyt czarne mocno zakryła powiekami. Gdyje wreszcie odsłoniła, zobaczyła wokół siebie nowe twarze. Ale ów młody człowiek jeszcze stał. Wtedy poprosiła, by kupił jej wódki i papierosów. Wyświadczył jej tę przysługę. Gromadka na zboczu nasypu ściągała uwagę. Wciąż ktoś nowy się przyłączał. Leżała pośród ludzi, ale nie liczyła na pomoc. Leżała jak zwierzę ranne na polowaniu, które zapomniano dobić. Była pijana, drzemała. Nieprzeparta była ta siła, któwa odgradzała ją od nich wszystkich pierścieniem przerażenia. Mijał czas. Stara wieśniaczka, która była odeszła, zdążyła wrócić. Była zdyszana. Podeszła blisko, wyjęła spod chustki ukryty blaszany kubek mleka i chleb. Nachyliła się, pospiesznie włożyła to w ręce zranionej i zaraz odeszła, by tylko z daleka popatrzeć, czy wypije. Dopiero kiedy zobaczyła idących do miasteczka dwóch policjantów, zniknęła zasłaniając twarz chustką. Inni rozeszli się też. Tylko ten jeden małomiasteczkowy frant, który przyniósł wódki i papierosów, dotrzymywał jej wciąż jeszcze towarzystwa. Ale ona nie chciała już od niego nic więcej. Policjanci podeszli poważnie zobaczyć, co to jest. Zrozumieli sytuację, naradzali się półgłosem, co mają zrobić. Zażądała, by ją zastrzelili. Umawiała się o to z nimi półgłosem, byle nie dawali nigdzie znać. Nie byli zdecydowani. Odeszli i oni, rozmawiając, przystając i znów idąc dalej. Nie było wiadomo, co postanowią. Ostatecznie nie zechcieli jednak spełnić jej żądania. Zauważyła, że poszedł z nimi ten uprzejmy młody, który podawał jej ogień do papierosów zapalniczką nie chcącą się zapalić. I któremu powiedziała, że jeden z tych dwóch zabitych pod lasem to jej mąż. Wydawało się, że ta wiadomość była mu nieprzyjemna. Spróbowała napić się mleka, ale po chwili w zamyśleniu odstawiła kubek na trawę. Przetaczał się ciężki, wietrzny dzień przedwiosenny. Było chłodno. Za pustym polem stało parę domków, z drugiej strony kilka niedużych, chudych sosen zamiatało gałęziami niebo. Las, do którego mieli uciec, zaczynał się dalej od toru, poza jej głową. To pustkowie było całym światem, który oglądała. Młody człowiek wrócił. Znowu popiła wódki z butelki, a on podał jej ognia do papierosa. Lekki, ruchomy zmierzch nasuwał się na niebo od wschodu. Na zachodzie kłębki i smugi chmur wstępowały bystro ku górze. Nowi ludzie przystawali, wracający z roboty. Dawniejsi objaśniali tych nowych, co się stało. Mówili tak, jakby nie słyszała ich wcale, jakby jej już nie było. - To jej mąż tam leży zabity - mówił kobiecy głos. - Uciekli z pociągu w ten lasek, ale strzelali za nimi z karabinu. Zabili jej męża, a ona się tu sama została. W kolano ją trafiło, nie mogła dalej uciekać... - Żeby to z lasu, toby ją było łatwiej gdzie wziąć. Ale tak, na ludzkich oczach - nie ma sposobu. To mówiła stara kobieta, która przyszła po swoją blaszaną kwartę. W milczeniu popatrzyła na mleko rozlane na trawie. Tak więc nikt nie zapragnął zabrać jej stąd przed nocą ani wezwać doktora, ani odwieĽć do stacji, skąd mogłaby pojechać do szpitala. Nic takiego nie było przewidziane. Szło już tylko o to, aby tak lub inaczej umarła. Gdy otworzyła oczy o zmierzchu, nie było przy niej nikogo, prócz dwóch policjantów, którzy wrócili, i tego jednego, który już teraz nie odchodził wcale. Znowu powiedziała, by ją zastrzelili, ale bez wiary, że to zrobią. Obie ręce położyła na oczach, żeby już nic nie widzieć. Policjanci jeszcze wahali się, co mają robić. Jeden namawiał drugiego. Tamten odrzekł: - To ty sam. Ale usyszała głos tego młodego: - No to dawaj pan mnie... Drożyli się jeszcze i spierali. Spod uchylonej powieki zobaczyła, jak policjant wyjął rewolwer z futerału i podał nieznajomemu. Ludzie, małą grupką stojący dalej, wiedzieli, że nachylił się nad nią. Usłyszeli strzał i odwrócili się ze zgorszeniem. - Już mogli lepiej wezwać kogo, a nie tak. Jak tego psa. Gdy zrobiło się ciemno, wyszło z lasu dwóch ludzi, żeby ją zabrać. Z trudem odnaleĽli to miejsce. Myśleli, że śpi. Ale gdy jeden wziął ją pod plecy, zrozumiał od razu, że na do czynienia z trupem. Leżała tam jeszcze całą noc i poranek. Aż przed południem przyszedł sołtys z ludĽmi i kazał ją zabrać i zagrzebać razem z tamtymi dwoma, zabitymi przy torze kolejowym. - Ale dlaczego on do niej strzelił, to nie jest jasne - mówił opowiadający. - Tego nie mogę zrozumieć. Właśnie o nim można było myśleć, że mu jej żal... --------------------------------------------------------------------------- DWOJRA ZIELONA Nieduża kobieta z czarną przepaską na oku stanęła przy ladzie. Jej równie drobny i cokolwiek dziwny towarzysz z czarnymi wąsikami zażądał dla niej okularów. - Przez parę lat ta pani nie nosiła okularów - powiedział znacząco i życzliwie. - Dlaczego? - Dlatego, że była w obozie. Co do oka, to okazało się, Ľe jest nieodpowiednie. Jest za duże i nie chce wejść. A po okulary trzeba jeszcze przyjść nazajutrz. - Czy nie zechciałaby pani ze mną porozmawiać? Mogłybyśmy wstąpić tu obok do cukierni. Zdziwiła się. Nie mogła iść do cukierni. Była zajęta. Musiała wracać do mieszkania, bo jest zamknięte, a klucz ma ona ze sobą. Do mieszkania, gdzie właśnie od dwóch dni znalazła zajęcie. Idziemy tedy razem przez szeroką ulicę Pragi i ciemną bramą przenikamy w podwórze wielkiej rudery o brudnych, poczerniałych ścianach z poodbijanym tynkiem. Głęboko w rogu, za oblazłymi z brunatnej farby drzwiami, zaczyna się mroczna sień. - To jest na trzecim piętrze. Drewniane schody idą pod górę nieprzerwanym ciągiem w ciemności. Trzeba się trzymać poręczy, uważnie macać podeszwami wyrwy w deskach, by nie upaść. Dopiero na pierwszym piętrze załamuje się ich ciągły bieg. Równy pomost podłogi wiedzie z powrotem do miejsca, w którym zaczynają się ponad tamtymi nowe schody i znowu jednym długim tchem sięgają piętra drugiego. U wejścia na trzecią kondygnację stoimy chwilę przy oknie. Patrzymy w wielkie, odrapane, ciemne i brudne podwórze. - Jakie pani ma zajęcie? - Sprzątam i pilnuję mieszkania. Bo w tym mieszkaniu będzie żydowskie ambulatorium. - Więc znalazła pani swoich ludzi? Ma pani opiekę i przyjaciół? - Jestem sama - odpowiada spiesznie. - Jestem sama - powtarza jeszcze raz. - Jednak ten pan, który odszedł, kupował dla pani okulary. I oko. Na to z trudem przystaje. Owszem, kupią mi to oko. I nawet chcą wprawić zęby. - Zawahała się i ciężko wyznała: - Ale to nie jest rodzina. Idziemy już ostatnią kondygnacją i znów wracamy równym pomostem, obwiedzionym drewnianą poręczą. W miejscu gdzie na niższych piętrach są okna, na trzecim otwierają się wypełzłe, chwiejne drzwi oszklone. Wychodzą na napowietrzny ganek drewniany z poręczą, uczepiony muru, trzeszczący nad próżnią. Zatrzymujemy się przy trzecich z kolei drzwiach, zamkniętych jak gdyby na okiennice. To tutaj - powiada. Wyjmuje klucz i otwiera wetkniętą w skoble olbrzymią kłódkę. Drzwi otwierają się na rozległe, puste mieszkanie. Jeden pusty, ponury pokój, z umytą podłogą, drugi też wysprzątany, z niskim pod ścianą legowiskiem. W trzecim stół pod ścianą, jedno i drugie krzesło. - O, tutaj możemy rozmawiać. Niech pani siądzie. Siadamy naprzeciwko siebie przy rogu tego stołu. - Oni są dobrzy. Ale to nie jest rodzina - powtarza. - Nie ma nikogo. Mój mąż jest zabity w roku 43 na stacji Małaszewicze, osiem kilometrów pod Brześciem Litewskim. W lagrze. Zabitych było tysiące, bo zabijali tak co dziesiątego, zabijali co parę dni. Nie, sama tego nie widziałam, ale o tym słyszałam. Bo tam nie byłam, byłam w Międzyrzecu. I jedno wiem, że w 42 roku mój mąż był jeszcze żywy. Bo wtedy lotnik niemiecki wziął list do męża i była na ten list odpowiedĽ, że mój mąż się kłania. A póĽniej dowiedziałam się, że jest zabity. Wstała i wpuściła ludzi, którzy przyszli naprawiać w kuchni zlew. - Mam trzydzieści pięć lat, tylko że tak wyglądam. Nie mam zębów, nie mam oka... Wyszła za mąż mając dwadzieścia trzy lata. Mieszkali w Warszawie przy ulicy Stawki. Ona pracowała w fabryce, robiła na maszynie wełniane rękawiczki, on był szewcem. Naprzód też pracował w fabryce, póĽniej robił buty w domu. Owszem, było im dosyć ciężko. - Dzieci nie mieli. - Mąż się nazywał Rajszer, ale ja się nazywam Zielona. Bo nie miałam papierów i zapisali mi nazwisko ojca. Po chwili zastanowienia dodała jeszcze: - A na imię mam Dwojra. W roku 39 bomby rozwaliły dom na Stawkach. Stracili wszystko - rzeczy, ubranie. I przenieśli się do Janowa Podlaskiego. Westchnęła. - Tam już nosiliśmy żółty trójkąt, sześć takich szpicy, palestyński znak. A dopiero póĽniej nosiliśmy opaski. Oboje. W paĽdzierniku 42 roku już męża nie było, bo pracował w tym lagrze Małaszewicze. Wtedy całe miasto Janów Podlaski wysiedlili do Międzyrzeca. To był taki Judenstadt, tam byli wszyscy Żydzi z lubelskiego województwa. Co dwa tygodnie wywozili ludzi do Treblinki koleją. Ta reszta, co została, była zamknięta w getcie. Inni ginęli, ona nie. - Jak była akcja, to ja się zawsze schowałam. Siedziałam na strychu. Rozpostartymi palcami obu rąk przesloniła swą twarz. I patrzyła chwilę jednym okiem przez szpary między palcami. - Czy to znaczy, że pani zakrywała sobie twarz rękami? Uśmiechnęła się. - Gdzie tam. Ja tylko pokazuję pani, że się tak zawsze chowałam. Siedziała na strychu i myślała: "Teraz żyję, a za godzinę, nie wiem, co będzie". Ale inni ginęli, a ona nie. - Raz się tak chowałam, jak była akcja, przez całe cztery tygodnie. Bez jedzenia. To także, jak te rozcapierzone palce na twarzy, należało rozumieć w pewnym sensie metaforycznie. - No, wzięłam parę cebulki i miałam tam manne kasze, więc to jadłam. Nie, nie gotowane. Skąd! nie było przecież wody. Miałam też trochę kawy mielonej, zbożowej, to także jadłam surową tę kawę. Nic mnie nie bolało. Myślałam: umrę. Byłam taka osłabła. Byłam sama jedna na świecie. Raz usłyszałam, że był ruch na ulicy. Było to w grudniu 42 roku. Usłyszałam ruch, to wiedziałam, że już placówki nie pilnują. Więc zeszłam. Po akcji można było znowu chodzić w środku między drutami. Owszem, była jeszcze gmina żydowska. Oni dawali trochę chleba. Ale nie było ważne to całe życie nasze... Miałam kilka koszuli, to sprzedawałam i kupiłam sobie chleb na jutro, na pojutrze. Oko straciłam pierwszego stycznia 43 roku. Była taka zabawa u Niemców. Oni się bawili w Sylwestra. Zastrzelili sześćdziesiąt pięć ludzi. Z mojego domu to ja jedna zostałam, że jeszcze żyję. Strzelali na ulicy, na śniegu, o szóstej rano. Wchodzili do mieszkań. To ja chciałam uciekać, wyskoczyłam przez okno. Myślałam, że się zabiłam. I dostałam strzał w oko. Jak do mnie strzelali, to tak czułam: "a może jeszcze żyję..." Zniżyła głos, mówiła poufnie: - Pani powiem: ja chciałam żyć. Nie wiem, bo nie miałam męża ani rodziny, ani nikogo, i chciałam żyć. Oka nie miałam, byłam głodna i chłodna - i chciałam żyć. Dlaczego? To pani powiem: po to, żeby powiedzieć wszystko tak, jak pani teraz mówię. Niech świat o tym wie, co oni robili. Myślałam, żę będę żyła tylko ja jedna. Myślałam, że nie będzie na świecie ani jednego Żyda. Zabrali mnie do szpitala. W oku nic nie czułam, tylko mnie więcej bolało tutaj: krzyż i nogi. Od stłuczenia. To mówiłam: "dajcie mnie noża". Bo chciałam zrobić z sobą koniec. Już nie mogłam żyć. Oka nie miałam, nic nie miałam. Oko wypłynęło całe. Na uchu też miałam ranę. Mieli mnie prześwietlić. Ale samo się zagoiło. Jak już resztę nas zabrali, to już się nie chowałam. I sama poszłam za naszymi do tego Majdanka. Grosza nie mam, jedzenia nie mam, oka nie mam. Żydów nie ma - to co miałam robić sama na tym strychu? Kawałek chleba już też nie miałam. Jak mam umrzeć, to wolałam umrzeć razem z nimi, nie sama. No to poszłam do Majdanka. Tam dawali chleba bardzo mało. I trochę zupy o dwunastej. Czyśmy sobie wzajemnie pomagali? Bo ja wiem. Trochęśmy pomagali. Ale niedużo. Ach, pani wie, każdy ma swój kłopot: co może zrobić? Co dwa tygodnie była selekcja, taka przebierka. Co można zrobić? Czy mnie bili? Owszem: raz w Majdanku esmanka Brygida - to ona mnie zbiła. Czym? Kija miała. Dostałam od niej po głowie. A za co? ¦mieje się z politowaniem. - Bo ona tak chciała, nic więcej. Wszystkie wtedy dostały. Bo jedna kapowa, taka fuhrabtarina, powiedziała o jednej z nas, że ona robi geszeft. Że coś kupuje. I za tę jedną wszystkie dostały. Ale czy ona robiła geszeft? Ja nie wiem. Uciec nie można było. Jedna panienka uciekła. To ją złapali i powiesili. Taki tam stał słup i hak... Było nas z dziesięć tysięcy na placu i musieliśmy wszystkie na to patrzeć. Była spokojna, bardzo spokojna - esman spytał się, co ona chce przed śmiercią. A ona powiedziała: "Nic, nic, prędzej rób, co chcesz". Dwadzieścia lat miała, była delikatna. Byli też dwaj bracia. Oni się póĽniej sami powiesili. Wstała, żeby wypuścić robotników, którzy już skończyli swoją pracę. Ale wróciła zaraz i usiadła na swym miejscu. - Raz przyszedł esman ze Skarżyska-Kamienna, szef Imfling. Powiedział: Kto chce pracować, to pojedzie do pracy". Umiałam pracować, to pojechałam. To była fabryka amunicji. Tam nie dostałam bicia ani razu. Ale tam też coraz była selekcja, jak już kto raz był w szpitalu, to go zabili. Kto miał zwolnienie od pracy, choćby parę dni przestał robić - już go zabili! Ja miałam tylko jedno oko i zrobił mi się na tym oku taki jęczmień jak wrzód. No to byłam ślepa. Ale pracowałam, żadnego dnia nie opuściłam, po dwanaście godzin. Tydzień przez dzień, tydzień przez noc. I widzi pani, nie uwolniłam się, nie poszłam do doktora. Bałam się. Bo to była śmierć. Myślałam, że może przeżyję i tak, a może... Uśmiechnęła się nieśmiało i wstydliwie. - Widać znowu chciałam żyć. Jeszcze coś sobie przypomniała. - Teraz pani powiem, jak było z zębami. Kiedy przyszłam do Skarżyska-Kamienna, tam dawali tylko trochę zupy. To byłam strasznie głodna. Można było jedzenie kupić od robotników, którzy przychodzili pracować z miasta. Czasami sami coś dawali, ale prędzej trzeba było kupić. A ja nie miałam pieniędzy. To sama wyrwałam sobie złote zęby. Czy wyrwałam sznurkiem? Nie. Tylko przez kilka dni ruszałam, ruszałam. Jak się dobrze ruszał, to już łatwo dał się wyrwać. Sam wyszedł. Za jeden ząb dostałam osiemdziesiąt albo osiemdziesiąt pięć złotych. I kupiłam sobie dosyć chleba. Trzynaście miesięcy tak robiłam w Skarżysku. Jak się Ruski przybliżył do Skarżyska, to Niemcy całą fabrykę z nami przenieśli do Częstochowy. I tam była znowu taka sama robota. Siedemnastego stycznia przyszli Sowieci. Esmani uciekli szesnastego. W Częstochowie było piętnaście tysięcy Żydów. Zostało pięć tysięcy, resztę powieĽli do Niemiec, kolejami. Nic na to nie można było zrobić. Były takie zapisy. Majster zapisywał i ludzi według zapisu brali. Majstrzy nas pilnowali. Żeby jeszcze parę godzin Sowieci nie przyszli, byłoby po nas. Byliśmy już ustawieni na ulicy. Ale Sowieci przyszli i majstrzy uciekli. Czyśmy się ucieszyli, jak przyszli? Tak, cieszyliśmy się bardzo. Bośmy już nie byli za drutami, bośmy byli wolni. Witaliśmy ich, aleśmy ani nie krzyczeli nic. Westchnęła. - Nie mieliśmy siły... --------------------------------------------------------------------------- WIZA Nie mam niechęci do Żydów. Tak samo jak nie mam niechęci do mrówki ani do myszki. Czeka przez chwilę, co na to powiem. Siedzi ciężko. Jest duża i dosyć tęga. Nie rozstała się dotąd ze swym obozowym chałatem w szare i granatowe pasy. Aż dotąd też ma włosy obcięte krótko przy głowie, jak mężczyĽni. I na niej taką samą w szare i granatowe pasy czapeczkę. Przyszła z wizytą. Siedzi na miękkim krześle w pokoju hotelowym. O nic nie prosi, niczego nie potrzebuje. Nie potrzebuje zwłaszcza pieniędzy. A te, które otrzymała w Opiece, pragnie co prędzej oddać komukolwiek, komu są bardziej potrzebne. W ostateczności chce je oddać choćby na przechowanie. Takim ją bowiem przejmują obrzydzeniem. Ręką trzyma oparte o poręcz krzesła dwie duże drewniane kule. - Dlaczego ja mówię o tej myszce - opowiada, chociaż nie zapytałam jej o to. I uśmiecha się. Uśmiecha się ładnie. Pokazuje przy tym dużo białych, młodych zębów. Jej oczy brunatne świecą się silnie, policzki są ciemne i rumiane. Jest młoda, ale bardzo zeszpecona tymi za krótkimi włosami, zjeżonymi jak szczotka, tą czapką kuchcika i dużymi okularami na nosie. - Bo raz z jedną mariawitką obierałyśmy w kuchni blokowej kartofle. I w tych kartoflach znalazłyśmy gniazdko myszy. Gniazdko było w ziemniaku. Cały środek był wyjedzony, a one siedziały w łupce. To były trzy myszki młode, zupełnie jakby gołe. Takie brudno-różowe. Ta mariawitka chciała je dać kotowi. Ale ja nie pozwoliłam... Waha się przez krótką chwilę. - Bo powstała we mnie taka myśl: a jak on będzie, ten kot, jadł te myszy? I dodaje z niechęcią: - Była we mnie taka ciekawość jak w gestapowcu - jak to będzie wyglądało?... Zastanowiła się dłużej nad tym szczególnym zjawiskiem. Popatrzyła jak gdyby wewnątrz siebie i westchnęła. - Więc schowałam je na powrót do tej łupki i zasunęłam głęboko w słomę. Może matka je znajdzie i jakoś się uratują. Tak więc naprawdę nie ma niechęci do Żydów, mimo że sama jest chrześcijanką. Przeszła na katolicyzm jeszcze w początkach wojny, gdy bardzo się męczyła oglądając tyle niesprawiedliwości i okrucieństwa. Myśl o mękach Pana Jezusa pomogła jej łatwiej to znieść. Miała polskie nazwisko i polskie papiery, w obozie była jako Polka, nie jako Żydówka. Nie wie dobrze, kto byli jej rodzice, nie widziała ich nigdy. Zna tylko swoją babkę, którają wychowała. Ale to nie jest ważne. Babka też zresztą już nie żyje. Ta okoliczność wymaga także chwili zastanowienia. - Nikim w ogóle nie pogardzam. Ale to nie jest ważne. Ważna jest natomiast rzecz następująca: - Pani wie, co to jest: iść na wizę? - Nie wiem. - W obozie od samego rana esmanki wołały: - IdĽcie na wizę! IdĽcie na wizę!... A Jugosłowianki mówiły: - Iti na luku... To byto w paĽdzierniku. Dnie bardzo zimne, mokro. Wszystkie kobiety z jednego bloku szły na wizę. I zostawały tam do wieczora. Bo blok musiał być czysty. A wiza to jest łąka pod samym lasem, pod drzewami. Stały tam na zimnie przez cały dzień bez jedzenia i bez żadnej roboty. Blok musiał być czysty, sprzątanie i czyszczenie trwało kilka dni. A one tam stały. Nie wiem, ile ich mogło być. Wielka gromada. Niemcy pewno dlatego ich tak nienawidzili, że ich było tak dużo... Francuzki, Holenderki, Belgijki, dużo Greczynek. Te Greczynki były w najgorszym stanie. Polki i Rosjanki były silniejsze. Stały wszystkie ciasno, jedna obok drugiej, chociaż miejsca było dosyć. Brudne, owrzodzone, ostrupiałe. Były między nimi chore i nawet umierające. Ich już wcale nie leczyli... Mówi wciąż o nich, nie o sobie. Więc nie jest jasne, czy była tam z nimi, czy też patrzyła z zewnątrz. - Bo one były w obozie już siedem miesięcy, a my ledwie przyjechałyśmy ze świeżym transportem. Ale już zaraz na drugi dzień byłyśmy też na wizie. Wyglądały strasznie i właśnie najgorzej, że ich było tak dużo. Wiedziałam, że z nami będzie to samo. Nie mówi o tym, co cierpiała sama. Mówi wciąż tylko o innych. - Nie bałam się. Wiedziałam, że umrę, więc się nie bałam. O sobie może powiedzieć to, że się zawsze modliła, gdy ją bili. Modliła się, żeby nie czuć nienawiści. Nic więcej. Niewiele też ma do powiedzenia o swym kalectwie. Noga żle się zrosła, więc trzeba jeszcze raz zrobić operację, kość łamać i na nowo ją zestawić. Owszem, naturalnie, pójdzie do szpitala, ale nie zaraz. Przedtem musi niektóre swoje sprawy załatwić. Na przykład chciałaby jeszcze pojechać do Gdańska i zobaczyć morze. A także odwiedzić jedną koleżankę z obozu, która jest teraz w Poznaniu. Właśnie dostała od niej list i wie, że będzie się mogła jej w czymś przysłużyć. W jakich okolicznościach złamała nogę i czy wtedy także nie czuła nienawiści, nie wiadomo. W każdym razie do szpitala pójdzie dopiero póĽniej. Na wizę wyganiali przez cały tydzień każdego dnia. Stały tam wciąż bardzo ściśnięte, żeby się ogrzać. Wszystkie starały się być w środku, dla ciepła, żadna nie chciała zostać na skraju. Schylały głowę i wciskały się między inne,jak mogły. Wciąż się to wszystko razem ruszało... Niektóre były całe w ranach, a przecież się jedna do drugiej przyciskały. I coraz więcej ich umierało. Cały tydzień tak je wyganiali. Aż do selekcji. - Jeden dzień był też zimny, ale w południe pokazało się słońce. Wtedy one wszystkie przesunęły się w tę stronę, gdzie słońca nie zasłaniały drzewa. Przesunęły się nie jak ludzie, tylko jakby jakieś zwierzątka. Albo jakby jakaś masa... Tego dnia właśnie Greczynki śpiewały hymn narodowy. Nie po grecku. One śpiewały po hebrajsku żydowski hymn... ¦piewały w tym słońcu bardzo pięknie, głośno i mocno, jakby były zdrowe. - To nie była fizyczna siła, proszę pani, bo przecież one właśnie były najsłabsze. To była siła tęsknoty i pragnienia. Na drugi dzień była selekcja. Przyszłam na wizę i wiza była pusta. --------------------------------------------------------------------------- CZŁOWIEK JEST MOCNY Pałac, którego już nie ma, stał na samym sk


maku 2002-11-21 12:52:18
Zajebista plytka - utrzymana w dobrym klimacie no i w niektoruch kawalkach naprawde przemyslane slowa ogolnie text i muza na 5+ Pozdrowka dla Kazika oraz all hej!


maku 2002-11-21 13:00:55
jeszcze dodam ze najlesze kawalki to: Twoj czas, Najbardziej chciany b., Pelniej, Henryk wojek, Piotr p., Forum, Uwiad starczy, Ogrodzenie, Sen B.S., Ze mna sie bracie., na 2 plytce tez kilka fajnych juz sami sie domyslcie;-p pozdrowka!


prus 2002-11-21 17:32:09
Moim zdaniem płyta nieco gorsza od poprzedniej, ale i tak jest na niej sporo fajnych kawałków.


cyrynaeth 2002-11-23 11:37:57
Yyy... eee...


opium dla ludu 2002-11-27 17:31:38
czemu kurwa na cd jest znow wiecej piosenek niz na kasecie nawet wy chcecie wycisnac z biednych polakow wiecej mamony


Mądry 2002-12-03 17:42:09
To są dobre płytki. Gratuluje. Wy zawsze zrobicie coś zajebistego. Dobrze, że te płytki są takie tanie, myślę, że teraz każdy kto szanuje Kazika nie kupi jej u złodzieji. Pozdrawiam


Grzegorz Tychy 2002-12-09 20:44:25
Całuję i pozdrawiam wszystkich tych którzy kupili tą płytkę,ale tylko tych którzy kupili łorginał.Dla całej reszty duże fuck off.......Smażcie się w piekiełku paszczaczki i zjedzcie swoje wycieraczki.Jak komuś by sie nie spodobało to prosze kierować opinie na mój e-mail.


jacqui 2002-12-11 18:13:02
Moim zdaniem płyta "Ostateczny..." była tak dobra, że każda następna musiała być gorsza... Jest kilka godnych uwagi piosenek jak "Forum internetowe", "Uwiąd starczy" i "Amulet", ale ogólnie nie jest dobrze. Mam tylko nadzieję, że po słabszej nadejdzie płyta dobra. Dochodzą mnie jednak głosy, że Kazik nie napisał od roku piosenki. Może jak sobie odpocznie i pobędzie z rodziną to coś spłodzi. Ja czekam słuchając "Mojego wydafcy".


anti9 2002-12-13 08:20:03
jacqui nie zgadzam sie po prostu kazda pyłta kultu musi odstac sowje na półce i to jest cała logika musi byc jak wino ... lepsze bo starsze


zajcman 2002-12-14 13:04:14
co za debil wypisuje tu fragmenty z "chłopów" i inne pierdoły.? wypi...aj koleś!!!!!


Aras (16) 2002-12-15 13:57:09
Płyta w sumie w porządku, zajebista Rada, Ze mną się bracie... i Uwiąd. Można się przyczepić do brzmienia, czasem trudno zrozumiec tekst... Ale generalnie podoba mi się. Ocena 7/10


Towarzysz 2002-12-15 23:43:09
ROZDZIAŁ 6 Deszcze się rozpadały na dobre. Już od samego jarmarku świat z wolna zatapiał się w szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej przędzy utkane. Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi jesienne. Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde, źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu. A spod ciężkich chmur, skłębionych nad ziemią, spod zielonawych szarug wychylały się chwilami szmaty pól poczerniałych, przemiękłych, rozpłaszczonych - to wybłyskiwały strugi spienionej wody, płynącej bruzdami, albo czerniały drzewa samotne na miedzach - jak przygięte, nabrzmiałe wilgocią, trzęsły ostatnimi łachmanami liści i szamotały się rozpacznie, niby psy na uwięzi. Drogi opustoszałe rozlały się w błotniste, gnijące kałuże. Krótkie; smutne, bezsłoneczne dnie wlekły się ciężko przegniłymi smugami światła, a noce zapadały czarne, głuche, rozpaczliwe bezustannym, monotonnym chlupotem... Przerażająca cichość ogarnęła ziemię. Umilkły pola, przycichły wsie, ogłuchły bory. Wsie poczerniały i jakby silniej przywarły do ziemi, do płotów, do tych sadów nagich, poskręcanych i jęczących z cicha. Szara kurzawa deszczów przysłoniła świat, wypiła barwy, zgasiła światła i zatopiła w mrokach ziemię, że wszystko wydało się jakby sennym majaczeniem, a smutek wstawał z pól przegniłych, z borów zdrętwiałych, z pustek obumarłych i wlókł się ciężkim tumanem; przystawał na głuchych rozstajach, pod krzyżami, co wyciągały rozpacznie ramiona, na pustych drogach, gdzie nagie drzewa trzęsły się z zimna i łkały w męce - do opuszczonych gniazd zaglądał pustymi oczami, do rozwalonych chałup - na umarłych cmentarzach tłukł się wśród mogił zapomnianych i krzyży pogniłych i płynął światem całym; przez nagie, odarte, splugawione pola, przez wsie zapadłe i zaglądał do chat, do obór, do sadów, aż bydło ryczało z trwogi, drzewa się przyginały z głuchym jękiem, a ludzie wzdychali żałośnie w strasznej tęsknocie - w nieutulonej tęsknocie za słońcem. ................................................................... Deszcz mżył bezustannie, jakoby kto drobnym szkliwem przysłaniał świat, że Lipce całe tonęły w gęstych tumanach szarugi, spod której tylko gdzieniegdzie czerniały dachy, to obmoknięte płoty kamienne lub te brudne kołtuny dymów, co się wiły nad kominami i wlekły po sadach. Cicho było we wsi, tylko gdzieniegdzie młócono po stodołach, ale z rzadka, bo wieś cała była na kapuśniskach. Pustka leżała na błotnistej, rozmiękłej drodze i pusto było w obejściach i przed domami, czasami tylko ktoś zamajaczył we mgle i ginął wnetki, że tylko człapanie trepów po błocie było słychać, albo wóz naładowany kapustą wlókł się wolno od torfowisk i rozganiał gęsi, brodzące za liściami spadłymi z wozów. Staw szamotał się w ciasnych brzegach i przybierał ciągle, bo aż się przelewał w niższych miejscach na drogę po Borynowwej stronie, sięgał płotów i bryzgał pianą na ściany chałup. Cała wieś była zajęta wycinaniem i zwożeniem kapusty; pełno jej było po klepiskach, sieniach i izbach, a jak u niektórych i pod okapami siniały kupy główek. Przed domami, wystawione na deszcz, mokły ogromne beczki. Spieszono się na gwałt, bo deszcz prawie nie ustawał, a drogi robiły się grząskie, nie do przebycia. I u Dominikowej dzisiaj wycinano. Już od rana pojechała na kapuśnisko Jagna z Szymkiem, bo Jędrzych ostał i łatał ano dach, że to przeciekał w paru miejscach. Pod wieczór to już było i jakby się ździebko mroczeć zaczynało, to stara raz w raz wychodziła przed dom i patrzała w mgły, ku młynowi, i nasłuchiwała, czy nie jadą jeszcze?.. A na kapuśniskach, leżących nisko za młynem, w torfowiskach, wrzała jeszcze na dobre robota. Czarniawe mokre mgły leżały na łąkach, że tylko gdzieniegdzie błyskały szerokie rowy pełne siwej wody i wysokie zagony kapusty, siniejącej bladą zielenią albo rdzawej niby pasy blachy żelaznej, a tu i ówdzie majaczyły we mgle czerwone wełniaki kobiet i kupy wyciętych główek. W dali przemglonej, nad rzeką, co płynęła z szumem wskroś gęstych zarośli, siniejących niby chmura, czerniały stogi torfu i wozy, do których donoszono kapustę w płachtach, bo z powodu rozmiękłego gruntu dojechać nie było można do kapuśnisków. Docinali już niektórzy i zabierali się do domu, więc i głosy coraz mocniejsze rozlegały się we mgle i leciały, z zagonu na zagon. Jagna skończyła dopiero co swój zagon, zmęczona była srodze, głodna i przemoczona do skóry, bo nawet i trepy zapadały się w rudy, torfiasty grunt po kostki, że raz w raz je zzuwała, żeby wylać wodę. - Szymek, a dyć się ruchaj prędzej, bo już kulasów nie czuję !- wołała żałośnie, a widząc, że chłopak nie może sobie zadać, wyrwała mu niecierpliwie ogromny toboł, zarzuciła go na plecy i poniesła na wóz. - Parobek z ciebie tyli, miętki jesteś w grzbiecie kiej kobieta po rodach - szepnęła pogardliwie, wsypując kapustę do półkoszków wysłanych słomą. Szymek przywstydzony mamrotał coś pod nosem, skrobał się po kołtunach i zaprzęgał konia. - Spiesz się, Szymek, bo noc! - naganiała go znosząc co chwila kapustę na wóz. Jakoż i noc nadchodziła, mrok gęstniał i czerniał, a deszcz się wzmagał, że tylko pluskało po rozmiękłej ziemi i rowach, jakby kto ziarnem sypał. - Józia ! skończycie to dzisiaj? - zawołała do Borynianki, która z Hanką i Kubą wycinała w podle. - Skończymy bo i czas do domu, taka plucha, że mnie już do koszuli przejęło. Jedziecie to już? - Juści. Noc zaruteńko i taka ćma, że się drogi nie rozezna. Jutro się zwiezie resztę. Sielną macie kapustę!- dodała pochylając się ku nim i patrząc na majaczące w mgle kupy. - I wasza niezgorsza, a już co korpiele, to macie największe... - Z nowego nasienia była rozsada, dobrodziej przywieźli z Warszawy. - Jagna! - ozwał się znowu z mgieł głos Józi - wiecie, a to jutro Walek Józefów śle z wódką do Marysi pociotkowej... - Taki skrzat! A ma to ona już lata? Widzi mi się, że jeszcze łoni krowy pasała!... - La chłopa to już lata ma, ale i morgów ma tyla, że się parobki śpieszą. - Będą się i do ciebie śpieszyły, Józia, będą... - Jak się tatuś z trzecią nie ożenią! - zakrzyczała Jagustynka gdzieś z trzeciego zagona. - Co wam też w głowie, a toć dopiero na zwiesnę matkę pochowali - powiedziała przetrwożonym głosem Hanka. - Co ta chłopu szkodzi. Kużden chłop to jak ten wieprzak, żeby nie wiem jak był nachlany, to do nowego koryta ryj wrazi... Ho, ho, jedna jeszcze nie dojdzie... nie ostygnie całkiem, a już za drugą się ogląda... pieski to naród... A jak to zrobił Sikora? W trzy tygodnie po pochowku pierwszej z drugą się ożenił. - Prawda, ale i drobiazgu po nieboszczce ostało pięcioro... - Rzekliście! Ale ino głupie uwierzą, że la dzieci się pożenił... la siebie, bo mu markotno było samemu pod pierzyną '... - My byśwa ojcu nie dali, oho!... - zawołała energicznie Józia. - Młódka ty jeszcze, to i głupia... ojcowy grunt, to i ojcowa wola! - Dzieci też coś znaczą i prawo swoje mają - zaczęła Hanka. - Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza - mruknęła głucho Jagustynka i zamilkła, bo Józka rozgniewana zaczęła nawoływać Witka, co się był wałęsał gdzieś nad rzeką, a Jagna się nie wtrącała do tej rozmowy - uśmiechała się ino niekiedy, że się to jej jarmark przypomniał, i nosiła kapustę, a skoro wóz był już pełen, Szymek jął wyjeżdżać ku drodze. - Ostajcie z Bogiem - rzuciła do sąsiadek. - Jedźta z Bogiem, my też zaraz... Jaguś, a przyjdziesz do nas obierać, co? - Powiedz ino, kiedy potrza, a przyjdę, Józia, przyjdę... - A w niedzielę chłopaki wyprawiają muzykę u Kłębów, wiecie to? - Wiem, Józia, wiem. - Spotkacie Antka, to powiedzcie, że czekamy, niech się pośpieszy - prosiła Hanka. - Dobrze, dobrze... Pobiegła prędzej, żeby dognać wóz, bo Szymek odjechał był już ze staję, że ino go słychać było, jak klął na konia; wóz grzęznął i zarzynał się aż po osie w rozmiękłym, torfiastym gruncie, że na dołkach i w gorszych miejscach oboje musieli pomagać koniowi, żeby wyciągnął z trzęsawiska. Milczeli oboje, Szymek wiódł konia i zważał, żeby nie wywrócić, bo dołów wszędzie było pełno, a Jagna szła z drugiej strony, podpierała ramieniem wóz i rozmyślała, jak się to trzeba wystroić na to obieranie do Borynów. Mrok zapadał prędko, że ledwie konia widać było, deszcz jakby przestał, tylko mokra, ciężka mgła wisiała, że oddychać było ciężko, a górą szumiał głucho wiatr i bił w drzewa na grobli, do której dojeżdżali właśnie. Podjazd na groblę był ciężki, bo stromy i śliski, koń utykał i co krok przystawał odpoczywać, że ledwie zdzierżeli wóz, żeby nie uciekł. - Nie trza było tyle kłaść na jednego konia! - ozwał się jakiś głos z grobli. - To wy, Antoni?... - Juści. - A pośpieszajcie, bo już tam Hanka was wypatruje...Pomóżcie nam... - Poczekajcie, niech ino zejdę, to pomogę. Pomroka taka, że nic nie widać. Wjechali zaraz na groblę, bo tak potężnie podparł, aż koń ruszył z kopyta i zatrzymał się dopiero na wierzchu. - Bóg wam zapłać, ale też mocni jesteście, że laboga!- wyciągnęła do niego rękę. Zamilkli nagle, wóz ruszył, a oni szli koło siebie nie wiedząc, co mówić, zmieszani dziwnie oboje. - Wracacie to? - szepnęła cicho. - Ino cię do młyna odprowadzę, Jaguś, bo tam w drodze woda wyrwę zrobiła. - To dopiero ciemnica, co? - wykrzyknęła. - Boisz się, Jaguś? - szepnął przysuwając się bliżej. - Hale, bałabym się ta... Znowu zamilkli i szli tak przy sobie, że biodro w biodro, ramię w ramię... - A oczy to się wam świcą jak temu wilkowi... aże dziwno... - Będziesz w niedzielę na muzyce u Kłębów? - A bo to matka mi dadzą... - Przyjdź, Jaguś, przyjdź... - prosił cichym, przyduszonym głosem. - Chcecie to? - zapytała miękko, zaglądając mu w oczy. - Laboga, a dyć ino la ciebie zgodziłem skrzypka z Woli i la ciebie namówiłem Kłęba, żeby dał chałupy, la ciebie, Jaguś szeptał i tak przysuwał twarz do jej twarzy, i dyszał, aż się cofnęła nieco i zadygotała ze wzruszenia. - Idźcie już... czekają na was... jeszcze kto nas obaczy... idźcie... - A przyjdziesz? - Przyjdę... przyjdę... - powtórzyła obzierając się za nim, ale już zniknął w mgle, tylko odgłos jego kroków słychać było po błocie. Dreszcz nią wstrząsnął gwałtowny i coś jak płomień wichrem przeleciał przez serce i głowę; aż się zatoczyła. Ani wiedziała, co się jej stało, oczy ją paliły, jakby zasypane zarzewiem, tchu złapać nie mogła ni przyciszyć serca namiętnie bijącego; rozkładała ręce bezwiednie, jak do obejmowania, rozprężała się w sobie, bo ją brały takie szalone ciągotki, że omal nie krzyczała... dopędziła wozu, chwyciła się luśni i choć nie potrza było, tak potężnie pchała, aż wóz skrzypiał, chwiał się i główki spadały w błoto... a przed oczami cięgiem widziała jego twarz i oczy roziskrzone, pożądliwe... palące... - Smok, nie chłop... chyba takiego drugiego we świecie nie ma... - myślała bezładnie. Oprzytomniał ją turkot młyna, obok którego przejeżdżali, i szum wody płynącej na koła i spod stawideł otwartych, bo przybór był ogromny. Rzeka z rykiem głuchym spadała na dół i rozbita na białą miazgę, kłębiła się i jaśniała w rzece rozlewającej się szeroko. W domu młynarza, stojącym zaraz przy drodze; już się świeciło i przez szyby przysłonięte firankami widać było lampę stojącą na stole. - Mają lampę kiej u dobrodzieja albo i we dworze jakim -Bo to nie bogacze?... Grontu to ma więcej od Boryny i na procenta pieniądze daje, i na mieleniu to nie okpiwa, co: - ciągnął Szymek. - Żyją kiej dziedzice... Takim to dobrze... Po pokoju chodzą... na kanapach się wylegują... w cieple siedzą... słodko jadają, a ludzie na nich robią... - myślała, ale bez zazdrości, nie słuchając Szymka, któren o ile mrukliwy był o tyle kiej się rozgadał, to już bez nijakiego końca. Dowlekli się wreszcie do chałupy. W izbie widno było i ciepło, ogień buzował się wesoło na trzonie; Jędrzych obierał ziemniaki, a stara nastawiała kolację. Jakiś stary, siwy człowiek grzał się przy kominie. - Skończyliście, Jaguś? A ino, telo że ta ździebko, może ze trzy płachty, ostało na zagonie. Poszła do komory się przebrać i wkrótce już się zwijała po izbie i narządzała jedzenie pilnie poglądając i ciekawie na starego, któren siedział w głębokim milczeniu, patrzał w ogień, przebierał ziarna różańca i poruszał ustami. A gdy siadali do kolacji, stara położyła łyżkę dla niego i zapraszała. - Ostajcie z Bogiem... zajrzę tu jeszcze, bo może i w Lipcach ostanę na dłużej... Uklęknął na środku izby, pochylił się przed obrazami, przeżegnał i wyszedł. - Kto to? - zapytała Jagna zdziwiona. - Wędrownik ci to święty, od grobu Jezusowego idzie. Dawno go znam, już tu nieraz bywał i przynosił świętości różne... Jakoś ze trzy roki temu... Nie skończyła, bo wszedł Jambroży, pochwalił Boga i usiadł przed kominem. - Ziąb taki i plucha, że aże mi moja drewniana noga skostniała - Wam też po nocy i takim błocku łazić... nie siedzielibyście to w chałupie i pacierze se przepowiadali...mruczała Dominikowa. - Cniło mi się samemu, tom do dzieuch wyszedł i do ciebie, Jaguś, pierwszej wstąpiłem... - Kostucha waszej dziewusze na imię... - Z młodszymi hula, a o mnie całkiem zabaczyła!... - Ale?... - zagadnęła Dominikowa pytająco. - Prawdę mówię. Dobrodziej był z Panem Jezusem u Bartka za wodą... - Cie... na jarmarku widziałam go zdrowym... - Zięciaszek ci go tak sprał kołkiem, że aż mu wątpia odbił. - O cóż, kiedy?... - A o cóż ba, jak nie o gront. Wadzili się już z pół roku, aż się i dzisiaj w połednie porachowali. - Że to kary boskiej nie ma na tych zabijaków- ozwała się Jagna. - Przyjdzie, nie bój się, Jagno, przyjdzie - rzekła twardo stara wznosząc oczy na obrazy święte. - A kto już pomarł, nie wstanie - szepnął Jambroży cicho. - Siadajcie do miski, zjecie, co jest. - Nie od tegom, nie. Miseczce jednej, bele dużej, poradzę jeszcze - podkpiwał. - Wam to ino przekpiwania w głowie i zabawa. - Tyla i mojego, tyla, na cóż mi turbacje, hę? Obsiedli ławkę, na której stały miski, i jedli wolno i w milczeniu. Jędrzych pilnował, żeby dokładać i dolewać, tylko Jambroży raz po raz powiadał jakie słowo ucieszne i sam się śmiał najbardziej, bo chłopaki, chociaż rade były się pośmiać, bali się srogiego wzroku matki. - Dobrodziej w domu? - zagadnęła pod koniec. - A gdzie by na takie błoto? Tak Żyd w książkach siedzi. - Mądry ci on, mądry... - I dobry, że nie znaleźć lepszego... - dodała Jagna. - Juści... pewnie... na brzuch se nie pluje ani drugiemu na brodę, a co mu kto da, weźmie... - Nie pletlibyście bele czego. Powstali od kolacji. Jagna ze starą siadły do kądzieli przed kominem, a synowie jak zwykle zajęli się sprzątaniem, myciem naczyń i obrządkiem. Tak już zawżdy u Dominikowej było, że synów swoich dzierżyła żelazną ręką i rychtowała ich na dziewki, żeby ino Jagusia rączków se nie pomazała Jambroży zapalił fajkę ,pykał w komin, to poprawiał głownie i dorzucał gałęzi i raz w raz spoglądał na kobiety, ważył cosik w głowie i układał. - Były pono u was swaty? - Abo to jedne. - Nie dziwota, Jagna kiej malowana. Dobrodziej powiedział, że i w mieście nie spotkać piękniejszej: Jagna poczerwieniała z ucieszności. - Tak powiedział! Niech mu Bóg da zdrowie! Dawno się już zbierałam zanieść na wotywę, dawno, ale jutro zaraz zaniesę. - Przysłałby tu jeszcze ktoś z wódką, ino się boją ździebko... - zaczął po cichu. - Parobek?... - zapytała stara nawijając na furkoczące po podłodze wrzeciono. - Gospodarz na całą wieś, rodowy... ale wdowiec. - Dziecków cudzych kolebała nie będę... - Odchowane, nie bój się, Jaguś, odchowane. Co jej tam po starym... ma jeszcze lata... poczeka się i na młodego, jak się jej uda jaki. - Takiego nie braknie, a bo to młodych brak? Jak świece chłopaki, papierosy palą, w karczmie tańcują, gorzałkę piją i ino patrzą za dzieuchami, która jakie morgi ma i trochę gotowego grosza, żeby balować było za co... Gospodarze juchy, do połednia śpią, a po połedniu taczkami gnój wożą i motyczkami orzą pole... - Na poniewierkę takiemu Jagny nie dam. - Nie próżno mówią, żeście we wsi najmądrzejsza... - Ale i za starym też uciechy nijakiej dla młódki... - A bo to do uciechy nie ma młodych? - Staryście kiej świat, a pstro wam jeszcze we łbie powiedziała surowo. - I... gada się, byle ozór nie skiełczał. Zamilkli na długo. - Stary uszanuje i na cudzy grosz niełasy - podjął znowu Jambroży. - Nie, nie, ino obraza boska z tego bywa. - Mógłby zapis zrobić - rzekł serio wytrząsając fajkę na trzon. - Jagna ma dosyć swojego - odpowiedziała po chwili, wahająca już i niepewna. - Więcej by on dał, niźli wziął, więcej. - Rzekliście! - Co wiadomo; nie z wiatru wziąłem ani z pomyślunku nie od siebie przyszedłem... Milczeli znowu. Stara ogładzała długo rozwichrzoną kądziel, potem pośliniła palec i jęła wyciągać lniane włókna lewą ręką, a prawą puszczała w wir wrzeciono, że z warczeniem, kieby bąk, kręciło się po podłodze i furkotało. - Jakże? Ma to przysłać? - Któren? - Nie wiecie to? A dyć tamten ! - wskazał przez okno na światła, ledwie migoczące przez staw, u Boryny. - Dorosłe dzieci, dobrego słowa nie dadzą i prawa do swoich części mają... - Ale może zapisać to, co jego... jakże?... A chłop dobry i gospodarz nie bele jaki, i pobożny, i krzepki jeszcze, sam widziałem, jak se korzec żyta zadawał na plecy. Już tam by Jagnie nic nie brakowało, chyba tego ptasiego mleka... a że wasz Jędrzych na bezrok do wojska staje... to Boryna z urzędnikami się zna, wie, do kogo trafić, mógłby pomóc. .. - Jak ci się widzi, Jaguś?... - Mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę. . wasza w tym głowa nie moja... - mówiła cicho, wsparła czoło na kądzieli i zapatrzyła się w ogień bezmyślnie. i słuchała wesołego trzaskania gałązek. Ten czy tamten, wszystko było jej zarówno - wstrząsnęła się tylko nieco na przypomnienie Antka. - Jakże? - pytał Jambroży powstając z ławki. - Niech przysyłają... zrękowiny nie ślub jeszcze odrzekła wolno. Jambroży pożegnał się i poszedł prosto do Boryny. Jagna wciąż siedziała nieruchoma i milcząca. - Jaguś... córuchno... co?... - A nic... wszyćko mi zarówno... każecie, to pójde za Borynę... a nie, to ostanę przy was... bo mi to źle z wami?.. Stara przędła dalej i mówiła cicho: - Najlepiej chcę la ciebie, najlepiej... Juści, że stary on jest, ale krzepki jeszcze, i ludzki, nie tak jak drugie chłopy, uszanuje cię... Panią se będziesz u niego, gospodynią... A jak zapis zrobi, to już go tak narychtuję, żeby gront wypadł wpodle naszego, koło żyta pod górką... a choćby i ze sześć morgów zapisał... Słuchasz to ? Ze sześć morgów! A trza ci iść za chłopa... trza... po co mają wygadywać na ciebie i na ozorach obnosić po wsi ?... Wieprzka by się zabiło... a może i nie... może... - umilkła i już w głowie układała sobie resztę ,bo Jaguś jakby nie słyszała jej słów, przędła machinalnie ,i jakby jej nie obchodził los własny, własny, tak nie myślała o tym zamężciu. A bo to jej źle było przy matce? Robiła, co chciała, i nikt jej marnego słowa nie powiedział. Co ją tam obchodziły gronta, a zapisy, a majątki - tyle co nic, abo i mąż? Mało to chłopaków latało za nią? - niechby tylko chciała, to choćby wszystkie na jedną noc się zlecą... i my1 jej leniwie się snuła jak nić lniana z kądzieli i jak ta nić okręcała się ciągle jednako na tym, że jak matka każą, to pójdzie za Borynę... Juści, że go nawet woli od innych, bo kupił jej wstążkę i chustkę... juści... ale i Antek by kupił to samo... a i inne może... żeby tylko miały Borynowe pieniądze... każden dobry... i wszystkie razem... a bo ona ma głowę, żeby wybierać! Matki w tym głowa, żeby zrobić, jak potrza... Zapatrzyła się znowu w okno, bo poczerniałe, zwiędłe georginie, kołysane przez wiatr, zaglądały w szyby, ale wnet zapomniała o nich, zapomniała o wszystkim, nawet o sobie samej, zapadła w takie prześwięte bezczucie, jak ta ziemia rodzona w jesienne martwe noce - bo jako ta ziemia święta była Jagusina dusza - jako ta ziemia. Leżała w jakichś głębokościach nie rozeznanych przez nikogo w bezładzie marzeń sennych - ogromna a nieświadoma siebie - potężna a bez woli, bez chcenia, bez pragnień martwa a nieśmiertelna, i jako tę ziemię brał wicher każdy, obtulał sobą i kołysał, i niósł tam, gdzie chciał... i jako tę ziemię o wiośnie budziło ciepłe słońce, zapładniało życiem, wstrząsało dreszczem ognia, pożądania, miłości a ona rodzi, bo musi; żyje, śpiewa, panuje, tworzy i unicestwia, bo musi; jest, bo musi... bo jako ta ziemia święta, taką była Jagusina dusza - jako ta ziemia!... I długo tak siedziała w milczeniu, ino te oczy gwiezdne świeciły się kiej spokojne wody w wiośniane południe, aż ocknęła z nagła, bo ktosik otwierał drzwi do sieni. Wbiegła Józka zadyszana, przypadła do komina, wylewała z trepów wodę i rzekła: - Jaguś, jutro u nas obieranie, przyjdziesz? - Przyjdę. - W izbie będziemy obierali. Jambroży tam siedzą u tatula, tom się chyłkiem wyrwała na wieś, żeby ci powiedzieć. Będzie Ulisia i Marysia, i Wikta, i pociotkowe, i drugie... I chłopaki przyjdą... Pietrek obiecał się ze skrzypicą... - Któren to? - A Michałów, co za wójtem siedzą, co to w kopanie przyszedł z wojska... i tak mówi pokracznie, że go i wymiarkować trudno... Natrzepała, co ino mogła, i poleciała do dom. Cisza znowu objęła izbę. Czasami deszcz uderzał w szyby, jakby kto przygarścią piasku rzucił, to wiatr szumiał i baraszkował w sadzie albo dmuchał w komin, że głownie się rozsypywały po trzonie, i dym buchał na izbę... a cięgiem warczały wrzeciona po podłodze. Wieczór ciągnął się wolno i długo, aż stara cichym, drżącym głosem zaśpiewała: Wszystkie nasze dzienne dzienne sprawy... A chłopaki z Jagną wtórowali z cicha, a tak przenikliwie aż kury w sieni na grzędach krzekorzyć zaczęły i pogdakiwać. ROZDZIAŁ 7 Nazajutrz dzień był tak samo zadeszczony i posępny. Co chwila ktoś wychodził z jakiejś chałupy i długo a frasobliwie poglądał w omglony świat, czy się gdzie nie przejaśnia - ale nic, kromię burych chmur, płynących tak nisko, że darły się o drzewa, widać nie było; deszcz mżył bezustannie, tyle że jakoś zaraz z południa przeszedł w ulewę, jakoby kto upusty niebieskie otworzył, że ino dudniło po dachach. Ludzie się kwasili po chałupach; jaki taki lazł po tym błocie i deszczu do sąsiadów na wyrzekanie, że to czas taki, co i psa na dwór wygonić trudno, a tu niejeden ściółkę miał jeszcze w lesie, kto znów drew nie zwiózł, a insze, bez mała wszystkie prawie, nie docięli w polu kapusty, po którą i nie wyjechać dzisiaj, bo ano staw tak przybrał w nocy, źe musieli do dnia wywrzeć stawidła i puścić wodę do rzeki, która i przez to rozlała się szeroko, aż łąki stanęły pod wodą, a kapuśniska jako te wyspy czerniały się grzbietami zagonów spośród siwej, spienionej topieli. U Dominikowej też nie zwieźli tej reszty, jaka w polu ostała. Jagna już od rana nie mogła dać sobie rady, chodziła ino z kąta w kąt, to patrzyła przez okna na krzę georginii, powaloną przez falę, w ten świat zadeszczony i wzdychała żałośnie. - Cni mi się, że laboga! - szeptała, z niecierpliwością oczekując zmroku i pójścia do Borynów na to obieranie kapusty, a tu dzień wlókł się tak wolno, kiej ten dziadek po błocie, tak nudnie i tak jakoś smutnie, że już wydzierżyć było nie sposób. Rozdrażniona też była, że cięgiem krzyczała na chłopaków i potrącała, co się jej tylko pod ręce nawinęło, a do tego głowa ją poboliwała, aż se owsem rozprażonym i octem skropionym obłożyła ciemię - dopiero przeszło. Mimo to miejsca sobie znaleźć nie mogła i robota leciała z rąk, a ona zapatrzała się w staw rozchlustany, któren niby ptak jaki rozwijał ciężkie skrzydła, bił nimi, podrywał się z szumem, aż woda wypryskiwała na drogi, a ulecieć nie mógł, jakby nogami wrośnięty w ziemię. A za wodą stał dom Boryny, dobrze było widać zielony ze starości dach i ganek świeżo pokryty gontami, bo się jeszcze żółciły, i zabudowania za sadem, ale całkiem nie wiedziała, na co patrzy... Dominikowej nie było od samego rana, bo ją wezwali do rodzącej kobiety na drugi koniec wsi, jako że lekująca była i znająca się na różnych chorobach. A Jagnę aż podrywało, żeby gdzie bieżyć we świat, do ludzi, ale co się przyodziała na głowę w zapaskę i wyjrzała za próg na błoto i pluchę - to się jej odechciewało wszystkiego... że w końcu aż się jej płakać chciało z tej jakiejś dziwnej tęskności... to nie mogąc sobie poradzić, otworzyła swoją skrzynkę i jęła z niej wyjmować a rozkładać po łóżkach przyodziewek świąteczny... aż poczerwieniało w izbie od wełniaków pasiastych... zapasek... kaftanów... ale nie cieszyło ją tu dzisiaj, nie... patrzyła obojętnym, znudzonym wzrokiem na dobro swoje, tylko wyciągnęła spod spodu chustkę Borynową i wstążkę, ustroiła się w nią i długo przeglądała się w lusterku. - Niezgorzej... trza się na wieczór w to przyodziać...pomyślała i zdjęła zaraz, bo ktoś szedł opłotkami do chałupy. Wszedł Mateusz... Jagna aż krzyknęła ze zdziwienia, bo ten ci to był, o którego najwięcej pomawiano ją, że z nim w sadzie nocami się schodzi, a często i gdzie indziej puszcza... Parobek był starszy, bo mu już dobrze było po trzydziestce, kawaler jeszcze, ale żenić się nie chciał, że to siostry miał nie powydawane, a jak Jagustynka plotkowała, że mu to dzieuchy abo i cudze żony lepiej smakowały... Chłop był rozrosły jak dąb, mocny, dufający w siebie i przez to tak harny i nieustępliwy, że mało kto się go nie bojał. A sposobna jucha była do wszystkiego; na fleciku grywał, że aż do duszy szło, wóz zrobić zrobił, chałupy stawiał, piece wylepiał, wszystko robił tak sprawnie, że ino mu się robota w garściach paliła; grosz go się ino nie trzymał całkiem, choć zarabiał sporo bo wszystko zaraz przepił i przefundował albo i rozpożyczył... Gołąb było mu za przezwisko, choć i do jastrzębia prędzej był podobien z twarzy i z onej zapalczywości... - Niech będzie pochwalony! - Na wieki... Mateusz! - Jam ci, Jaguś, ja... Ścisnął ją za rękę i tak gorąco patrzył w oczy, aż się dziewczyna zarumieniła i niespokojnie na drzwi poglądała. - A to z pół roku byłeś we świecie... - szepnęła zmieszana. - Całe pół roku i dwadzieścia i trzy dni... dobrzem liczył:.. - a rąk jej nie puszczał. - Zapalę światło! - zawołała, że to się już mroczyło na dobre i żeby mu się wyrwać. - Przywitajże mnie, Jaguś - prosił cicho i chciał ją objąć, ale wysunęła się prędko i szła do komina zapalić światło, bojała się, żeby ich tak po ciemku matka nie zeszła abo i kto drugi, ale nie zdążyła, bo Mateusz chycił ją wpół, przycisnął mocno do siebie i jął zapamiętale całować... Zatrzepotała się kiej ptak, ale nie jej moc wyrwać się takiemu głodnemu smokowi, któren ściskał, aż żebra trzeszczały , i tak całował, że całkiem zesłabła, oczy jej zaszły mgłą, tchu złapać nie mogła, że ino ostatkiem skamlała: - Puść... Mateusz... Matula... - Jeszcze ździebko, Jaguś, jeszcze raz, bo się całkiem wścieknę... - I tak całował, że mu dziewczyna całkiem zmiękła i leciała przez ręce kiej woda, ale puścił ją, bo posłyszał w sieniach kroki, sam zapalił nad okapem lampkę i skręcał papierosa, a roziskrzonymi uciechą oczami spoglądał na Jaguś, że to jeszcze przyjść do siebie nie przyszła, bo się mocno dzierżyła ściany i dyszała ciężko. Jędrzych wszedł i ogień na trzonie rozdmuchiwał, nastawiał garnki z wodą i cięgiem się po izbie kręcił, że już mało wiele ze sobą mówili, a ino poglądali na się iskrzącymi, głodnymi oczami, jakoby się zjeść chcieli... Wnetki, bo jakoś w pacierzy parę, nadeszła Dominikowa, musi być zła była, bo już w sieniach wywarła gębę na Szymka, a ujrzawszy Mateusza popatrzyła nań srogo, na przywitanie nie zważała i poszła do komory przeoblec się. - Idź se, bo cię matka zeklną jeszcze... - prosiła cicho. - Wyjdziesz to do mnie, Jaguś, co? - prosił. - Wróciłeś to już ze świata? - rzekła stara, jakby go dopiero spostrzegając. - Wróciłem, matko... - mówił łagodnie i chciał ją w rękę pocałować. - Ale, suka ci była matką, nie ja! - warknęła wyrywając rękę ze złością. - Po coś tu przyszedł? Mówiłam ci już, że tutaj nic po tobie... - Do Jagusi przyszedłem, nie do was - hardo zawołał, bo go już złość brała - Wara ci od Jagusi, słyszysz! Wara ci, żeby ją potem bez ciebie na ozorach obnosili po wsi, jak tę jaka ostatnią... ani mi się pokazuj na oczy!... - wrzasnęła. - Krzyczycie kiej wrona, że wieś cała usłyszy!... - Niech usłyszą, niech się zlecą, niech wiedzą, żeś się Jagny przyczepił kiej rzep psiego ogona, że i ożogiem trudno cię odegnać... - Żebyście nie kobieta, to bym wama ździebko żebra zmacał za powiedanie takie... - Spróbuj, zbóju jeden, spróbuj, psie!... - pochwyciła za żelazny pogrzebacz. Ale i na tym skończyła, bo Mateusz splunął, trzasnął drzwiami i wyszedł prędko, bo jakże, z babą się to miał bić i pośmiewisko z siebie dla wsi czynić? A stara, że to już jego nie stało, wsiadła na Jagnę i hajże jazgotać, a wypominać wszystko, co miała na wątpiach...Jaguś siedziała cicho, aż zmartwiała ze strachu, ale kiedy słowa matki dojęły ją do żywego... przecknęła, schowała głowę w pierzynę i buchnęła płaczem i wyrzekaniami...rozżalona była srodze... bo przecież nic temu niewinna...nie zwoływała go do chałupy... sam przyszedł... a na zwiesnę, co matka wypominają... to... spotkał ją przy przełazie...mogła się to wyrwać takiemu smokowi?... kiej ją tak ozebrało, że... a potem mogła się to ognać przed nim?... Zawsze się z nią tak dzieje, że niech kto a ostro spojrzy na nią albo i ściśnie mocno... to się w niej wszystko trzęsie, moc ją odchodzi i tak mdli w dołku, że już o niczym nie wie... co ona winowata? Skarżyła się cicho przez łzy, aż stara się udobruchała i jęła troskliwie obcierać jej twarz i oczy, a głaskać po głowinie, a uspokajać... - Cichoj, Jaguś, nie płacz... nie... a to oczy ci się zaczerwienią kiej królikowi i jak to pójdziesz do Borynów? - Czas to już? - spytała po chwili, spokojniejsza nieco. -Juści, że pora, a przybierz się pięknie, ludzie tam będą, a i sam Boryna uważa... Podniesła się zaraz Jaguś i zaczęła się ubierać. - Nie uwarzyć ci to mleka? - Nie chce mi się całkiem jeść, matulu. - Szymek, wygrzewasz się pokrako, a tam krowy o pusty żłób zębami dzwonią! - krzyknęła resztą złości, aż Szymek uciekł, żeby czego nie oberwać. - Widzi mi się - mówiła ciszej, pomagając Jagnie się przyodziać - że kowal jest w zgodzie z Boryną. Spotkałam go, wiódł od starego sielnego ciołka... Szkoda... dobrze wart z piętnaście papierków... ale może to i dobrze, że są w zgodzie, bo kowal pyskacz i na prawie się zna... - odstąpiła parę kroków i z lubością przyglądała się córce. Ale, tego złodzieja Kozła pono już wypuścili, trzeba znowu zamykać wszystko a pilnować... - Pójdę już! - Idź, a siedź do północka i gzij się tam z parobkami! - wybuchnęła resztą złości. Jagna wyszła, ale jeszcze z drogi słyszała starą, jak krzyczała na Jędrka, że świnie nie wegnane do chlewów, a kury nocują po drzewach. U Boryny już było sporo ludzi. Ogień buzował się na kominie i rozświetlał ogromną izbę, aż lśniły się szkła od obrazów i kołysały się te światy, czynione z kolorowych opłatków i na nitkach wiszące u czarnych, okopconych belek; na środku izby leżała kupa czerwonej kapusty, a w półkole, szeroko zatoczone, twarzami do ognia, siedziały rzędem dziewczyny i kilka kobiet starszych - obierały z liści kapustę, a główki rzucały na rozesłaną pod oknem płachtę. Jaguś ogrzała ręce przy kominie, ostawiła trepy pod oknem i siadła zaraz z kraju przy starej Jagustynce, i jęła się roboty. Gwar się też w miarę podnosił, bo przybywało jeszcze kobiet i parobków, którzy wraz z Kubą znosili kapustę ze stodoły, ale częściej kurzyli papierosy i szczerzyli zęby do dziewczyn, a prześmiewali się społecznie. Józka, choć to i skrzat był jeszcze, a rej wodziła i w robocie, i w śmiechach, bo starego nie było, a Hanka, jak to zwyczajnie, kiej ta ćma łaziła abo mruk. - Czerwono w izbie, jakby od makowych kwiatów! --zawołał Antek, bo był wtoczył do sieni beczki, a teraz ustawiał przed kominem, z boku nieco, szatkownicę. - Ba, zestroiły się kiej na wesele! - ozwała się któraś starsza - Jaguś to kiejby ją kto w mleku wymył - zaczęła złośliwie Jagustynka. - Poniechajcie - szepnęła czerwieniąc się. - Cieszta się dziewczyny, bo już Mateusz przywędrował ze świata, zaraz się tu zaczną muzyki a tańce, a wystawanie po sadach... - ciągnęła stara. - Całe lato go nie było. - Jakże, dwór stawiał we Woli. - Majster jucha, bańki nosem puszcza - rzekł któryś z parobków. - A do dzieuch tak sposobny, że i trzech kwartałów czekać nie potrza... - Jagustynka to nikomu dobrego słowa nie dadzą- zaczęła jakaś dziewczyna. - Pilnuj się, bym o tobie nie chciała co rzec... - Wiecie, pono ten stary wędrownik już przyszedł . - Będzie dzisiaj u nas! - zawołała Józia. - Bez całe trzy roki bywał we świecie. - We świecie?... Był ci u grobu Jezusowego! - Hale! Widział go tam kto? Cygani jucha, a głupie wierzą; tak samo i kowal opowiada o zamorskich krajach, co ino w gazetach wyczyta... - Nie gadajcie, Jagustynko, sam dobrodziej przytwierdzał do mojej matki. - Prawda, że to Dominikowa jakby drugą chałupę ma na plebani i zawżdy wiedzą, czy księdza brzuch boli lekująca przeciech... Jagna zmilkła, ale poczuła dziwną ochotę choćby tym nożem ją żgnąć, bo cała izba parsknęła śmiechem, tylko Misia Grzegorzowa nachyliła się do Kłębowej i spytała: - Skąd on jest? - Skąd? Ze świata szerokiego, abo to kto wie? - Nachyliła się nieco, wzięła główkę na dłoń, obcinała liście i mówiła szybko, coraz głośniej, żeby i drugie słyszały: - Co trzecią zimę przychodzi do Lipiec i u Boryny zakłada kwaterę... Rochem kazał się przezywać, choć mu ta pewnie i nie Roch... Dziad jest i nie dziad, kto go tam wie... ale pobożny człowiek i dobry... ino mu tej obrączki nad głowę, a byłby rychtyk kiej te świątki na obrazach. Różańce mają na szyi obcierane o grób Jezusowy... obrazki dzieciom daje święte, a jak niektórym, to i takie z królami, co to z naszego narodu przódzi wychodziły... i książki pobożne ma takie, w których stoi wszystko, i historie różne o świecie... czytał je przecież mojemu Walkowi, to i ja, i mój słuchalim, inom przepomniała, bo i wymiarkować ciężko... A nabożny taki, że z pół dnia przeklęczy, drugi raz pod krzyżem albo i gdzie w polu, a do kościoła ino na mszę chodzi. Dobrodziej zapraszał go do siebie, na plebanię, to mu rzekł: - Z narodem mi ostać, nie na pokojach moje miejsce... - Miarkują też wszyscy, że nie musi być z chłopskiego stanu, choć mówi jak wszystkie i nauczny jest; jakże, z Żydem gadał po niemiecku, a we dworze w Drzazgowej - to z panienką, co była la zdrowia w ciepłych krajach, też rozmówił się po zagranicznemu... a od nikogo nic nie weźmie, tyle co kapkę mleka i kromkę chleba, a i za to jeszcze dzieci uczy... powiedają... - ale Kłębowa urwała z nagła, bo dziewczyny buchnęły śmiechem i aż się pokładały. Śmieli się z Kuby, któren niósł w płachcie kapustę i pchnięty przez kogoś, przewrócił się na środku jak długi, aż się kapusta rozleciała po izbie, a on wstawał z trudem i co się już zebrał na czworaki, to padał znowu, bo go popychali. Józia go obroniła i pomogła wstać, ale też pomstował, pomstował... I z wolna rozmowa przeszła na co innego. Wszystkie mówiły z cicha, a gwar się czynił jakoby w ulu przed wyrojem, a śmiechy szły, a przekpiwania a robota szła chybcikiem, ino trzaskały noże o głąby, a główki jako te kule raz wraz padały na płachtę i stożyły się w coraz większą kupę. Antek zaś szatkował nad wielkim cebrem przy kominie; rozdziany był, że ostał ino w koszuli i w portkach pasiastych z wełniakowego sukna, rozczerwienił się, łeb mu się rozwichrzył i pot gęsto pokrył mu czoło; tęgo robił, ale śmiał się cięgiem i przekpiwał, a taki był urodny, że Jagna jak w obraz poglądała, a i nie ona jedna tylko... a on przystawał, żeby odetchnąć, i wesołym wzrokiem tak patrzał na nią, aż spuszczała oczy i czerwieniła się. Ale nikt tego nie widział prócz Jagustynki, a i ta udawała, że nie patrzy, jeno sobie w głowie układała, jak to opowiedzieć na wsi. - Marcycha pono zległa, wiecie to? - zaczęła Kłębowa. - Nie nowina to jej, co roku se to robi. - Baba jak tur, to jej dzieciak krew odciąga od głowy - mruknęła Jagustynka i chciała dalej coś o tym rzec, ale ją zgromiły drugie, że to o takich rzeczach mówi przy dzieuchach. - Wiedzą one i o lepszych, nie bójta się. Teraz nastał czas taki, że już i gęsiarce nie mówią o bocianie, ino się w oczy roześmieje... nie tak to przódzi bywało, nie.. - No , wyście ta już wszystko wiedzieli jeszcze za bydłem... - rzekła poważnie stara Wawrzonowa - a bo to nie baczę, coście wyprawiali na pastwiskach... - Kiedy baczycie, to i ostawcie la siebie! - zakrzyknęła ostro Jagustynka. - Byłam już za chłopem... za Mateuszem, widzi mi się... nie, za Michałem, tak, bo juści Wawrzon był trzeci... mruczała nie mogąc utrafić. - Ale, siedzita i nie wiecie, co się stało! - zawołała wpadając zadyszana Nastusia Gołębianka, Mateusza siostra. Podniosły się ciekawe zapytania ze wszystkich stron i wszystkie oczy spoczęły na niej. , - A to młynarzowi ukradli konie! - Kiedy? - Ze trzy pacierze temu. Dopiero co Jankiel umówił Mateuszowi. - Jankiel ta wie wszystko zaraz, a może i nieco przódzi... - Takie konie, kiej te hamany! - Ze stajni wyprowadziły. Parobek poszedł do młyna po obrok, wraca, a tu już ni koni, ni uprzęży nie ma a pies w budzie struty, no! - Na zimę idzie, to się już różności zaczynają. - A bo kary na złodziejów nie ma żadnej... Hale, dużo mu zrobią, wsadzą do kryminału, dadzą jeść, w cieple się wysiedzi, z kolegami wypraktykuje, że kiej go puszczą to jeszcze lepszy jest złodziej, bo nauczny. - Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a złapałbym tobym ubił na miejscu jak psa wściekłego! - wykrzyknął jeden z parobków. - A bo ino tego by wartał taki człowiek, bo ino głupie szukają sprawiedliwości we świecie. Kużden ma prawo dochodzić swojej krzywdy. - Złapać takiego i całą kupą choćby zabić, to i kary, nie ma, bo wszystkich to by karali? - Baczę... zrobili tak u nas... zaraz, za drugim chłopem już byłam... nie, widzi mi się, że jeszcze za Mateuszem... Ale te wywody przerwał Boryna wchodząc do izby. - Tak se na ucho gadacie, aże po drugiej stronie stawu słychać! - zawołał wesoło, czapkę zdjął i witał się ze wszystkimi po kolei. Musiał mieć już w głowie, bo czerwony był jak ćwik, kapotę rozpuścił i głośno a dużo gadał, czego zwyczajny nie był. Chciało mu się przysiąść do Jagusi, ale się wagował, że to tak na oczach wszystkich nijako, póki zmówiona z nim nie jest, to ino wesoło pogadywał i rad na nią patrzył, taka piękna dzisiaj była i wystrojona w chustkę od niego. Zaraz też Witek z Kubą przynieśli długą ławę przed komin, Józia okryła ją czystym płótnem i zaczęła ustawiać miski i łyżki do jedzenia. A Boryna wyniósł z komory pękatą, dobrze półgarncową butlę okowitki i jął z nią obchodzić wszystkich po kolei i przepijać. Dziewczyny się nieco wzdragały, aż któryś z parobków powiedział: - Łakome na okowitkę, kiej kot na mleko, ino się prosić dają. - Sam pijanica zatracony, cięgiem siedzi u Jankla, to myśli, że wszyscy! I piły, odwracały się, przysłaniały twarz ręką, resztę chlustały na ziemię, krzywiły się, mówiły "mocna" i oddawały kieliszek Borynie. Tylko Jagna uparła się i nie piła, mimo próśb i namawiań. - Nawet i smaku gorzałki nie znam i nie ciekawam powiedziała. - No, siadajcie, ludzie kochane, co jest, to zjemy! - zapraszał stary. Obsiedli po ceregielach różnych, jak to obyczaj każe, ławę i z wolna jedli, a raz w raz pogadywali. Z misek dymiło parą, że przysłoniła wszystkich jak chmurą, z której tylko skrzybot łyżek, mlaskanie i to słowo niektóre słychać było. Jadło zwarzyli wybrane, aż się dziwił niejeden, bo i ziemniaki z rosołem były, i mięso gotowane z prażoną jęczmienną kaszą, i kapusta z grochem - rzetelnie ugościli, po gospodarsku, a do tego Boryna cięgiem zapraszał a przymuszał, a Józia ze swej strony i Hanka pilnowały by zasię dolać i dołożyć... Witek dorzucał suchych karpów na ogień, że ino trzaskał wesoło, a Kuba przez ten czas, co jedli, znosił kapustę i zsypywał na kupę, a łakomie wciągał w siebie zapachy, oblizywał się i wzdychał. - Pół wołu bym zjadł z jedną albo z dwoma miseczkami kaszy... a juchy tak żrą jak te konice wygłodzone, jeszcze gotowe człowiekowi nie zostawić ni kosteczek myślał z markotnością i przyciągał pasa, tak mu w kiszkach burczało z głodu. Ale rychło skończyli i podnieśli się z "Bóg zapłać" gospodarstwu. - Niech wam pójdzie na zdrowie. Rumor się uczynił, kto wychodził przewietrzyć się i kości przeciągnąć, kto zaś spojrzeć w niebo, czy się nie przejaśnia, a jak parobki, to żeby na ganku pogzić się z dziewczynami. A Kuba siadł na progu z miską na kolanach i jadł, aż mu się uszy trzęsły, nie zważając na Łapę, któren przypominał się różnie, a widząc, że nic nie wskóra, wysunął się na ganek do psów, co z ludźmi pościągały i gryzły się o kości wyrzucone przez Józię. Wzięli się akuratnie z powrotem do roboty, kiedy Roch stanął we drzwiach z pochwaleniem. - Na wieki! - odrzekli chórem. - Spiesz się, flisie, póki jest na misie... Spóźniliście się, ale jeszcze dla was będzie... - zawołał Boryna, przysuwając mu stołek do komina. - Mleka i chleba daj mi, Józia, a wystarczy. - Jest jeszcze i ździebko mięsa... - ozwała się nieśmiało Hanka. - Nie, Bóg zapłać, mięsa nie jadam. Przymilkli z początku i przypatrywali mu się ; z życzliwą ciekawością, ale gdy przysiadł do jadła, rozmowy i śmiechy podniosły się na nowo. Tylko Jagna milczała, poglądała często na wędrownika ze zdumieniem, że to taki człowiek jak wszystkie, a u grobu Jezusowego był, pół świata zeszedł i cudów tyla widział... Jak to tam może być w tym świecie? - myślała: - Gdzie to iść, żeby tam zajść?... Naokół przeciech ino wsie a pola, a bory, a za nimi też wsie i pola, i lasy.... Ze sto mil trza iść abo i z tysiąc - myślała i miała dziwną ochotę się spytać, ale gdzie by to zaś mogła, wvśmiałby ją jeszcze.... Chłopak Rafałów, co to był z wojska powrócił, przyniósł skrzypce, nastroił i zaczął przegrywać pieśnie różne. Cichość się uczyniła, deszcz tylko zacinał w szyby i psy jazgotały przed domem. A on grał wciąż i coraz to coś nowego, przebierał ino palcami i smykiem tak ciął po strunach, że nuta jakby sama wychodziła... pobożne pieśnie grał jakby la tego wędrownika; któren oczów z nich nie spuszczał, a potem znowu inne, światowe całkiem tę o Jasiu, jadącym na wojenkę, co ją to często dziewczyny zawodziły po polach... a tak żałośliwie wyciągał nutę z owych drewulek, aż mróz szedł, po kościach wszystkich, a Jagusi, że to czujna była na muzykę jak mało kto, łzy ciurkiem pociekły po twarzy. - A przestań, bo Jagusia płacze!... - zawoła Nastka - Nie... to ino tak... ozbiera mnie zawdy granie... nie...szeptała zawstydzona kryjąc twarz w zapasce. Nie pomogło to nic, bo choć nie chciała, a łzy same kapały z tej onej tęskliwości dziwnej, co jej była wstała w sercu nie wiadomo za czym... Ale chłopak grać nie przestał, tyla że teraz rznął od ucha siarczyste mazury a obertasy takie, aż dziewczyny usiedzieć nie mogły, ino ściskały dygocząc z uciechy kolana a rzucały ramionami , parobki przytupywali raz w raz i podśpiewywali wesoło - izba napełniła się wrzawą a tupotem i śmiechami , aż się szyby trzęsły. Naraz pies jął skowyczeć w sieni i tak przeraźliwie zawył, że umilkli wszyscy. - Co się stało? Roch rzucił się do sieni tak prędko, że o mało się nie przewrócił o szatkownicę. - I, nic... chłopak któryś przyciął psu ogon drzwiami i bez to tak wył! - zawołał Antek, wyjrzawszy do sieni. - Pewnie to Witka robota - zauważy ł Boryna. - Ale, Witek by ta psa krzywdził, któren zbiera po wsi wywłóki różne i lekuje... - broniła gorąco Józia. Roch powrócił mocno wzburzony, oswobodzić musiał psa, bo skowyt było słychać już gdzieś w opłotkach. - I pies stworzenie boskie, i czuje krzywdę jako i człowiek... Pan Jezus miał też swojego pieska i nie dał nikomu krzywdzić... - powiedział porywczo. - Pan Jezus by tam miał pieska, jak wszyscy ludzie?... - wątpiła Jagustynka. - A żebyście wiedzieli, to miał i Burkiem go przezywał... - Hale... No! Cie... - odzywały się ciekawe głosy. Roch milczał chwilę, a potem podniósł siwą głowę, okoloną długimi, równo nad czołem uciętymi włosami, utkwił blade, jakby wypłakane oczy w ogniu i ozwał się cicho, przebierając palcami ziarna różańca... W owy czas daleki... Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadzał i rządy nad narodem sam sprawował, stało się to, coć wam rzeknę... Szedł se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie było, ino piachy srogie a parzące, bo słońce przypiekało i gorąc był taki, jak kieby przed burzą... A cienia nikaj ni osłony. Pan Jezus szedł z cierpliwością wielką, bo do lasu było jeszcze kawał drogi, ale że już tych świętych nóżków nie czuł z utrudzenia i pić mu się okrutnie chciało, to se raz w raz przysiadał na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewało, i rosły same ino koziebródki, a cienia było tyla, co od tych poschniętych badyli dziewann, że i ptaszek by się nie schronił.... Ale co przysiadł, to i nie odzipnął nawet rzetelnie, bo zaraz Zły, jako ten jastrząb paskudny, co bije z góry w ustałego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bił racicami w piach a tarzał się jako to bydlę, że taka kurzawa, taka ćma się podnosiła, co i świata widać nie było... Pan Jezus, choć mu piersi zapierało i ledwie się już ruchał, to wstawał i szedł, a ino się pośmiewał z głupiego, bo przeciech wiedział, że Zły chciał mu zmylić drogę, coby nie szedł na odpust na zbawienie grzesznego narodu... I szedł Pan Jezus... szedł... aż i przyszedł do lasu... Odpoczął se w cieniu niezgorzej, ochłodził wodą i coś niecoś z torby przegryz, potem wyłamał niezgorszy kijaszek, przeżegnał się i wlazł w bór. A bór był stary i gęsty, a błota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, że musi sam Zły tam domował, a gąszcze, że i niektóremu ptakowi łacno przemknąć się nie było. Jeno Pan Jezus wszedł, a tu kiej Zły borem nie zatrzęsie, kiej nie zacznie wyć, kiej nie pocznie łamać chojarów a wiater, jako że to jeno parob piekielny, pomagał w te pędy i rwał suszki, rwał dęby, rwał gałęzie i huczał, i hurkotał po borze jako ten głupi. Ciemność się stała, że chocia oko wykol - a tu szum, a tu trzask... a tu zawierucha... a tu jakieś zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakują i szczerzą kły... i warczą...i straszą... i świecą ślepiami, i... ino... ino chycić pazurami. ale juści, że nie śmiały, bo jakże by... Pan ci Jezus był w swojej świętej osobie... Ale i Panu Jezusowi dość było tego głupiego strachania, i że pilno na odpust, to przeżegnał bór i zaraz wszystkie Złe i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach. Ostał się ino taki dziki pies, bo w ony czas pieski nie były jeszcze z ludźmi pobratane. Ten ci to pies ostał i leciał za Panem Jezusem, szczekał, to docierał do świętych nóżek Jego, to udarł zębami za porteczki, to kapot Mu ozdarł i za torby chytał, i sielnie się dobierał do mięsa... ale Pan Jezus, jako że był litościwy i krzywdy nijakiemu stworzeniu zrobić by nie zrobił, a mógł go kijaszkiem przetrącić abo i zasie samym pomyśleniem zabić, to ino powieda: - Naści, głupi, chlebaszka, kiejś głodny - i rzucił mu z torby. Ale pies się rozeźlił i zapamiętał, że nic, ino kły szczerzy, warczy, ujada, a dociera i całkiem już psuje Jezusowe porteczki. - Chlebam ci dał, nie ukrzywdził, a obleczenie mi rwiesz i szczekasz po próżnicy. Głupiś, mój, piesku, boś Pana swego nie poznał. Jeszcze ty za to człowiekowi odsłużysz i żyć bez niego nie poradzisz... - powiedział Pan Jezus mocno, aż pies siadł na zadzie, potem zawrócił, ogon wtulił między nogi, zawył i kiej ogłupiały pognał w cały świat. A Pan Jezus przyszedł na odpust. Na odpuście narodu jak drzew w boru abo tej trawy na łąkach - aż gęsto. Ale w kościele było pusto, bo w karczmie grali, a przed kruchtą cały jarmark i pijaństwo, i rozpusta, i obraza boska, jako i w te czasy bywa. Wychodzi Pan Jezus po sumie i patrzy, aż tu naród kiej to zboże pod wiatrem, to w tę, to w oną stronę się kolebie i ucieka, a niektóry z biczem bieży, kto żerdkę z płotu wyciąga, kto znów po kłonice sięga, a inszy zasię i kamienia szuka, a baby w krzyk i na płoty się drą, to na wozy, a dzieci w bek, a wszyscy krzyczą: - Wściekły pies, wściekły pies! A pies środkiem ludzi, kieby z nagła rozstąpioną ulicą, gna z wywieszonym ozorem i wprost na Pana Jezusa. Nie uląkł ci się Pan nasz, nie... poznał, że to ten sam piesek z boru, to ino rozpostarł tę swoją świętą kapotę i powieda do zwierza, któren z nagła przystanął: - Pójdź tu, Burek, przespieczniejszyś ty przy mnie niźli w borze. Okrył go kapotą, ospostarł nad nim ręce i powiada: - Nie zabijajcie go, ludzie, bo to też stworzenie boskie, a biedne jest, głodne, zgonione i bezpańskie. Ale chłopi jeli krzyczeć, jeli wydziwiać; a mamrotać trzaskać kłonicami o ziemię: że to zwierz dziki i wściekły, że im już tyla gąsków i owieczek porwał, że cięgiem szkody czyni, a i człowieka uszanować nie uszanuje, ino zaraz kłami... że nikt bez kija na pole nie wyjdzie, bo bez tego piekielnika przespieczności nijakiej nie ma... że zabić go trza koniecznie... I chcieli przez moc psa spod Panajezusowej kapoty wziąć a zakatować. Aż się Pan Jezus ozgniewał i krzyknął: - Nie ruchaj, jeden drugi! To się, łajdusy i pijanice, psa boita, a Pana Boga to się nie boita, co?.. Odstąpili, bo mocno rzekł, a Pan Jezus im dalej powieda - że są łajdusy... że przyszli na odpust, a piją ino po karczmach, a Boga obrażają, a pokuty nie czynią i przeklętniki są, a katy jedne la drugich, złodzieje, bezbożniki i kara boska ich nie minie. Skończył Pan Jezus, podniósł kijaszek i chciał odejść... Ale już Go naród poznał i kiej nie rymnie przed Nim na kolana, kiej nie rykną płaczem i kiej nie zaczną skomleć... - Ostań z nami, Panie! Ostań, Panie Jezu Chryste! Ostań! A to Ci wierne będziemy, kiej ten pies... pijanice my, bezbożniki my, złe my ludzie, ale ostań!... Ukarz, bij, ale ostań!... Sieroty my opuszczone, ludzie bezpańskie..-, i tak płakali, tak żebrali, tak całowali Go po rękach i po tych nogach świętych, że zmiękło serce Pańskie, ostał z nimi przez parę pacierzów, nauczał, rozgrzeszał i błogosławił wszystkiemu. A potem, kiedy już odchodził, to powiada: - Krzywdę wam czynił pies? Odtąd wam odsługiwać będzie. I gąsków popilnuje, i owieczki oganiał będzie, i jak się jeden albo drugi schlasz - chudoby i dobra stróżem będzie a przyjacielem. Ino go szanujta i krzywdy mu nie czyńcie. I odszedł Pan Jezus we świat tyli. A obejrzy się - Burek siedzi tam, gdzie go obronił. - Burek, a pódzi ze mną, cóż to, sam, głupi, ostaniesz?., I pies poszedł, i już szedł wszędy za Panem i taki cichy, taki czujny, taki wierny, kiej parobek najlepszy. I poszli już wszędzie razem. I bez bory szli, i bez wody - całym światem. A że nieraz i głód był, to piesek ptaszka jakiego wytropił, to gąskę abo baranka przyniósł i tak se społecznie żyli. A często gęsto, kiedy Jezusiczek strudzony spoczywał, to Burek odganiał złych ludzi abo i zwierza dzikiego i nie dał Pana naszego, nie... Kiej przyszedł czas, że Żydy paskudne i one faryzeje srogie wiedły Pana na umęczenie - to Burek rzucił się na wszystkich i jął gryźć, i bronić, jak tylko umiała biedota kochana. A Jezus mu rzekł spod drzewa, które dźwigał na mękę swoją świętą: - Sumienie barzej ich gryźć będzie... a ty nie uredzisz... I kiej umęczonego powiesili na krzyzie, to Burek siadł i wył... ...drugiego dnia, kiej wszystkie ludzie poodchodzili, że już ani Panienki Najświętszej, ni apostołów świętych nie było... to ostał ino Burek... ...lizał raz w raz te święte, przebite goździamń, konające nóżki Panajezusowe i wył... wył... wył... ...a kiej już trzeci dzień nadszedł... przecknął Pan Jezus i patrzy, a tu nikogo w podle krzyża... ino jeden Burek skamli żałośliwie i tuli się do jego nogów... ...to Pan nasz Jezus Chrystus Przenajświętszy pojrzał miłościwie na niego w tej godzinie i rzekł ostatnim tchem: - Pójdź, Burek, ze mną! ............................................................ I piesek w to oczymgnienie puścił ostatnią parę i poszedł za Panem... Amen. - Tak było, jakom rzekł, ludzie kochane! - powiedział łagodnie, skończywszy przeżegnał się i poszedł na drugą stronę, gdzie mu już Hanka spanie narządziła, że to wielce był utrudzon. Głuche milczenie zaległo izbę. Rozważali se wszyscy tę dziwną historię, a dziewczyny niektóre, jak Jagusia, Józka i Nastka, to obcierały ukradkiem oczy, bo tak je rzewnością przejęła dola Pańska i ta Burkowa przygoda; a samo już to, że się taki pies znalazł we świecie, co lepszy był od ludzi i wierniejszy Panu, zastanowiło wszystkich niemało... i poczęli z wolna, po cichu jeszcze czynić uwagi różne i dziwować się nad tym zrządzeniem boskim, aż Jagustynka, która była pilnie słuchała, podniesła głowę, zaśmiała się urągliwie i powiada: - Baj baju, chłop śliwy rwie, a ino ich dwie! Ja waju lepszą powiem przypowiastkę, o tym, skąd się wół wziął człowiekowi: Pan Bóg stworzył byka. I byk był. A chłop wziął kozika, Urznął mu u dołu I stworzył wołu- ...i wół jest! - Taka dobra moja prawda jako i Rochowa! - poczęła się śmiać. Izba też cała gruchnęła śmiechem i wnet posypały się żarty, to gadki, to przypowiastki różne. - Jagustynka to wszystko wiedzą... - Jakże, wdowa po trzech chłopach, to i nauczna. - Juści, jeden ją uczył rano biczyskiem... drugi w połednie rzemieniem, a trzeci na odwieczerz często gęsto kłonicą poganiał... - wołał Rafałów. - Poszłabym i za czwartego, ale nie za ciebie, boś za głupi i chodzisz usmarkany kiej Żydziak. - Jak temu psu Jezusowemu było przez Pana, tak kobieta obyć się nie obędzie bez bicia... to i Jagustynce markotno... - rzucił któryś z parobków. - Głupiś... bacz ino, kiej niesiesz ojcowe ćwiartki do Jankla, by cię nikt nie widział, a wdowieństwu daj spokój, to nie na twój rozum - warknęła ostro, aż przymilkli, bo bali się, że w złości wszystko głośno wypowie, co tylko wie, a mogła wiedzieć sporo. Przekorna baba była, nieustępliwa i o wszystkim mająca swoje powiedzenie, nieraz takie, że aż ludziom skóra cierpła i włosy wstawały na głowie, bo nic nie uszanowała, nawet księdza i kościoła, że już nieraz ją dobrodziej napominał i do opamiętania przynaglał, nie pomogło, a potem ino po wsi mówiła : - I bez księdza każden do Pana Boga trafi, niech jeno będzie poczciwy; gospodyni lepiej mu pilnować, bo z trzecim chodzi i znowu gdzie zgubi... Taka była Jagustynka... Rozchodzić się już mieli, kiedy wszedł wójt z sołtysem, obchodzili chałupy, żeby jutro podług rozkładu wychodzili na szarwark, na drogę za młyn, rozmytą przez deszcze... Ale wójt przódzi, skoro jeno wszedł, rozłożył ręce i wykrzyknął: - Same najpierwsze dziewczyny jucha stary se zwołał!. Jakoż prawdę rzekł, bo były same gospodarskie córki rodowe - i z wianem. Boryna gospodarz był przecież pierwszy na całą wieś, to jakże, dziewki służebne, komornice albo biedotę taką, co to w dziesięcioro wisi u krowiego ogona - zwoływałby do siebie i zapraszał! Wójt pogadał ze starym na osobności, ale tak cicho, że nikt nie usłyszał, pośmiał się z dziewczynami i poszedł rychło, bo jeszcze całe pół wsi zwoływać miał na jutro. Wkrótce też i zaczęli się rozchodzić wszyscy, że to późno było, a i kapusty prawie już zbrakło do obierania. Boryna dziękował wszystkim a każdemu z osobna, i co starszym kobietom otwierał drzwi i wyprowadzał... Jagustynka na odchodnym rzekła w głos: - Bóg zapłać za ugoszczenie, ale dobrze całkiem nie było. - Hale! No... - Gospodyni brak wam, Macieju, a bez to nijakiego porządku nie może być... - Co robić, moiściewy?... Co robić?... Zrządzenie już takie boskie, że pomarła... - Mało to dziewczyn! A dyć w każden czwartek ino wypatrują po wsi, czy swaty od was nie idą do której...-mówiła chytrze ciągając go za język, ale Boryna, choć i miał już odpowiedź. podrapał się tylko po głowie i uśmiechał, a szukał bezwiednie oczami Jagusi, która zabierała się do wyjścia... Na to i czekał Antek, przyodział się nieznacznie i wyszedł naprzód. Jaguś sama szła do domu, bo inne mieszkały w drugiej stronie, ku młynowi. - Jaguś! - szepnął wychylając się z ciemności spod płota jakiegoś. Przystanęła, poznała głos jego i poczęła ździebko dygotać. - Odprowadzę cię, Jaguś! - Obejrzał się - noc była ciemna, bez gwiazd, wiatr huczał górą i miotał drzewami. Objał ją wpół mocno i tak przytuleni do siebie zginęli w ciemnościach. ROZDZIAŁ 8 Nazajutrz gruchnęła po Lipcach wieść o Borynowych z Jagną zmówinach. Wójt był dziewosłębem - więc wójtowa, że mąż srogo przykazywał pary z gęby nie puszczać przódzi, nim powróci, dopiero na odwieczerzu pobiegła do sąsiadki, rzekomo soli pożyczyć, i już na odchodnym nie wytrzymała, ino wzięła kumę na bok i szepnęła: - Wiecie to, Boryna posłał z wódką do Jagny! Ino nie mówcie, bo mój tak przykazywał. - Nie może być! Gdziebym ta z ozorem po wsi latała! Pleciuch to jestem czy co?... Taki dziad i za trzecią kobietę się bierze! Co to dzieci na to powiedzą! O świecie, świecie! - jęknęła ze zgrozą. A skoro wójtowa wyszła, przyodziała się w zapaskę i chyłkiem przez sad wpadła do Kłębów, co w podle siedzieli, pożyczyć szczotki paczesnej, że jej była się gdziesik zapodziała. - Słyszeliście? Boryna żeni się z Jagną Dominikówną! Dopiero co szły do niej z wódką. - Nie ! - cudeńka prawicie ! Jakże by to, dzieci dorosłe i sam już w latach! - Juści że niemłody, ale mu nie odmówią... nie, gospodarz taki, bogacz! - Albo i ta Jagna! Widzieliście, moi ludzie! To się łachała z tym i owym... a teraz gospodynią pierwszą będzie! Jest to na świecie sprawiedliwość? Co?... A tyla dzieuch siedzi... choćby i te siostrzyne... - A moje po bracie! A Koprzywianki! A Nastusia! A drugie! To nie gospodarskie? Nie śwarne? Nie poczciwe? Co?... - Będzie się ona dopiero nadymała! I tak kiej ten paw chodzi a głowy zadziera. - Bez obrazy boskiej się też obyć nie obędzie - kowal ni drugie dzieci nie darują swojego macosze, nie! - Hale, poredzą to co? Gront starego, to i wola jego. - Juści, że po prawie jego, ale po sprawiedliwości i dzieciński też. - Moiściewy, sprawiedliwość ma zawżdy ten, kogo stać na nią... Nawyrzekały, nażaliły się na świat i jego sprawy i rozeszły się, a z nimi rozlała się ta wieść po wsi całej. Że roboty było niewiela i niepilne, a ludzie siedzieli po chałupach, bo drogi były do cna rozmiękły, to pogwarzano o tych zmówinach po chałupach wszystkich. Wieś całą ogarnęła ciekawość, na czym się to skończy; spodziewali się z góry, że nastąpią bitki a procesowanie, a historie różne. Jakże, znali Borynową gwałtowność, że jak się zaweźmie, to i dobrodziejowi nie ustąpi, a i Antkową hardość też znali. Nawet ludzie spędzeni do szarwarku, na rozerwaną groblę za młynem, poprzystawali i jęli o tym zdarzeniu poredzać. Przerzekł coś niecoś jeden, przerzekł i drugi, aż w końcu stary Kłąb, że to mądry chłop był i poważany, powiedział surowo: - Z tego padnie złe na wieś całą, baczcie ino. - Antek nie ustąpi, jakże? Nowa gęba do miski- rzekł któryś. - Głupiś, u Boryny starczyłoby i la pięciu - o działy pójdzie. - Bez zapisu się tam nie obejdzie. - Dominikowa nie głupia, już ona wszystkich wyrychtuje. - Matką jest, to jej psie prawo o dziecko stoić - rzucił Kłąb. - W kościele przesiaduje, a chytra na grosz kiej ten Żyd. - Nie powiedaj leda co na ludzi, żeby ci ozór nie odjęło. I tak całe popołudnie zajmowała się wieś zmówinami, co i nie dziw, bo Borynowie byli rodowi, starzy gospodarze, a Maciej, chociaż urzędu nijakiego nie sprawował, a gromadzie przewodził. Jakże, na odwiecznych kmiecych rolach siedział, z dziada pradziada we wsi był, rozum miał, bogactwo miał - że chcąc nie chcąc, a słuchali i uważali go wszyscy. Jeno nikt z dzieci, ni kowal nawet, o zmówinach nie wiedział, bali się do nich z nowiną bieżyć, bych w pierwszej złości czego nie oberwać. Więc też w chałupie Borynów cicho było jeszcze, ciszej dzisiaj niźli zazwyczaj - deszcz był przestał padać i od rana przecierało się na niebie, to zaraz po śniadaniu Antek z Kubą i z kobietami pojechali do lasu zbierać susz na opał i probować, czyby się nie dało kolek ugrabić. Stary pozostał w domu. A już od samego rana był dziwnie przykry, dziwnie zeźlony, że ino szukał okazji, na kogo by wywrzeć niepokój i złość, jakie go roztrzęsały; Witka sprał, bo pod krowy słomy nie przyrzucił i leżały do pół boków w gnoju, z Antkiem się pokłócił; Hankę wykrzyczał za chłopaka, któren wybałykował przed dom i utytlał się w błocie; nawet na Józkę powstał, że się długo guzdrała... a konie czekały na nią. A gdy wreszcie pozostał sam, z Jagustynką ino, która była ostała z wczoraj, żeby doglądnąć inwentarza, to już całkiem nie wiedział, co robić ze sobą. Przypominał sobie cięgiem, co mu Jambroż prawił o przyjęciu przez Dominikową, co rzekła Jagna, a mimo to dufności w siebie nie miał i dziadowi wierzyć nie bardzo wierzył, że to mógł za ten kieliszek ocyganić ino. To łaził po izbie, oknem na pustą drogę wyglądał abo zgoła i z ganku na Jagusiną chałupę niespokojnie spozierał - a zmierzchu wyczekiwał kiej zmiłowania... Sto razy chciało mu się bieżyć do wójta i pognać, by poszli prędzej - ale ostał w domu, bo go powstrzymywały oczy Jagustynki, co za nim chodziły cięgiem; oczy zmrużone, a świecące urągliwością i naśmiechliwe... - Czarownica jucha, wierci ślepiami kiej świderkiem - myślał. A Jagustynka łaziła po chałupie i obejściu z prząślicą pod pachą i naglądała - przędła, aż wrzeciono turkotało w powietrzu, nawijała nić i szła dalej, do gęsi, do świń, do obory, a Łapa włóczył się za nią senny i ociężały- nie odzywała się do starego, choć dobrze wiedziała, co go tak rozbiera i markoci, co nim tak rzuca, że aż wziął się do zabijania kołów pod ścianą do ogacenia. Przystawała ino przy nim raz w raz, aż w końcu rzekła: - Nie idzie wama dzisiaj robota. - A nie idzie, psiachmać, nie idzie. - Sodoma tutaj będzie, mój Jezu! Sodoma! - myślała odchodząc. - Dobrze stary robi, że się żeni, dobrze! A to by mu dały taki wycug dzieci jak mnie! Całe dziesięć morgów pola jak złoto dałam, i co?... - splunęła ze złością. - Na wyrobki chodzę, na komornicę zeszłam!... A stary, że to już wydzierżeć nie mógł, gruchnął siekierę o ziemię i krzyknął: - Na psa taka robota! - Gryzie was coś na wnątrzu. - A gryzie, gryzie.:. Jagustynka przysiadła na przyzbie, wyciągnęła długą nić, zwinęła na wrzeciono i cicho, trochę z obawą rzekła: - Przeciech nie macie się z czego markocić ni turbować. - Wiecie to? - Nie bójcie się, Dominikowra mądra, a Jagna też po myślenie ma. - Rzekliście! - zawołał radośnie i przysiadł w podle. - Jakże, mam oczy. Milczeli długo przetrzymując się wzajemnie. - Na wesele mnie zaproście, to wam takiego "Chmiela" zaśpiewam, że rychtyk w dziewięć miesięcy chrzciny wyprawicie... - zaczęła ironicznie, ale widząc, że stary się schmurzył, dorzuciła innym tonem: - Dobrze robicie, Macieju, dobrze. Jak mój pomarł żebym była sobie poszukała chłopa, to nie komornicą bym dzisiaj była, nie...Głupia byłam, zawierzyłam dzieciom .... na wycug poszłam, gront odpisałam, i co?... - Ja ta nie odpiszę ni zagona! - rzekł twardo. - Macie wy rozum, że tak mówicie, macie! Po sądach się włóczyłam, to ino te parę złotych, com miała - poszły, a sprawiedliwości nie kupiłam... i na starość na poniewierkę, na wyrobek! Żebyśta, ścierwy, pode płotem wyzdychały za moje ukrzywdzenie! Poszłam do nich w niedzielę, żeby chocia popatrzeć na chałupę, na ten sad, com go ano sama szczepiła, to synowa wywarła na mnie pysk , że na prześpiegi przychodzę! Mój ty Jezu kochany! Ja na prześpiegi, na swój rodzony gront przychodzę! Myślałam że trupem padnę, tak mnie żałość ścisnęła! Poszłam do dobrodzieja, żeby ich chociaż za to skarcił z ambony, to mi rzekł, że za te krzywdy Pan Jezus mnie wynagrodzi!...Juści, juści... jak kto nic nie ma, dobra mu i Jezusowa łaska, dobra... ale zawdy wolałabym ja pogospodarzyć tu na groncie, w ciepłej izbie pod pierzyną się przespać tłusto se podjeść i uciechy zażyć... I jęła z taką gorącością wygadywać na wszystko, że Boryna powstał i poszedł na wieś do wójta, jako że i mroczeć poczynało. - Rychło idzieta, co? - W te minuty, zarno Szymon przyjdą. Jakoż i przyszedł, i poszli już razem do karczmy, aby się napić jaki kieliszek i wziąć araku na poczęstunek. Jambroży już tam był i wnet przystał do nich, ale niedługo pili, bo Maciej ich popędzał. - Poczekam na was tutaj; odpiją, to zabierzcie kobiety i przychodźcie duchem - zawołał za nimi. Szli mocno środkiem drogi, aż błoto się otwierało; mrok gęstniał i pokrywał świat szarym, smutnym przędziwem, w którym wieś cała zapadała, tylko gdzieniegdzie poczęły z mroków wybłyskiwać światła chat i psy naszczekiwały w opłotkach, jak zwyczajnie przed kolacją. - Kumotrze? - ozwał się po chwili wójt. - He? - Widzi mi się, że Boryna wyprawi sielne weselisko. - Wyprawi abo i nie wyprawi! - odrzekł zgryźliwie, że to mruk był. - Wyprawi! Wójt wama to mówi, to wierzcie. Ja już w tym. Wyrychtujemy taką z nich parę, że jaż ha! - Ino klacz poniesie, bo ogier, widzi mi się, ma konopie w ogonie! - Nie nasza to rzecz. - Hale... dzieci nas wyklinać będą... - Będzie galanto, ja, wójt, to wama mówie. Weszli zaraz do chałupy Dominikowej. W izbie było widno, zamieciono, czysto - spodziewali się ich przecie. Dziewosłęby pochwalili Boga, przywitali się kolejno ze wszystkimi bo i chłopaki siedzieli w izbie, usiedli na przysuniętych do komina stołkach i jęli pogadywać to o tym, to o owym. - A to ziąb, jakby już na mróz szło - zaczął wójt, ogrzewając ręce. - Przeciech nie na zwiesnę idzie, to i nie dziwota! - Zwieźliście już kapustę, co? - I.. ostało tam na kapuśnisku ździebko, ale teraz nie dojedzie - odpowiadała stara spokojnie i chodziła oczami za Jagną, która pod oknem motała na motowidło przędzę w parniki, a była dzisiaj tak urodna, że wójt, chłop młody jes


Krzysztof Kujda 2002-12-19 09:39:08
Jestem pod duży wrażeniem, ale dużo bardziej podobała mi się płyta bonusowa, więc improwizacji


Mulder 2002-12-20 11:17:31
Pierwsza plyta jest o.k.,druga to nieciekawe przerobki starszych piosenek...Ale i tak jest fajna


on 2002-12-20 21:42:50
informacje koncerty społeczność dyskografia multimedia kontakt lista utworów | lista płyt Salon Recreativo 2001 S.P. Records album czy singiel? album Najnowsza płyta Kultu. Premiera: 1.10.2001. 1. Dla Twojej miłości 1. To nie jest wasz dom - nasz on 2. Twójmój czas 2. Großßtanz 3. Konsument 3. Brooklyńska Rada Żydów 4. Łączmy się w pary, kochajmy się 4. Radio Tirana 5. Najbardziej chciany bandyta w Polsce 5. Wódka 6. Pełniej 6. Artyści niezależni 7. Piotr Pielgrzym 7. Generał Ferreira 8. Henryk Wujek 8. Złodzieje w Wejherowie 9. Forum internetowe 9. Wanilia 10. With a little help from my friends 10. Amulet (wersja Kazika) 11. Dokąd uciekasz? 11. Forum (wersja Kazika) 12. Uwiąd starczy 12. Najbardziej chciany bandyta w Polsce (wersja Kazika) 13. Ogrodzenie 13. Salon Recreativo 14. Sen Bruna S. 15. Ze mną się bracie nie napijesz? 16. Amulet komentarze i recenzje dodaj komentarz lub recenzję kolbi 2002-09-17 15:25:00 Poniemiecki niewypał. KMs 2002-09-23 15:31:36 Plytka jak na pierwsze przesluchanie nie ciekawi ale jak sie w nia słucha za 2.3 to jest git.jest jedna z lepszych.według mnie najlepsza piosenka to "uwiąd starcz" Kenny Wywietrznik 2002-09-23 18:52:05 Płytka nie jest najlepsza, ale ma w sobie to coś. Klimat ma niepowtarzalny. Utworki są świetne pod względem tekstów, choć muzyka troche nuży. Ogólnie: Bardzo dobry Bartek 2002-09-23 19:02:37 Plyta to niewypal moim zdaniem to nie do muzy ale do textow mozna sie przyczepic Spirall 2002-09-23 21:44:24 Nie przejmujcie się bełkotaniem debili , którzy sądzą że płyta jest niewypałem ... bo jest ona naprawdę dobra . Wyróżnić szczególnie należy "Pełniej" i "Twójmój czas" . aloss 2002-09-24 11:01:37 Dla mnie plyta jest w porzadku, a przy kawalku "Forum internetowe" jeszcze jak do tej pory spokojnie na dupie nie posiedzialem. iskierka 2002-09-24 14:30:27 płytka całkiem ok:) stigma 2002-09-24 14:33:56 Płyta jest naprawdę spox- ma niezły klimat, a o to przecież chodzi. Niektórzy pewnie przyczepią się do tego, że Kult nie jest już tym "starym dobrym Kultem", ale przecież każdy zespół w jakiś sposób musi ewaluować! grabek 2002-09-24 17:05:06 Płyta jest naprawdę świetna,a w teksty radze się niektórym wsłuchać!!!!!! Piter 2002-09-25 13:12:25 Dla mnie płyta jest super. Nawet za pierwszym razem, jak ją słuchałem, bardzo mi się podobała. Minął rok a płyta nadal jest dla mnie zajebista. A krytykom radze głosno słuchać lub wybrać sie na koncert GOGO 2002-09-29 10:24:16 Ja mam nadzieję że ma taki klimat jak stare płyty Kultu kaczor 2002-09-29 11:58:23 po prostu Kult...Nigdy nie zawodzi, zawsze na czasie a i dosrać potrafi ( nie tylko panom politykierom, ale i do fanów ma zapytania - patrz Forum, czyli o tym co właśnie robię ). A jeśli komu nie wchodzi to niech poczeka, bo to wydawnictwo musi dotrzeć, potem jest już tylko ślepa miłość... cattolico 2002-09-30 13:31:10 wedlug mnie calkiem dobra plyta dzieki ktorej wielu mlodych zainteresuje sie blizej ta kapela i siegnie po starsze,lepsze plyty. T0udi 2002-09-30 20:46:17 Kazik rox! Tą płytkę oceniam na 8/10 i jest troche bardzo dobrych kawałków... szwagier 2002-10-01 19:12:29 płyta dobra chociaż coś jej brakuje..Daleko jej do "posłuchaj..." czy "spokojnie" mam nadzieje że najlepsze będą lepsze cubek 2002-10-02 02:49:16 slucham Kultu od 86r wswzsystko co Kaziu moj drogi kolezko stworzyles jest wyjebiste nawet tu gdzie mieszkam-czyli za wielka kaluza Maciek 2002-10-02 14:51:52 "Salon..." jest jak dla mnie roche za długi, pare piosenek jest jakby troche na siłę. Tez mi sie z początku nic na tej płycie nie podobało, dopiero po któryms przesłuchaniu coś niecoś... "Forum..." jest fajne, "Pełniej" też. Jest jeszcze parę dobrych piosenek, ale własciwie to tylko te sie , jak na mój gust wybijają. Dergon 2002-10-03 13:51:39 Płyta bardzo dobra, przecież to Kult. Ale są lepsze płyty i to trzeba przyznać. A moja ulubiona piosenka to "Sen Bruna S.". JJ 2002-10-04 11:48:07 ogolnie KOMERCHA, ale jak sie kocha KULT... Niczypor 2002-10-05 17:44:40 Ta plyta to gowno,jak macie dalej takie cos dalej wydawac to lepjej dajcie sobie spokoj. hej ZPIDER MF 2002-10-06 07:21:27 YES QRVA GIT I TYLE MADAFAKENSY Z EL. EJ. kraken 2002-10-06 20:04:00 według mnie najgorsza płyta Kultu barrth3z 2002-10-08 12:07:51 plytka bardzo udana, mnie sie podoba nie nudzu przy dluzszym sluchaniu..tylko kaseta juz mi sie zpsula po ciaglym odtwarzaniu w walkmanie :). najlepsza piosenka wedlug mnie to Sen Bruna S. leOn 2002-10-09 22:19:56 eee... po kilku przesluchaniach da sie polubic, chociaz to nie to co dawniej... zsasada 2002-10-10 09:34:28 można się nią znudzić ito szybko wujasbartek 2002-10-10 20:52:36 Płytka całkiem niezla, ale byly lepsze Jacek Superstar 2002-10-10 21:35:19 Płyta inna niż wszystkie. Jak każda z resztą. "Uwiąd starczy" jest najlepszym kawałkiem z płyty. Zejebisty był za to koncert promujący album-06.10.2001 Kielce ela(9 lat) 2002-10-12 12:28:00 przeczytalam w Bravo ze kult jest fajny i mam zamiar kupic sobie jego plyte.Chyba bedzie to salon rekreativo bo koledzy powidzieli ze mają tam fajne dyskotekowe kawałki kootek 2002-10-12 16:23:47 Płyta raczej nijaka,ani dobra ani zła.Jest kilka fajnych kawałków ale ogólnie nie poraża.to tyle rozmnieszyła mnie ela{9 lat}.ha ha dyskotekowe ka -wałki. janku 2002-10-12 18:25:40 elu lat 9 masz nieźle nasrane w swojej małej pustej głowie . Jeżeli uważasz że bravo czy inny szit jest pismem o do brej muzyce to kupuj je dalej. ja wole Metal Hammera albo Tylko Rock.tam jest o czym czytac a nie jakies brytnej-sritney czy ich 3 Zbychu 2002-10-13 00:50:04 Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu. Zbychu 2002-10-13 00:53:41 Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu. Zbychu 2002-10-13 00:57:45 Piosenka "Pełniej" po prostu mnie powaliła. Oby tak dalej Chłopaki. Zagrajcie ją we Wrocławiu.I powiedzcie organizatorom z klubu WZ żeby wpuszczali ludzi do środka jak najwczesniej bo ostatnio była masakra przy wejściu. Artur 2002-10-13 19:42:43 Najgorsza plyta Kultu,wiecej nie napisze bo za bardzo lubie wasz zespol Matur 2002-10-14 12:41:27 Od kiedy usłyszałem "Spokojnie" zachorowałem. Choroba trwa. Nie wiem czy jeszcze długo pociągnę bo "Salon Recreativo" doprowadził mnie na krawędź. Po krachu "krachu" ta płytka mnie oprowadziła po wszelkich mozliwych majakach i zludzeniach estetyczno-muzycznych. Jestem głęboko i pozytywnie wstrząśnięty. Od słuchania tych kawałków nauczli sie juz ich na pamiec moii starzy i .....sąsiadka - mowi że "ładne" jak nie klną. kuba 2002-10-14 14:05:48 super plyta na pewno nie tak dobra jak ostateczny krach ale jest git i warto wsluchac sie w teksty moj ulubiony kawalek t pelniej powodzenia vonSchmitzenblaum 2002-10-15 10:27:07 perkusja w Piotr Pielgrzym jest genialna, Zdunek odwalił kawał dobrej roboty ale na Melodiach Kurta Weilla jest lepszy. Uwiąd starczy rules Steff 2002-10-17 00:27:07 Disco-muły, którzy nie znają się na dobrej muzie i uważają, ze płyta to niewypał niech się schowają pod szafę!!! Przed chwilą wróciłem z koncertu i był równie zajebisty jak "Salon Recreativo"! Zresztą KAZELOT nigdy nie robił chały!!! opek 2002-10-17 11:47:46 plyta jest super. niemniej trzeba ja posluchac wiecej niz raz by sie w niej zakochac(podobnie jak z wiekszoscia kazikowstwa:) jest troche przy dluga, znaczy druga plytka jest troche nuzaca i dlatego slucham jej zadziej:) ale ta "wodka" w stylu hiphop:) moja ulubiona piosenka - pelniej. papa kult:) josearturo 2002-10-17 20:39:25 Jeżeli twierdzisz, że rozumiesz KULT, to nie słuchaj więcej. Jeżeli treść tekstów to częśc twojego życia, to nawet gdyby nagrali własne pierdzenie też będą najlepsi- bo to jest KULT!!! Pawel.74 2002-10-18 16:03:29 Plytka w deche teksty-10 muzyka-10 generalnie super Kuzyn 2002-10-18 16:21:53 Jeszcze nie zdążyłem przesłuchać ale znając dodychczasową twórczość owej grupy popowej :-) napewno jest zajebista nara Witkacy 2002-10-18 19:52:32 Plyta jest zajebista ,kto ma inne zdanie niech ,wypierdala na AgroTechno -po tyssiockroc statek 2002-10-18 23:33:24 super płytka, idzie z duchem czasu... GOGO 2002-10-19 21:41:55 Doczekałem się jej. Ale jestem zawiedziony. Według mnie najgorszy album Kultu (oj panowie, nie spisaliście się). Fakt że są wyjątki , ale to nie to co Kult prezentował kilka i kilkanaście lat temu :((((((((( Daję jej 3+ albo 4- GOGO 2002-10-20 13:30:40 Czy oni nie mogą nagrać jakiejś płyty w dawnym stylu (Spokojnie, Posłuchaj lub Kaseta) Miensniak 2002-10-21 12:28:38 Kult jest extra Kwarcek 2002-10-21 12:39:57 To nie jest dawny Kult! Kazik ewoluowal (kurwa jakie dlugie slowo:)) i imho robi dalej swietna muze. Wsluchajcie sie w riff z Amuletu!!! separatysta 2002-10-22 23:35:27 GOGO powiedział to co chciałem napisać. wg mnie w kulcie źle się dzieje koledzy... a tak na poważnie chodzi mi o teksty, nie wiem czy zauważacie ale najciekawsze teksty ma teraz KZN a nie Kult jak to było kiedyś. GOGO 2002-10-23 19:42:41 Na kolejny album powinni grać muzę w stylu Spokojnie albo Posłuchaj a texty z Taty Kazika. Ps.Staszek Staszewski jeszcze żyje??? Regis 2002-10-24 14:21:38 Płytka niejest zła. Ogólnie bardzo dobra. Oby tak dalej chłopaki!!!!!!!! DaZu 2002-10-25 20:50:58 Salon jest świetną płytą (jak i cała reszta płyt kultu i kazika), świetne melodie, texty i wolkal el siusiak 2002-10-28 10:43:04 generalnie płytę tę uwazam za coś w rodzaju schabowego odgrzanego w mikrofalowce... nie podoba mi sie i mam nadzieje, ze kolejne plyty beda bardziej nawiazywaly do tych starszych. mimo wszystko kult rzadzi! Matek 2002-10-28 20:35:32 Kult bedzie, jest i dlugo bedzie najlepsza polska kapela !! chociaz plytka jest jaka jest, ale moze to dlatego ze Kazik & spolka sie starzeja ?? żółw 2002-10-31 13:39:33 to jest dopiero album mam go 5 miesięcy i niemogę sie nadziwić K A Z I K jest zajebowisty i najleprzy na świecie wujek dobra rada 2002-11-06 01:34:58 nie wiem czemu wszyscy oczekujecie kontynuacji wyswiechtanych staroci, zespol szuka czegos nowego. I dobrze! angelo_jacopucci 2002-11-06 09:00:14 plytka jest swietna - trzyma klimat od poczatku do konca. A dlaczego nikt jeszcze nie komentowal 2giego cd? Ach, te improvizy na saxie i trabce - radio tirana rzadzi! MiR 2002-11-07 11:43:56 Płyta GIT. Najlepsza piosenka - AMULET. Co się działo jak zagrali ją na koncercie w spodku...;) Han Solo 2002-11-07 16:39:37 Plyta dobra, jedna z lepszych w dorobku zespolu.Zwlaszcza jesli chodzi o teksty.Ale fakt faktem ze zostala troszke zjebana poprzez slabe brzmienie.Ale pomimo tego lubia ja sluchac Shiffti 2002-11-09 09:52:47 P³ytka bardzo wpozo...dlugo czekalem na nia a gdy wreszcie dosta³em to s³ucham do dzisiaj po kilka razy dziennie ...bo to przeciez o to chodzi aby poczuc klimat nie wystarczy pos³uchac raz lub dwa ...naprawde dotar³a Ta p³ytka do mnie samego ..polecam ja innym ...Teksty -boomba ...muza tez oki. sledziu 2002-11-09 12:40:47 zajebista płytka. wprost wyjechana szczególnie utwory:radio tirana,wódka,artyści niezależni. sic! 2002-11-13 10:04:31 plyta bardzo dobra - kult ponizej pewnego poziomu nie schodzi, jednak mam 2 zastrzezenia: slabo jakos zgrana - glos i slowa kazia nie sa tak wyraznie slyszalne jak np. na tacie2 (moze tak mailo byc?); glos kazia coraz starszy i jakby zmeczony - ale musialo sie tak skonczyc ciagniecie tylu kapel na raz...poza tym strasznie sie ciesze ze nie ma juz takiej komerchy jak na poprzedniej plycie (gdy nie ma dzieci itp.), a plyta jko calosc przekonuje o wiele bardziej niz poprzednia burza 2002-11-16 20:37:11 Płyta średnio mi się podoba, da się posłuchać, kompozycje są chyba po prostu niedopracowane, ale generalnie mogli by w końcu wydać płytę na której bardziej liczyła by się jakość niż ilość. MOTYL 2002-11-16 20:58:26 Niezła nowa wersja wódki ale to chyba tyle ato przecież odgrzewanie.Kiedy będie powrót do stylu z trzech pierwszych płyt albo 3 częś taty kazika.Słyszałem kiedyś że są jeszcze teksty na nową płytke.Obydwa taty był świetne ii nierozumiem dlaczego Tata2 dwa sprzedał się w nakładzie dziesięcio miejszyn niż Tata Kaziak gdyż był lepszy. Gunther 2002-11-16 23:59:20 Dobra płytka. Oby tak dalej!!! Towarzysz 2002-11-17 18:54:09 ROZDZIAŁ 1 - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co? - We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany - w tyli świat!... - zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu. Ksiądz spojrzał bezwiednie w tę dal i rychło przywarł oczy, bo nad zachodem wisiało oślepiające słońce; a potem spytał ciszej, lękliwiej jakby... - Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?... może... Nie zaraz odrzekła, wyprostowała się nieco, powlekła ciężko starymi wypełzłymi oczami po polach ojesieniałych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach. - I... nie wypędzali... jakżeby... dobre są ludzie - krewniaki. Niezgody też nijakiej być nie było. Samam ino zmiarkowała, że trza mi w świat. Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza. Trza było... roboty już la mnie nie miały... na zimę idzie, to jakże - darmo mi to dadzą warzę abo i ten kąt do spania?... A że rychtyk i ciołka odsadzili od maci... a i gąski, bo to już zimne nocki, trza zagnać pod strzechę, tom i zrobiła miejsce... jakże, bydlątek szkoda, Boże, stworzenie też... A ludzie dobre, bo mię choć latem przytulą, kąta ani tej łyżki strawy nie żałują, że se człowiek kiej jaka gospodyni paraduje... A na zimę we świat, po proszonym. Niewiela mi potrza, to se u dobrych ludzi uproszę i do zwiesny z Panajezusową łaską przechyrlam, a jeszcze się coś niecoś grosza uścibi - to rychtyk la nich na przednowek... krewniaki przeciech... A już ta Jezusiczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści. - Nie opuści, nie - zawołał gorąco i wstydliwie wsadził jej w garść złotówkę. - Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju! Przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały się po jej twarzy szarej i zradlonej jak te jesienne podorówki. - Idźcie z Bogiem, idźcie - szeptał zakłopotany podnosząc ją z ziemi. Zebrała drżącymi rękami torby i kijaszek z jeżem na końcu, przeżegnała się i poszła szeroką, wyboistą drogą ku lasom; raz w raz tylko odwracała się ku wsi, ku polom, na których kopano kartofle; i na te dymy pastusich ognisk, co się snuły nisko nad ścierniskami - poglądała żałośnie, aż i zniknęła za przydrożnymi krzami . A ksiądz usiadł z powrotem na kółkach od pługa, zażył tabaki i rozłożył brewiarz, ale oczy ześlizgiwały mu się z czerwonych liter i leciały po ogromnych, w jesiennej zadumie pogrążonych ziemiach, to po bladym niebie błądziły lub zatrzymywały się na parobku, pochylonym nad pługiem. - Walek... bruzda krzywa... te... - zawołał unosząc się nieco i chodził już oczami krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem. Zaczął znowu bezwiednie przebiegać czerwone litery brewiarza i poruszać ustami, ale co chwila gonił oczami siwki, to stadko wron, które ostrożnie, z wyciągniętymi dziobami podskakiwały w bruździe i raz w raz, za każdym świstem bata, za każdym nawrotem pługa, podrywały się ciężko, padały zaraz na zorane zagony i ostrzyły dzioby o twarde, zeschłe skiby. - Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje! Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi, uniósł się żywo poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko obwąchiwały twarz. - Heeet-aa! - wołał śpiewnie Walek, wyciągnął błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki - i orał dalej wielki łan ziemi, co pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach. Cicho było, ciepło i nieco sennie. Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne. Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonym kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzieniegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione. A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu, leżała wieś i grała w słońcu jesiennymi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz pełnych kamionek i tarnin-tylko gdzieniegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota - łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni albo leżały piaszczyste senne drogi i nad nimi rzędy potężnych topoli z wolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom. Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska- a czarny migocący cień biegł za nimi dołem po rżyskach i podorówkach. Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce - drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją w bok i znowu ryczeć zaczęła. - Na sprzedanie prowadzisz, co? - Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże, zapowietrzona... Wściekłaś się czy co! - wołała zadyszana; usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy, aż kurz je zakrył obłokiem. A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze Żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał. - Co tam słychać, Moszku? - Co słychać?... Komu dobrze, to i dobrze słychać... Kartofle , chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma żyto, kto ma kapustę temu dobrze słychać! - Pocałował księdza w rękaw, założył na kark pas od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny. A potem szedł środkiem drogi w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony przez tłustego kundla na sznurku. A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten ujrzawszy księdza przy drodze okrążył go z dala i biegł na przełaj pól do karczmy. To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna albo Żydówka pędziła stado kupionych gęsi. A każdy pochwalił Boga, zamienił słów parę i szedł w swoją drogę, odprowadzany życzliwym słowem i spojrzeniem księdza, któren, że już słońce było coraz niżej, powstał i krzyknął do Walka: - Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają. I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnym, pełnym kochania spojrzeniem ogarniał pola... ...Rzędy kobiet czerwieniły się na kopaniskach... rozlegał się gruchot zsypywanych do wozów kartofli... miejscam orano jeszcze pod siew... stada krów srokatych pasły się na ugorach... długie, popielate zagony rdzawiły się młodą szczotką zbóż wschodzących... to gęsi niby płaty śniegów bieliły się na wytartych, zrudziałych łąkach... krowa gdzieś zaryczała... ogniska się paliły i długie, niebieskie warkocze dymów ciągnęły się nad zagonami... Wóz zaturkotał albo pług zgrzytnął o kamienie... to cisza znowu obejmowała ziemię na chwilę, że słychać było głuchy bełkot rzeki i turkot młyna, schowanego za wsią, w zbitym gąszczu drzew pożółkłych... to znowu śpiewka się zerwała lub krzyk nie wiadomo skąd powstały leciał nisko, tłukł się po bruzdach i dołach i tonął bez echa w jesiennej szarości, na ścierniskach oprzędzonych srebrnymi pajęczynami, w pustych sennych drogach, nad którymi pochylały się jarzębiny o krwawych, ciężkich głowach... to włóczono role i tuman szarego, przesłonecznionego kurzu podnosił się za bronami, wydłużał i pełzał aż na wzgórze i opadał, a spod niego niby z obłoku wychylał się bosy chłop, z gołą głową, przewiązany płachtą - szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i błogosławiącym ziemi, dochodził do końca zagonów, nabierał z worka zboża, nawracał i z wolna podchodził pod wzgórze, że najpierw głowa rozczochrana, potem ramiona, a w końcu już był cały widny na tle słońca z tym samym błogosławiącym ruchem siejby; z tym samym świętym rzutem rozrzucał zboże, co jak złoty pył kolistym wirem padało na ziemię. Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i chowając ręce za siebie całowali w rękaw sutanny. Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco: - Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie. - My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo - ozwał się śmielszy. Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczkach. - Szczęść Boże w robocie! - Boże zapłać, dziękujemy! - odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego. - Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? - mówił wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn - brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać. - Juści, kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami. - Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika. - Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują. - Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie? - A Borynowe. - Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał. - Ociec pojechali z moim ano do boru. - A to wy, Anna, jakże się macie? - zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czerwonej chustce na głowie , która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała. - Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił? - Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów, się chowa i coś niecoś bałykuje. - No, zostańcie z Bogiem. - Panu Bogu oddajem. I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi, przy topolami wysadzonej drodze. Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie, kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki. - Lepszego to i na całym świecie nie znaleźć - zaczęła któraś z kobiet. - Juści, chciały go też zabrać do miasta... żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, to byśwa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! - mówiła Anna wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na rozkopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin. Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wyprostował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego przed nimi i znowu kopał, wybierał z szarej ziemi żółte ziemniaki i rzucał do kosza, przed się stojącego. Ludzi. było kilkanaścioro, przeważnie starych kobiet i komorników, a za nimi bieliły się dwa krzyżaki, u których w płachtach leżały dzieci raz w raz popłakując. - A tak i stara poszła we świat - zaczęła Jagustynka - Kto? - spytała Anna podnosząc się. - A stara Agata. - Na żebry... - Juści, że na żebry! Hale! nie na słodkości, ino na żebry. Obrobiła krewniaków, wysłużyła się im bez lato, to już ją puściły na wolny dech. - Wróci na zwiesnę, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza coś niecoś; zaraz ją będą miłowały, każą spać w łóżku, pod pierzyną, robić nie dadzą, coby se wypoczena. A wujna, a ciotka jej mówią, póki tego ostatniego szelążka od niej nie wyciągną... A jesienią to już la niej miejsca nie ma w sieni ani we chliwie. Scierwy, psie krewniaki i zapowietrzone - wybuchała Jagustynka i taki gniew ją przejął, że stara jej twarz posiniała. - Biednemu to zawsze na ten przykład wiatr w oczy dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą. - Kopta no, ludzie, kopta - popędzała Anna nierada tokowi rozmowy. Jagustynka, że to długo nie mogła bez gadania, to spojrzała na siejącego i rzekła: - Te Paczesie to stare chłopy, że jaże im już kłaki na łbach puszczają... - Ale kawalery zawdy - rzekła insza kobieta. - A tyle dziewuch się starzeje albo i służby szukać idzie... - Przeciech, a one mają cały półwłóczek i jeszeze łączkę za młynem. - Juści, abo to im matka da się żenić... abo to im popuści... - A kto by krowy doił, kto by opierał, kto by kole gospodarstwa abo i śwyń chodził... - Obrządzają se matulę i Jagusię, bo jakże, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata. - I patrzy ino, kogo by puścić pod pierzynę, któren aby mocny! - dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka. - Józek Banachów posyłał z wódką - nie chciała. - Cie... dziedziczka zapowietrzona. - A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi! - Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom to chto mleko odebrał, co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała, to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus! - I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą... - A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali - dodała znowu Jagustynka. - Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec...i zniżając głos do szeptu, a patrząc z ukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom: - A pono pierwszy do obrony to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies.:. - Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! to by już grzech i obraza boska była... - szeptały do siebie kopiąc i nie podnosząc głów. - A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają. - A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi... , - A bo to co robi, ino żre a wysypia się, to nie ma urodna być... Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę. A potem już z rzadka pogadywały to o tym, to o owym aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem bieży Józka Borynianka. , Jakoż i ta nadbiegała zziajana i już z daleka krzyczała: - Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało. - Jezus Maria, a której?... - A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę..- - Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej...-zawołała z ulgą Anna. - Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza, a ryczy, że loboga! - Ojca to nie ma? - Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło. - Duchem ci lecę, w to oczymgnienie. Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała do cna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem. A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się z wolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał. Słońce już się przetaczało na zachód i jakby rozżarzone biegiem szalonym czerwieniło się kołem ogromnym i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął bruzdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i z wolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów. Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichym, omroczonym powietrzu. Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański spiżowym świergotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki. Ze śpiewami a pokrzykami wesołymi spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tyłko raz w raz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste. Owce pobekiwały tu i ówdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu. - Ale szkoda, ta graniasta to sielna krowa. - I..: nie na biedaka trafiło. - A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje. - Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito. - A bo to Hanka nie gospodyni? - La siebie... jakby na komornym u ojca siedzą, tu juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje. - A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi? -Hale, abo to Boryna nie mógłby gront oddać Antkowi, co? - A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście. Wawrzku, a do cna jeszcze głupi - zaczęła żywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupi by był, żeby dzieciom zapisywał. - Hale, krzepki to juści, że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków. - Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł. - Już dwie żony pochował. - Niech se pochowa i trzecią, Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom, póki żyw, nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycugi że na wyrobek by chodził, z głodu by zdychał abo i na żebry, po proszonym szedł. Oddaj ino, co masz, dzieciom - to ci oddadzą; rychtyk ci tego starczy na sznureczek abo i na ten kamień do szyi... - Ludzie, a to czas do domu, mroczeje. - Czas, czas! Słońce już zaszło. Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego miedzą, pogadując coś niecoś,a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała. A równo z nimi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem: Aj, nie chodź kiele woza, Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby,- - Cie, głupia, wrzeszczy, kiejby ją kto ze skóry obdzierał ROZDZIAŁ 2 Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono-białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu. Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta. Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie. - Granula, biedoto, granula! - wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym. A kobiety radziły raz w raz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką - insza znowu wołała, żeby krew puścić-ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki. - A może by Ambroży co poradził? - zaproponowała któraś. - Prawda, na chorobach on jest znający - zawtórowali. Bieżyj no, Józia! Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele Laboga, a jak ociec nadjadą będzie to pomstowanie, będzie. - A przeciech my niczego niewinowate! -narzekała płaczliwie. A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała. W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą. Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takąż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową. Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał. - Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta. - A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta - i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! - zawołała Józia. Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterie pod brzuchem - ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno czarna, spieniona. Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu. - Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza - rzekł uroczyście Ambroży. - Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. - Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia. - Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami. - Ociec z Antkiem! - krzyknęła Józka i wybiegł na drogę naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzam zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie. - Tatulu, a to... graniasta już zdycha - wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę. - Nie pleć byle czego po próżnicy - mruknął podcinając konie. - Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik...Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał... - Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie! - rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem. Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna, strwożona. - Zmarnowali mi bydlę!... - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek... - Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu- tłumaczyła się cicho Hanka. - A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł! Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała - Nie ma co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł w końcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania... Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętym gardłem, grzebiąc ino nogami... Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce. - Nie bucz, głupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni. - Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce. - A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków'. - Trzeba dzisiaj zwieźć. - Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią. - Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. - Deszcz ano być może. Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopę i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata. - Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał. Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby. - Hanka, a daj no jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę. Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony na przestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę. Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek ż pastuchem sypiali przy koniach. W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca. Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął ż małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz. Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, w poprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwsze izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu. A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok. - Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna jak przetak wielkiego. - Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił. - Ścierwy, zmarnowali mi bydlę. - Przecięch, tylo krowa, to się złachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło. - Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich. - Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił... - Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic. - Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali. - Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić - będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny... Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko by się z pacierz przedrzymać. Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw - bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł. Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gębul. Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole. - Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę-prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego skląć abo i zbić z leda powodu. Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać, ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami. - Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku. Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie. - Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza. - Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko. - Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. - Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. - Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: - Józia, a gospodarz źli?... - O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. - Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał. Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. - Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam... - Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. . - Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo... - Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj! - Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować... - Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. - Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co? - A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie. - Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. - A czegój? - odkrzyknęła. - Chodzi ino. - Kiej dojem krowy. - Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj tego znajdka co? - Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. - Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. - Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz w raz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały... Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę. Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało... Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi... A teraz co?... Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze... Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito... - Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę... Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam... - Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos. - Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. - Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko. - Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami... - Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. - Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. - Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. - Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy. - Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. - Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. - Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?... - A juści, żeście to rozeznali?... no, no. - Po głosie ino, po gadaniu. - Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem? - Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. - Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. - Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. - A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa. - Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: - Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... - Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. - Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę... - Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie... I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. - Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. - Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł... - Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie... - Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. - Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. - To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco. - A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa... - Ona powieda, że ten dzieciak to... - W imię Ojca i Syna! Wściekła się czy co? - Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! - Wójtowie poczęli się śmiać. - Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! - szeptał dziad. -Cygani jak ten pies, anim ją tknął.Jeszcze by ,taki tłumok....taka pode płotem zdychała a skamlała, coby ją za samą warzę a kąt do spania wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: "Weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować? będzie swoja pod ręką..." Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. Ale nieboszka pedo: "Nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie, zawżdy coś uścibie". No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w spółce, to już różnie gadali... - Ona skarży na was. - Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego! - Ale do sądu trza wam iść. - Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi - ale zapłaciłem, na co świadków mam. A pyskacz zapowietrzony, a dzidówka! Laboga tyle umartwienia, że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty nie pokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec. - U wdowca to kiej między wilkami owca - powiedział znowu dziad. . - O krowiem słyszał, mówili mi już na polu... - To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta złotych wartała, żegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał... Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu. Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a w końcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę, mrugnął na żonę i powiedział: - Bobyście się, Macieju, ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować. - Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła... - Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko - dodała wójtowa i jęła sprzątać ze stołu. - Dobra żona głowy mężowej korona - dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim postawiła wójtowa. Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło. Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy ż nią lepiej niźli samemu biedować... - Która i głupia jest, i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca, która paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawżdy chłopu z nią lepiej i wygoda - ciągnął dziad, pojadając. - Dopiero by na wsi wydziwiali - powiedział Boryna - Hale - ludzie warna zwrócą krowę abo i co poradzą. abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą - zagadała gorąco wójtowa. - Abo i ciepłą pierzynę narządzą - zaśmiał się wójt. A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca. - Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa... - A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze. - A cóż to Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi? - Kto by ta miał dobra a i grontu dosyć - zaoponował dziad. - Ni, Grzegorzowa nie la nich - podjął wójt - za mdła i młódka to jeszcze. - A Jędrkowa Kasia? - wyliczała dalej wójtowa. - Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką - Jest ci jeszcze Stachowa Weronka. - Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze. - A wdowa po Tomku, jakże to jej?... całkiem jeszcze do żeniaczki... - Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku - A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?... - I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego. - Jest ci jeszcze, jest tego nasienia panowego, ale ino wybieram takie, co by pasowały la Macieja. - A zabaczyłaś o jednej, co by była la nich w sam raz. - Którna?.... - A Jagna Dominikowa? - Prawda, całkiem o niej przepomniałam. - Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gębie, a urodna kiej jałowica. - Jagna - powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania - a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków. - Ale, był to kto przy tym, to wie! Pleciuchy pletą, byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość - broniła mocno wójtowa - Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. Ale trza mi iść - poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy. - Na którą to w sądzie? - zapytał spokojnie. - Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty. - I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę. - Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki i jeszcze przed Godami sprawim wesele... Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł. - Jak stary młódkę bierze, diabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie - rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski. Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był, a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przydeptuje Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i ówdzie spoza drzew mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać. Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się w dół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu - wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowym. Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może aby przejść koło domu Jagny? a może aby zebrać nieco myśli i pomedytować. - Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. - Splunął. - Sielna kobieta!- Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów gorąc był silny. - A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać - myślał - a duża jucha i kiej malowana. - A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony? Tyle obleczenia po nieboszce jest - przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż, mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich, a mają piętnaście morgów, to niby na Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, żyto, widzi mi się, posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści pieć bez mała! Karwas pola!... Zatarł ręce i poprawił pasa. - To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a procentami, a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju, a uprawił i pszenicy posiał na całym kawale; konia by trzeba przykupić, a i po granuli krowinę jaką... Prawda, krowę by dostać dostała... I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji. A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył, coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć. - Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! - pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia. Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... - nie skończył, bo stanął przed chałupą Jagny. Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez kierz georginiowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę. Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę. Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę; stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała; w koszuli była tylko i z podwiniętymi do ramion rękawami -- podskubywała gęś. - Urodna jucha, to urodna! - myślał. Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami, że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami, że gęś jeno pogęgiwała z cicha a boleśnie, i odpowiadały jej inne gdzieś z sieni czy z podwórza. - Piękna kobieta - pomyślał i odszedł śpiesznie, bo mu uderzyło do głowy, aż się podrapał, zapiął pętlę i pasa przyciągnął. Już był w swoich wrotach i wchodził w opłotki, gdy się obejrzał na jej dom, bo rychtyk stał naprzeciw, tylo że po tamtej stronie wody. Ktoś akuratnie wychodził, bo przez drzwi uchylone lunęła struga światła i jak błyska wica zamigotała i padła aż na staw, potem czyjeś mocne stąpania zadudniły, i rozległ się chlupot wody nabieranej, a w końcu wskroś ciemni i mgieł, co się były zwlekały z łąk, śpiew się ozwał przyciszony: Ja za wodą, ty za wodą, Jakże ja ci buzi podom?... Podam ci ją na listeczku, A naści-że, kochaneczku... Słuchał długo, ale głos rychło przepadł i światła wkrótce pogasły. Na niebo wtaczał się zza lasów księżyc w pełni i rozsrebrzał czuby drzew, i siał przez gałęzie światło na staw, i zaglądał w okna chat, co mu były naprzeciw. Psi nawet pomilkli, cichość niezgłębiona objęła wieś całą i stworzenie wszelkie. Boryna obszedł podwórze, zajrzał do koni, parskały i gryzły obroki; wsadził głowę do obory, bo drzwi dla gorąca stały otworem. Krowy leżały przeżuwając a postękując, jako to jest zwyczajnie u bydlątek. Przywarł wrota do stodoły. Zdjąwszy kapelusz, szedł do izby i mówił półgłosem pacierz. A że spali już wszyscy, rozzuł się po cichu i zaraz legł spać. Ale zasnąć nie mógł, to pierzyna go parzyła, że nogi spod niej wysuwał, to mu po głowie chodziły sprawy różne, a turbacje, a pomyślenia... to mu brzuch ano ciężył srodze, że postękiwał i mruczał. - Zawżdy mówię, że zsiadłe mleko ino rozpiera brzucho, coby na noc nie dawać... A potem jął myśleć o Jagnie; jak by to dobrze było, bo i urodna, i gospodarna, i tyle pola... To znowu przypominał sobie dzieci, to te gadania na Jagnę, że mąciło się w nim wszelakie rozeznanie, i już nie wiedział, co począć, że uniósł się nieco, i jak to było zwyczajnie, chciało mu się du drugiego łóżka zawołać i poradzić: - Maryś ! Żenić się czy to się nie żenić z Jagną?... Ale w czas sobie przypomniał, że Maryś już od zwiesny na cmentarzu, a tam se śpi Józka i chrapie, a on jest sierotą, która poradzić się nikogo nie ma; to ino westchnął ciężko, przeżegnał się i jął mówić zdrowaśki za nieboszczkę i wszystkie dusze w czyśćcu ostające. ROZDZIAŁ 3 Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowym obejściu. Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię -szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych - przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął: - Zaraz, Kuba, zaraz! - i przytulał się do legowiska. - Pośpij se zdziebko, biedoto, pośpij! - Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze. Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się z wolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały w górę podartymi szmatami. Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czymściś do budy, koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej. - Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek. - I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy: - Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele ! A że robotny był, to się zajął obrządkiem - wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożyl im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno: - Żrej, stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny. -...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się, ściółka letka, nie zgonię cię... - A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między des


Gocha 2002-12-24 02:10:31
Zgadzam się z Wujkiem dobra rada, że Kult nadal żyje, ale poszukuje czegoś nowego.Ja właśnie uważam płytkę za cool, choć fanką Kultu i Pana Kazika jestem wcale nie od dawna!Wystarczy posłuchać "Uwiąd..", czy "Ogrodzenia"...


Randall 2002-12-24 15:53:10
Salon to dobra płyta, ale zadużo tu zabawy , za mało poważnych tekstów i melodii, album jest o wiele bardziej "popaprany" w stosunku do poprzedniego i choć jest dobry , to po Kulcie mozna by sie spodziewac lepszych tekstow (np. o politykach)


vasco 2002-12-26 13:46:39
mam nadzieję, że kult powróci do tekstów z 45-89 czy klimatów ze Spokojnie. Wszystkiego dobrego


xx 2002-12-27 15:03:55
Były lepsze płyty. Najbardziej podoba mi się Brooklyńska Rada Żydów


josef 2002-12-27 15:09:48
kurfa sajepisda ta płytka


qwa 2002-12-27 15:14:45
Wg. mnie Towarzysz to pojeb do sześcianu. Umyj sobie dupę szanowny Towaryszu


coś tam 2002-12-30 12:31:55
płyta jest ciekawa dużo gitary, co lubię. Teksty równiez ciekawe. Ogólnie na 5.


witchkiller 2003-01-07 18:59:40
Super płyta. Nawiązuje do starego Kultu, a jakościowo jest całkiem niedaleko do "Spokojnie". Na pewno bije na łeb "Ostateczny Krach"


kicor 2003-01-15 14:09:57
plytka taka sobie kazelot nagrywal lepsze


froyd 2003-01-15 14:24:26
płyta jakkolwiek byt zespołu przedłuza,w pełni piękną nie jest,aczkolwiek przychylność mą zyskała.


kultoman 2003-01-18 09:31:41
Dla mnie wszystko co kultu jest The Best...


PIWOSZ I GRUBY 2003-01-24 13:59:07
TA PŁYTA JEST NIEPOWTARZALNA JAK KAŻDA JNNA KAZIK JEST NAJLEPRZYM WOKALISTOM


Wituś 2003-01-25 19:20:27
zabujcza KULT the Best


art p 2003-01-28 10:28:09
kurde towarzyszu przegieliscie .stwierdzam ze twoje reperkusje sa nieadekwatne do moich przekonan i w sposob dyscharmoniczny kontrastuja z moja rzeczywistoscia.tyle .spasiba


Devil ]:) 2003-01-30 12:11:47
Słucham Kultu w sumie od niedawna (w porównaniu do niektórych gości tej strony, bo „raptem” trzy lata). Brakuje mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo Kult uwielbiam, jak bardzo texty do mnie przemawiają i jak często pomagają mi opowiedzieć to, co myślę. W Gazecie Wyborczej napisano kiedyś, że Kazik to poeta – w pełni się z tym zgadzam. Ale co tu dużo mówić w poważnym języku „krytyków”... Kurwa, to najbardziej zajebista kapela w galaktyce!!!!!!!!!!!!!!!!!! Sam „Salon” jest całkiem spoko (najbardziej wyjechany kawałek: Najbardziej chciany bandyta w Polsce), ale chyba oczywistym jest, że najbardziej zakochałam się w starych kawałkach, a które to, nie będę wymieniać, bo mi się skończy ramka do wpisywania komentarza... :)


gitfunfel 2003-02-03 14:55:20
tego idiote z opowiadaniem webmaster wypier***lby stad . A jesli chodzi o plyte to Forum internetowe i Ogrodzenie to jest to .


art p 2003-02-07 10:12:32
na wschodzie anarchia na zachodzie anarchia system sie wali i pali


rozwal 2003-02-10 17:18:03
Heh, czytajac chocby czesc z komentow mozna dojsc do wniosku ze kazdy ma inne ulubione kawalki na tej plycie. Czyli ze jest duzo bardzo dobrych piosenek ktore mozna bardzo polubic, ale brakuje tej jednej najlepszej. Mi osoboscie najbardziej sie podoba "cielec" i "amulet"...


Gwahlur 2003-02-13 16:44:32
No cóż,średnia...


minus 2003-02-13 19:03:15
Hmmm właśnie słucham płyty i im dłużej jej słucham tym bardziej mi się podoba. Słucham kultu od dosc dawna pomimo mego mlodego wieku. Koncert promujacy plytke byl swietny pomimo kilku wad np. sali (torwar to jednak nie to). Zgadzam sie z ktoryms z przedmowcow ze skoro kazdemu podoba sie inny kawalek to znaczy ze plyta ist gut. Me typy to najbardziej chciany bandyta w polsce, pelniej i dla twojej milosci. Reasumujac plyta bardzo dobra jak inne ale nie jest to moja ulubiona.


GOGO 2003-02-14 21:20:10
Witchkiller chyba trochę przesadził. Ta płyta w ogóle nie ma żadnych podobieństw do tych najstarszych


Kozak 2003-02-26 14:53:17
Jedna z lepszych,ale nie NAJlepsza. Może następna będzie lepsza


SymPiotKom 2003-02-28 09:15:56
I Pan wtedy powiedział: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam taka sobie płyta Kultu, albowiem parę utwrów jest haraszo, a nawet very haraszo ( tu m.in. "Twójmój czas", mam podobne zdanie na owy temat), ale pozostałe średnie tylko. Nie znacie dnia, ani godziny nie znacie, gdy zesłana zostanie kolejna płyta..." Kiedyż, ach kiedyż...


misiek 2003-03-08 16:18:55
płytka nie...do w.......a


Iskierka 2003-03-10 13:39:01
Salon Recreativo - to jest najlepsza płytka KULTU !! moja ulubiona!!! są na niej świetne kawałki!!!! Prawdziwy przebój...


Iskierka 2003-03-10 13:44:47
Acha zapomniałabym...wypier****cie tego pajaca z opowiadaniem!!!


Konrad 2003-03-13 23:46:32
sen Bruna S. jest niesamowity, konkretnie wstęp jest sporo niesamowitych dźwięków przypominających Spokojnie


Kamilus 2003-03-16 00:30:59
do tej pory były to swojego rodzaju metafizyczne pyknięcie w sam środek czachy, ale ta płyta muzycznie pozytywnie mnie zgwałciła, ale teksty są mówiąc(pisząc) wprost takie, nie "kultowe" i chociarz zmiany są potrzebne to tu przydała by się jakaś insza metamorfoza


eye 2003-03-20 22:14:45
To tylko sen .. to tylko sen .. lecz czemu śni mi się w dzień ??? ;]


RamZeS 2003-03-21 14:10:34
Kult to wszystko czego prabgnę!!! Nie ma lepszego zespołu niż KULT


ŚMIEĆ 2003-03-22 21:08:51
OBLECI ... nie wiem czemu ale zalatuje mi komercja kilka kawalkow jest spoko ale to wszystko licze na szybka poprawe:) zamiast dwoch plyt nagrajcie jedna ale porzadna. ZDROWKA ZYCZE !!!


kaovietz 2003-03-24 17:29:43
Hehe!Nie ma jak wypowiedzieć się o płytce pótorej roku po jej wydaniu:-)Ale tak jak ktoś napisał-Kult jest jak wino.Moim zdaniem kompletny odlot!!!Nie mnie muzykę oceniać,mą rolą jej słuchać.


Suchy 2003-03-26 19:02:17
płytka jest super. Muza jest świetna piosenki też.Zajebista.


halski 2003-03-31 08:20:28
kaovietz-ty idioto jak możesz zarzucaćkazikowi komercjie ty ścierwo !!!!jakie dwie płyty dróga nie jest dróga tylko zawiera inne aranrzajie i takie tam pacanie


Zdzisiu 2003-04-07 09:56:53
to już nie jest ten sam Kazik z czasów garażówy i kultu... ale cały czas Kazik btw. ciekawa strona, proponuje zamieścić pana wołodyjowskiego %-)


Heinz Kultowy 2003-04-07 11:48:39
Hmm jakby to określić... Bardzo "luzująca" płyta, jak chcę się odprężyć to pasuje w sam raz... Nie jest to może ulubiona płyta "Kultu", ale bardzo mi się podoba. Dodatkowy plus to te przeróbki na drugiej płycie - nowe "Radio Tirana" wymiata! Ulubione me kawałki: "Brooklyńska Rada Żydów" (fajny ten koleś w Stahlhelmie na teledysku), "Henryk Wujek", "Sen Bruna S." (baaardzo klimatyczny) und last but not least (the best but not the beast ?) "Ze mną się bracie nie napijesz? " (i tak będę pił jabole, a trawy nie tknę - WPWW!). Podsumowując: dobra rzemieślnicza robota.


norbert 2003-04-19 17:25:17
Wnętrze okładki jest niejanlepsze, ale zato piosenki są super


Łysy 2003-04-21 13:19:36
osobiscie?? najgorsza płyta kultu jaka do tej pory wyszła-a mam wszystkie.


wroobel 2003-04-21 23:42:53
cóż kult sie skończył , ostatnia płytą powinna być "oststeczni krach..." pamietalibyśmy ze jest to fajny zespół , a tak ... no coz , powodzenia panie Kazimierzu


lolex 2003-04-26 02:58:50
Kazimierz Staszewski- John Lennon znad Wisły.TYLKO NA BOGA-NIE STRZELAĆ!!!!


Krzyk 2003-04-28 19:56:07
Jak dla mnie super.Czekam na następną tak dobrą płytę.


eNOTe 2003-04-30 10:32:31
A mnie się ta płyta też podoba. I już.


nie wiem jak se dac na pseudo 2003-05-04 13:00:15
moim zdaniem płytka az taka zajebista to nie jest spodziewałem sie czegoś troszke innego zdecydowanie wole KULT z pokojnie taty czy nawt ostatecznego ale przejdzie moja ocena koncowa to najwyzej 4.5 ale kazdy woli co innego PS nie moge sie doczekac kolejnej KULTowej płyty


pavveu 2003-05-07 14:47:45
dzis powiesił sie baranina o którym kazik zaśpiewał na tej płycie w .. najbardziej chciany.. Czekam na kolejną płytę


ctomek 2003-05-10 22:30:27
Bardzo dobra ,ma swoj klimat.Z pewnoscia bylaby najlepsza plyta KULTU gdyby nie ta produkcja.Chlopaki pozalowali kapusty na Wojtka Przybylskiego.


towarzysz 2003-05-11 18:01:57
co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??co ??co ?? co ??


kiurczynski 2003-05-11 18:26:54
Kazik to bardzo płodny artysta w to chyba nikt nie wątpi. Przykładem na potwierdzenie moich słów jest właśnie "Salon Recreativo". Z owego krążka dało by się wykroić około trzech płyt. Myślę, że tutaj jest pies pogrzebany. Mnogość kompozycji sprawia, iż płyta się rozmyła, nie ma wyraźnej kompozycji i na dłuższą metę nuży. Kult nie zatracił umiejętności pisania pięknych piosenek jednak dobrze by było aby troszkę pomyśleli nad ich spójnością bo na "Salonie..." im to nie wyszło. Mam nadzieję, że na następnej płycie nie będzie więcej jak 12 (bardzo dobrych, w co nie wątpie) utworów. Trzymam kciuki.


świergot 2003-05-12 14:48:55
uważam, że ta płyta jest absolutnie wspaniała.Kaziku!!!!!!!!dzięki wielkie za Piotra Pielgrzyma!jest genialny!kult to jedyny w Polsce niekompromitujący zespół rockowy i ja go kocham. ps. a ten debil z tekstem na 100 stron to skąd tu się wziął?


Estelli 2003-05-13 15:25:20
kocham "spokojnie" i "krach" ale "szlon" też ma kilka dobryh kawałków.


Wesoly swir 2003-05-14 23:31:35
ta plyta jest bardzo dobra, tylko strasznie polozyli ja przes slabe zgranie, czesto kazika glos byl slabo slyszalny- a tak nie powinno byc przeciez tam zajebiste kawalki sa tylko troche brzminie poprawic- a rada zydow t ow ogole mozna odjechac na maxa!!!!!!!!!!!


Krzyk 2003-05-15 21:34:59
Najlepsza płyta Kultu. Oby tak dalej


PawelG 2003-05-16 15:06:14
Ja kupię jak usłysze(np.pożyczę). a że równa się z TAN, Spokojnie, Posłuchaj... NIE-WIE-RZĘ-I-JUŻ!


masztownik 2003-05-20 13:22:24
Płytka dobra, przesłuchuje 4 raz i jestem zadowolony z niej... Wódka rulez :)


pinki 2003-05-22 16:12:23
Janku masz nasrane że czepiasz się dziewczynki 9 letniej a poza tym metal hammer i tylko rock to też komercha


SymPiotKom 2003-05-30 09:40:20
Towarzysz powinien otrzymać pouczenie. Przez te jego teksty muszę się cholera męczyć z przewijaniem. Obywatelu odpocznijcie.


Kudlaty 2003-05-30 10:14:09
przeciesz nie wszystko co tworzy Kazik musi byc dobre i skoro ktos twierdzi ze jest takowa plyta niezbyt dobra nalezy jego zdanie rowniesz szanowac na rowni z tym co chwali artysta tez potrzebuje potroszy slow krytyki szalom


jasiek 2003-05-30 22:52:24
ja pierdole jak mozna tak chwalic cos takiego? moim zdaniem to najgorsza plyta kultu.te wersje konsumenta,radia tirany i generala fereiry sa bardzo ale to bardzo zjebane w porownaniu do orinalnych pierwotnych,choc jest pare fajnych kawalkow(brooklynska rada zydow,najbardziej chciany bandyta w polsce,henryk wujek,wodka,zlodzieje w wejherowie czy artysci niezalezni)ale ta plyta wogle sie nie mkoze rownacz takimi jak kult,posluchaj to do ciebie,spokojnie czy oba taty kazika.


Krzyk 2003-05-31 10:18:00
Nie zgadzam się.


jasiek 2003-05-31 23:47:00
jak nie jak tak???


Kudlaty 2003-06-01 00:42:10
nie nie jeszcze raz nie Panie Kazimierzu to jest totalny szajs jesli moge tak mowic bez obawy na atak naparty na mnie ??????


PAŁA 2003-06-03 15:29:49
jeśli wam ta płyta się nie podoba, to po co ją kupiliście? Przecież w większości sklepów można tego posłuchać!!!!!1 więc przestańcie pieprzyć i zaśpiewajcie lepiej !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!%2


Kudlaty 2003-06-05 09:32:59
do Pala no ja jej nie kupilem tylko pozyczylem i po przesluchaniu stwierdzilem ze jest to najgorsza plyta Kultu niestety znalazly sie przyslowiowe "zapychacze" czego mozna bylo uniknac a wtedy napewno mozny by ja pozytywniej odebrac


and 2003-06-05 20:34:11
Do Kudlatego!!! Powiedz mi kolego w jakijm przysłowiu jest mowa o "zapychaczach"???czekam rychłej odpowiedzi!!!


ROBERTOS 2003-06-09 10:21:03
Dla twojej miłości,zapisał bym się do solidarności


safio 2003-06-12 11:49:49
płyta jest dobra choć to nie to co "starocie" to kult dalej umie robić dobrą muzykę pozdrowienia dla fanów kutu :))


alez 2003-06-13 17:18:36
mam pytanie, ktore tu z lekka nie pasuje.. ale nie chce forum zasmiecac. w jaki byl powod smierci Andrzeja Szymanczaka?


GOGO 2003-06-15 21:46:18
Zginął chyba w wypadku samochodowym


Mat z Wroc 2003-06-18 12:23:34
A ja głupi myślałem , że Kazik się nigdy nie sprzeda .Kaziu czemu ty nam to robisz ?


KULTuralna 2003-06-22 12:38:11
Plyta jak kazde inne...zajebista!!! Naj...jest wedlug mnie ,,PEŁNIEJ,, i napewno nie ma takiej mocy ktora powstrzymala by mnie przed ogloszeniem calemu swiatu : KAZIK JEST THE BEST!!!!


Aneta 2003-06-26 13:14:03
War gar nicht so einfach an die Platte zu gelangen! Hab sie aber doch ergattert! JUHUU Find sie schon ziemlich klasse! Macht Spass reinzuhören, verleiht mir Heimatfeeling! ..." Das ist der Tisch und das ist das Fenster, meine Freundin Frida hat einen Neuen!!:)"


Kudlaty 2003-06-27 18:04:32
TY BARANIE ANDRZEJ SZYMANCZAK PSEUDO SZCZOTA NEI ZGINAL W WYPADKU TYLKO PRZEDAWKOWAL DLA TWEJ NIESWIADOMOSCI


ctomek do Mat z Wroca 2003-06-27 20:28:35
Drogi kolego Kazik jak i inni artysci sprzedaje sie w momencie kiedy kupujesz jego plyte. Przestan pieprzyc


snf 2003-06-29 18:42:41
najbardziej chyba lubię okolice wódczanej płyty.pozdrowienia dla kuzyna zdunasa oraz drugiego kuzyna irka.no i grudy


kiurczynski 2003-07-09 10:31:45
Wypieprzcie te dlugasne teksty bo przedzieranie sie przez nie to masakra. Chyba to nie tylko moj problem, co?


pumpkin 2003-07-10 21:38:27
najlepiej wypadły nowe wersje "TANIEC WIELKI" i "RADIO TIRANA"


woyt 2003-07-23 11:42:41
widzę, że komentarze bardzo zróżnicowane. Uważam, że płyta jest bardzo dobra. Trzeba jej posłuchać conajmniej kilka razy aby to stwierdzić. przestrzegam przed pochopnym wystawianiem opinii.


krytyk r-m 2003-07-28 13:43:31
nie zgadzam się z pacjentami piszącymi że ta płyta to gówno.Płytka jest inna trochę od tego co było wcześniej, bardziej lightowa, ale ogółem przujmuje się.


QW 2003-07-28 13:46:37
QWQW


BOBER 2003-07-28 20:55:01
PŁYTA NIEEZŁA, NAJLEPIEJ JEDNAK SŁUCHA SIĘ KULT NA ŻYWO NP. STRASZNY DWÓR KATOWICE,CZY JUWENALIA LIGOTA TO JEST CZAD...A NAJLEPSZY UTWÓR PŁYTY- DLA TWOJEJ MIŁOŚCI


Zachar 2003-07-29 01:20:54
hmm...KULTU słucham od 10 lat i z przykroscia musze stwierdzic ze czegos tej plycie brakuje,zaryzykowałbym ze klimatu,muzyka jest za"głośna" teksty sa dobre(jak zwykle) ale plyta ogolnie troche monotonna i nie chetnie do niej wracam a szkoda(muza byla robiona podobno pod dyktando banana-to naprawde genialny muzyk,jego waltornia wnosi do zespołu to cos czego nie maja inne,ale chyba troche przesadził z ta plyta)brakuje tez szczoty ktory widział ze perkusja nie jest po to aby w nią napier...tylko po to aby nadac piosence swoj nalezyty tor...ale Kultu słuchałem,słucham i na pewno będe...pozdrawiam wszystkich


Zachar 2003-07-29 01:24:29
bezposrednia smiercia Andrzeja "szczoty" bylo udławienie sie guma do zucia(posrednio spowodowane przez zazycie narkotyku...a kto nie wierzy to odsyłam kur...do ksiazki


GRuB 2003-08-01 10:10:16
Towarzyszu. Spocznij. Nikt do cholery nie chce czytać twoich wypocin.


tyrytyry 2003-08-05 19:28:28
coz, uwielbiam kult i z przykroscia napisac musze ze plyta ta mnie zawiodla - nie umywa sie zupelnie do "krachu", utwory sprawiaja wrazenie wariacji na temat jednego utworu ( te utwory po prostu sa do siebie podobne ). cover cockera to tez porazka - ni on smieszny, ni zachwycajacy ( oryginal ). ja wiem ze ta plyta to antidotum na eklektyzm "krachu" ale przez ten "powrot do korzeni" grupa wlasny ogon zre. tyle. szacunek&pozdrowienia


szaman 2003-08-06 00:04:50
Dla mnie to jedna z najlepszych płyt Kultu. To nic, ze nie wszystkim sie podoba. Dobrze, ze sie ukazala. Ma swoj klimat i dobra piosenki - a to najwazniejsze.


Marga 2003-08-07 16:32:56
Zgadzam się z szamanem!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


sikskiller 2003-08-07 17:46:38
towarzysz kto ty kurwa jestes?? co? pisz do TINY albo CLAUDI a nie tu popaprancu jeden !!!


ctomek do tyrytyry 2003-08-07 23:15:19
To jest cover Beatlesów jak już....


Kula 2003-08-09 11:12:04
Nie to co Spokojnie, Muj Wydafca czy Ostateczny krach..., ale ogolnie dosyc fajna. Uwiąd starczy jest bardzo dobry, Brooklinska rada zydow tez niezla


muchomorek 2003-09-07 10:27:55
ta płyta niejest najlepsza ale dobra na pewno, dla mnie nie ma tam złej piosenki, tylko niektóre są średnie


zx 2003-09-10 12:56:04
myslałem ze "Generał Fereira" to o wiele wiele starszy kawałek i był umieszczony na płycie 45-89 przynajmniej ja miałem chyba taka kasete. Kiedys kupiłem we Wrocku.


BLESZ :) 2003-09-14 23:49:32
no dLa mnie ta płyta czyli salon recreativo jets dość spox zajebista a te twa jawałki czyli brookilińska rada żydów i forum internetowe są zajebiste bo to ta te kawałki które mis sie najbardziej podobają no nie mówie że inne są do bani do wacle tak nie jest tesz są coool :) a co do tych wceśnijszych płyt to tesz były luzik musze sobie załatwić ale nie wiem z kąt płyte kazika spaliaj sie ( nie spalam sie ) to co innego miłej ją kiedyś ale nie wiem co sie z nią stało ??? i chyba trudnoi jest ją dośtać gdzie kolwiek dobra kończe bo sie chyba za bardzo rozpizałem pozdowienie dla wszystkich tych co słuchają KULTu ( joł adam bracie)


Pablo r 2003-09-16 23:48:52
no cóż płytka utrzymana w tonacji jarmarcznej. słuchałem kiedyś, teraz przestałem i nie żałuję. Wolę SPOKOJNIE; MUJ wydafca; . niech ktoś powie co dla niego dobre. nie ma nic lepszego niż CZARNE SŁOŃCA/ tyle


ER 2003-10-01 12:20:23
Naprawdę nie chcę nikogo denerwować, ale ta płyta (podbnie jak "Krach") nie podoba mi się wcale. Brzmienie jakieś kosmiczne a Kazik niesłyszalny.


kazikradek@interia.pl 2003-10-09 18:30:16
Niestety jadna z najgorszych w kazdej piosence zmienia sie styl punk żydowska blues muzyka Ale jak wpadniesz w rytm jednej czy drugiej moze byc ludzie mysle ze kazik jeszcze sie nie zuzył KAZIU NIE PAL TYLE


KudLaty 2003-10-09 23:12:52
generalnie plyta jest hujowa a kazik stal sie jusz niemal jakas wielka korporacja ktora wyprodukowala swoj wlasny znaczek i jesli znajduje sie on na plycie to oznacza ze jest dobry ???? bzdura opamietajcie sie to ze jest to plyta KULTU nie oznacza ze zara musi byc najlepsza dla mnie to hała lepiej wydawac plyty raz na 2, 3 lata niz co pol roku i w dodatku pierdolone zapychacze OPAMIETAJCIE SIĘ


KudLaty 2003-10-09 23:16:13
a ty qrwa pierdolony baranie skończ z tymi zajebanymi referatami po pincet stron bo i tak zaden czlowiek o zdrowych zmyslach tego nie czyta kretynie ty jebany FALUSIE


Krzysio 2003-10-12 15:44:26
Płyta SUPER!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


Doli 2003-10-15 11:26:59
Każdy ma swój gust i przestańcie lizać dupę przytakując wszyscy, że płyta jest po prostu wspaniała. Jest dobra, tak jak każda ma swoje dobre kawałki(Sen Bruna S. Forum Internetowe Henryk Wujek- moje ulubione)ale tak jak każda ma złe strony. Mi nie podobał się kawałek To nie jest wasz dom- nasz on, po prostu nie przypadł mi do gustu. Chwała tym, którzy rozumieją to co słyszą. Czekam na tą jedną jedyną płytę, która pobije wszystkie pierdolone przeboje typu bRITNEY sPEARS.


DaroPolska 2003-10-16 22:32:13
Moim zdaniem cuś pięknego! Konkretne teksty no i kultowy klimat. Czekam na jeszcze...


kicaj 2003-10-17 12:24:54
mi sei tez mniej wiecej ta plytkas podoba, choc byly i lepsze w dyskografi KULTU


TYBUL W. 2003-10-24 17:16:42
IM WIECEJ SŁUCHASZ TYM BARDZIEJ CI SIĘ PODOBA! CZESTO LECI U MNIE W SAMOCHODZIE(POLDKU)


JKL 2003-10-27 11:35:33
CO TO ZA GŁUPEK OD OPOWIADANIA? WYKASOWAĆ TĄ BZDURĘ!!!!!!!


Yesuss 2003-10-27 20:58:25
Płytka jest... ...SPOKO ...jest nawet więcej niż spoko... In maj opinion lepsze jest CD2, a piosenka godna uwagi to AMULET!!!


perzan 2003-10-30 09:16:36
nie ma sensu spierać czy to płyta dobra czy zła - każdy jest inny i każdy ma inne zdanie - a komu się nie podoba niech nie słucha


majster 2003-11-07 16:09:42
możę byc


maxim 2003-11-08 12:31:07
płyta dobra, nie najlepsza ale da sie słuchac. W skali od 1 do 10 to dałbym 6


Jezus 2003-11-09 10:50:06
Hmm kupile plytke juz dawno temu przesluchalem i odlozylem na szafke z niesmaczona mina, po jakims czasie do niej wrocilem i zaczolem sluchac, teraz nie rozstaje sie ona z moim cdromem :) plytka swietna ale trzeba ja poczuc i tyle. Co to ulobionej piosenki eh hm wiele jest fajnych :) pozdrawiam :)


Werona 2003-11-11 21:32:02
Płyta super, swietne piosenki, mogę słuchać na okragło KULTU. Rewelka.


Kuba 2003-11-14 16:43:57
Fajna ale to jest najgorsza płyta Kultu. Mam nadzieję że następna będzie lepsza a sądząc po singlu będzie.


mazzieh 2003-11-18 13:39:28
Towarzysz nie mozna krócej


haha! 2003-12-09 15:14:49
Piotr pielgrzym, Amulet, sen Bruna S., Forum.... Uwielbiam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


boguśka 2003-12-10 20:05:50
Meine mainung nach diese plyta ist sehr sehr gut Ich mag kaziki,knzety,kulty etc etc Und du?ich hoffe,dass du auch:) Ich liebe alle leute auf den ganzen Welt:)


martynka 2003-12-12 20:17:44
płytka spoko ale wcześniejsze były lepsze. ja uwielbiam starsze kawałki. poza tym słuchać KULTu mogę na okrągło. KULT IS THE BEST!! (wywalcie stąd tego kretyna co rąbną to opowiadanko)


piromek 2004-01-03 20:55:05
Cóż moge powiedzieć. Kult zawsze był świetny, jest świetny i mam nadzieje, że bedzie (czego życzę Kazikowi:-) Płyta jest genialna, zarówno pod wzgledem tekstów jak i samej muzyki! Bardzo oryginalna i niepowtarzalna!!! Jednym słowem zajebista.


stichus 2004-01-09 00:01:03
Jak najmniej salonu na koncertach. Czekam na nową płytkę. Zapowiada się nieźle!!!


palacz marihuany 2004-01-24 18:20:14
salon recreativo to KULT-owa płyta


dioda 2004-02-15 13:18:27
kult jest ,był i będzie krulował !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


junak 2004-02-19 19:37:52
Moim zdaniem jedna z gorszych płyt, robiona jakby nieco na siłę. Jednakże są lepsze momenty jak np. Forum internetowe. Z nadzieją jednak czekam na kolejną.


kalafyor 2004-02-20 14:53:14
Tragicznie wymęczona. Po co ten drugi krążek? Po dokładnym wyciśnięciu byłby materiał na niezłą EP-kę, no, ostatecznie przyzwoity LP. Ale dwie płyty? Po co? Żeby zanudzić słuchacza na amen? Wałkowanie nowych wersji, które albo prawie się nie różnią od starych, albo różnią się na minus... Może lepiej byłoby - jak Nine Inch Nails - płytkę, a potem przez kilka lat remixy, remixy, remixy... ;-) Przynajmniej byłaby jasna sytuacja. Ale kilka kawałków fajnych, trzeba przyznać: henryk wujek, forum internetowe, piotr pielrzym... coś się znajdzie :-)


dodo 2004-02-21 00:43:31
'With A Little Help From My Friends' zawodowe! Pozdrawiam wymiataczy ;-)


Igor 2004-02-26 19:00:40
płyta jest jak najbardziej udana(krótko i delikatnie mówiąc) jak dla mnie oby tak dalej; Pozdrawiam jedyny KULT-owy zespół


Anike 2004-03-03 19:38:17
Hmmmm. Płyta stara jak świat, a ja wciąż nie jestem w stanie jej wysłuchać do końca. Beznadziejna produkcja!!! To nie to co "Spokojnie", "Kaseta", "Muj wydafca" czy przed ostatnie płyta.


onyx 2004-03-06 17:55:41
"kazik nie ma potrzeby podnosic wyrzej artystycznej poprzeczki, bo tylko on z polskich artystów umie skakać" nie wiem kto to powiedział ale sie całkowicie z nim zgadzam :)


onyx 2004-03-06 18:01:19
teraz zauważyłem że zrobiłem bład ortograficzny. przepraszam wszystkich urażonych nimniejszym. dla usprawiedliwienai dodam ze mieszkam w berlinie i lepiej mówie niz pisze po polsku.


APATIA 2004-03-08 18:19:13
Mam wszystkie KULTowe płytki-jedne są lepsze,drugie gorsze;)Każdy ma prawo się wypowiedzieć(wolnośc słowa...ekhm...;-))Uwielbiam KULT i Kazika(śnił mi się nawet przez jakiś czas...;-)))POzdrowionka dla zespołu i fanów!!ps.Niech KTOŚ dla mnie zaśpiewa"..tak bardzo bardzo kocham cię..."(też jestem Ania;-))...ahhh kiedy kolejne koncerty???


carlos 2004-04-11 13:36:13
Moim skromnym zdaniem jest to jedna z bardziej dojrzalszych produkcji tej drużyny.Przyznam że po pierwszym odsłuchu nie miałem wyrobionego zdania, po drugim było podobnie, po trzecim cos mi zaświtało w głowie i kolejne razy to juz było to.Wydaje mi sie że kiedy cos jest podane na talerzu i kopie za pierwszym razem tym szybciej gaśnie.Doprawdy nie wiem dlaczego ta płyta bardziej mi odpowiada niz poprzednia, moze dlatego ze jest bardziej spójna,dźwieki jakby bardziej soczyste.Nie chcę silić na jakąś na maxa odjechaną wypowiedź to powiem tylko tyle, że jest inna niż wszystkie i to jest piękne.Nie jest sztuką siedzenie na dupie i powielanie tego co mi kiedys wyszło, to jest oszustwo!Dziękuje Panie Kaziku i cały zespole za podjęcie ryzyka.Czuje ze mnie nie nabieracie.


carlos 2004-04-11 13:50:53
Aha,dodam tylko że niedawno było mi dane przeprowadzić wywiad z Kazikiem (jest na stronie- halsky entertaiment)na potrzeby Uniwersytetu.Facet zaprosił nas do swojego mieszkania jakby nigdy nic, rozmawialismy na temat wyzwań jakie stoją przed muzyką rockową na przełomie wieków.Nie zapomniane przezycie w swej naturalności.


beatka 2004-04-22 11:59:09
płytka świetna (sen, with a ) a Towarzysz to chyba miał wenę, nie?


Anka 2004-05-01 15:16:13
Kult jest spoko


edi 2004-05-17 04:01:37
plyty nie sluchalem :) wiec nie mam nic ciekawego do powiedzenia


marcina't 2004-05-18 19:46:14
zapodawaj tego swojego kazelota kaziu! bo saloon był (...) no cóż nieukrywajmy ... nienajleprzy


Michał 2004-05-19 17:41:26
Płyta jest suuuuuper!!!!Piosenki są zajebiste!!Oby tak Dalej!!!


rusin 2004-05-19 18:13:09
mam wrazenie ze nietkorzy chcieliby zeby Kult gral caly czas tak samo jak w latach osiemdziesiatych/dziewiecdziesiatych. ludzie docencie ze zespol szuka, rozwija sie a nade wszystko tworzy dla was muzyke. a jak sie komus cos nie podoba to niech slucha wybiorczo. pozdrawiam


Reymont 2004-05-23 02:12:03
Nie podobają wam się chłopi


Ania 2004-05-23 08:40:17
Kawałek Piotr Pielgrzym powalił mnie swoim tekstem, Kazik to mistrz zakręconych tekstów !!!!


dzudzitsu szerszen 2004-05-24 18:57:30
Nie wiem, czy to zostało powiedziane na tej stronie, ale SR to również świetna płyta na balety(nie licząc oczywiście obu Tatów). Tutaj wyróżnienie dla "Sen Bruna S." oraz dla "Ze mną się bracie nie napijesz?"


Karolina 2004-06-15 11:06:09
Płyta bardzo żróżnicowana,Na szczególną uwagę zasługuje pełniej i niesamowita wersja tańca wielkiego.Nie ma tu kiepskich piosenek.


gad 2004-06-30 11:10:45
Jak czytam to wszystko to aż mnie skręca! Ten kto pisze, że płytka "Salon Recreativo" jest kiepska to chyba nie rozumie muzyki Kultu. Ta płyta jest naprawdę Kultowa. Moim zdaniem to Kultowi przybyło wielu fanów po płycie "Ostateczny krach systemu korporacji", ale co to za fani... Większość z nich na pewno uwielbia płytę "Revolta" Sweet noise (a pfe komercja).


Krzak 2004-07-01 15:43:19
Ta płyta jest godna uwagi mimo wszystko.I Mi się bardzo podoba bo jest (jak każda płyta Kultu) Aktualna.Tak trzymajcie i dalej koncerty grajcie:D


żyleta 2004-07-02 14:34:37
Jak dla mnie płytka naprawdę ciekawa. I muza i texty są wporządku, więc nie wiem czemu się czepiacie. Fakt, że to nie jest szczyt możliwości zespołu, ale itak jest goooooood :)


żyleta 2004-07-02 14:50:04
Mimo wszystko "Ostateczny Krach..." jest najlepszy!!!


adam 2004-07-02 20:45:03
pewnie nie jest to płyta na miarę 'spokojnie' czy 'taty kazika', ale jest naprawdę bardzo bardzo dobra (z wyjątkiem 'wanilii'; nie wiem, pewnie się nie znam,ale dla mnie ten kawałek jest straszny :> ); szkoda, że na koncertach ostała się już tylko 'rada żydów'(ale za to wychodzi na żywo genialnie); a gdzie 'najbardziej chciany bandyta', 'ze mną się...' albo 'amulet'? świetne piosenki, panowie.


justyna lusia 2004-07-14 22:15:39
ja bardzo lubie konie jerzdze na nich od dziedzka mam własnego konia ale dzikuske ale spokojna ma na imie iskraja spadłam z niej jurz tszy razy ale nie daje za wygranom jej. Bardzo o niom dbam a ona o mnie bardzo sie lubimy.


K2ziki 2004-07-18 14:30:39
ej a na jakiej blycie jest jakas piosenka o gazdzie i afryka nie pokona ameryki itd BLAGAM POMOZCIE


remi 2004-07-19 14:06:34
co ja tu robie


fucker 2004-07-22 12:37:14
kilka piosenek zajebistych ale widać że pan KAZIMIERZ Z ZESPOLEM już nie mają sił na więcej- troche chcą zarobić kasy... więc wydali nową płytę


misior 2004-07-24 18:02:29
nie wiedzą co mówią cI, którzy twierdzą, że ta płytka jest marna. I ja tak mniemałem na samym początku. Jej wartość odkryłem dopiero po pół roku....Proszę więc tych, co chcą wydać opinię- "zastanówcie się sami" Zespół szuka czegoś nowego- to dobrze, nie można wracać cały czas do tego samego, trzeba się zmieniać, dostosowywać lecz trwać przy swoich wartościach. (Ps: płytka z całą pewnością mniej trąci komerchą niż poprzednia- Kazik zrozumiał)


pisior 2004-08-05 21:51:13
chyba was wszystkich pojebało!!!!


gisior 2004-08-06 00:16:09
Fani KULTU nie sĄ pojebani, WYPRASZAM SOBIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


gisior 2004-08-06 00:21:51
Przyznaje że niektórych wypowiadajacych sie tu naprawde pojebało - np.justyna lusia - co nas obchodza twoje konie !!!!!!!!!!!!!!, szkoda ze 30 razy nie spadłas , bo wtedy poprzestawiałoby ci się w główce.


michao 2004-08-18 10:59:15
GeeCior slucham Kultu od poczatku :) i uwazam ze salon recreativo ma po prostu inny klimat i niektorzy go moga nie trawi ale mi sie podoba :) Peace 4 all Bit**s


KULTom@n!@k 2004-08-29 15:03:48
wedlug mnie plyta w porownaniu z innymi to nie to poprostu nie to!!!


fan zespołu 2004-08-31 14:19:23
Płyta jako całokształt - słabo Są jednak perełki: uwiąd starczy, piotr pielgrzym, bruno s., salon recreatvo. I dla nich tylko warto tą płytę mieć...


caziol 2004-09-10 13:56:18
Siemanuwa!!! Plyta"Salon..." jest po prostu KULT'OWA i tyle! Kto chce sluchac na jedno kopyto album po albumie jak techno tego samego sprawa jego,tutaj mamy cos nowego-wszystko sie zmienia. Plyta jest inna niz wszystkie,racja "ma po prostu inny klimat..." Jest bardziej melodyjna, moze sie wszystkim nie podobac ale teksty:"...posluchaj to do Ciebie...!!!" NIE MA IDEALNEJ sa lepsze i troche gorsze. *******ogolnie Kult i Kazik jest konkretny dla mnie SUPER!!!!!!!! Dobre kawalki to:-pelniej,dokad uciekasz?,uwiad starczy,amulet,"wodka" brzmi de bescior!!!


Tajler 2004-09-22 15:44:59
Myślę że nie należy jej oceniać po pierwszym, często pobieżnym przesłuchaniu, bowiem wtedy z pewnością nie zachwyci. Jednak gdyby przesłuchać ją na spokojnie, wówczas okazuje się niezła. Ma swój klimat. Najlepsze kawałki to: Arytści niezależni, Salon Recreativo, Uwiąd starczy, Brooklyńska rada żydów i Dokad uciekasz ?


Szwejkow 2004-09-30 12:30:28
Genialny album, słuchałem nie raz i cały czas słucham. Twórczość Kazika i Kultu jest jedną z najlepszych w Polsce. Na arenie międzynarodowej również nie mamy się czego wstydzić. Chce podziękować KULT-owi, że są prawdziwi i nie komercyjni. TRZYMAJCIE TAK DALEJ PROSZĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


ja 2004-10-21 19:40:38
jutro idena kocert bo kult to jedna z tych rzeczy na które warto wydać kase


kotek 2004-10-28 11:51:11
wchodzcie na www.rock.wegorzewo.pl i w sondzie pt. "Jaki zespół chcesz zobaczyć w roli gwiazdy na festiwalu 2005" głosujcie na KULT. narazie jest mało głosów i trzeba to powiększyć(1241 ale tojest za mało więc trzeba się zmobilizować inamawiać też innych do głosowania)głosujcie codziennie.


Muszkat 2004-10-31 10:30:28
RÓBCIE SWOJE I NA NIC SIĘ NIE OGLĄDAJCIE.!!!


kotek 2004-10-31 15:25:25
wchodzcie na www.rock.wegorzewo.pl i w sondzie pt. "Jaki zespół chcesz zobaczyć w roli gwiazdy na festiwalu 2005" głosujcie na KULT. narazie jest mało głosów i trzeba to powiększyć(1926 ale to jest za mało więc trzeba się zmobilizować inamawiać też innych do głosowania)głosujcie codziennie.


Delacroix 2004-11-10 07:42:37
Bardzo fajna płyta niektóre piosenki to mistrzostwo-Polecam Każdemu


kotek 2004-11-11 16:07:49
wchodzcie na www.rock.wegorzewo.pl i w sondzie pt. "Jaki zespół chcesz zobaczyć w roli gwiazdy na festiwalu 2005" głosujcie na KULT. narazie jest mało głosów i trzeba to powiększyć(5055 ale to jest za mało więc trzeba się zmobilizować i namawiać też innych do głosowania)głosujcie codziennie. W sumie to ta sąda służy tylko do zabawy, a nie do tego aby wyłonić zespoły które tam zagrają


Batman 2004-11-13 17:45:39
Widze slowa krytyki. No ja nie wiem - lubie ten album, fajny,ciekawy jest. Inny-dobrze.


artizelot 2004-11-13 21:25:09
1miejsce Henryk Wujek, 2 miejsce łączmy się w pary, kochajmy się, 3- Piotr pielgrzym i na pierwszym cała klasyka z drugiej płyty, KULT wymiata


Anton 2004-11-17 16:35:52
Kultu słucham od 1988 - wtedy kupiłem na kasecie płytę Sokojnie - cena 1050 zł - hehe. Mam wszystkie płyty Kultu oprócz "Salonu...". Nie kupiłem jej bo usłyszałem u znajomych. Kult się zminił jego fani róznież. Płyta po prostu do mnie nie trafiła. Przy żadnym utworze nie przeszły ciary po plecach tak jak kiedyś przy Posłuchaj To Do Ciebie czy nawet przy Tata 2.


sNupi 2004-11-25 15:03:37
płyta jest neizła , trzeba sie wsłuchać by to poczuć, po pierwszym przesłuchaniu ma sie mieszane wrażenia .


50809959 2004-12-09 15:16:21
PLYTKA JEST WYJEBANA JAK NA MOJ GUST!!!!!!TERAZ CZEKAM NA NOWA,WJE KTOS MOZE KIEDY SIE UKARZE CUS NOWEGO??????????????POZDRO DLA KAZELOTA ISZCZESLIWEGO NOWEGO KROKU


50809959 2004-12-09 15:19:31
PLYTKA JEST WYJEBANA JAK NA MOJ GUST!!!!!!TERAZ CZEKAM NA NOWA,WJE KTOS MOZE KIEDY SIE UKARZE CUS NOWEGO??????????????POZDRO DLA KAZELOTA ISZCZESLIWEGO NOWEGO KROKU


tekla 2004-12-24 14:19:57
płyta zajebista zresztą jak każda KULT wniósł coś nowego niż na poprzednich płytach ma inny klimat ale jak zawsze świetny teksty...jak zawsze bo nie ma chyba złego tekstu kazia muzyka bardzo fajna szczerze powiem że myślałem że spiprzą te płyte teraz bije sie w pierś i chyle czoła .....przeciesz KULT nigdy nie spieprzył i nie spieprzy płyty pozdrawiam


artizelot 2005-01-09 21:53:47
dwanaście jasnych myśli tylko pomyśl jaśniej, dwanaście jasnych myśli ja Ci to wyjaśnie, jedna myśl o wolności, to jest super sprawa, zajebo-wesolana taka to zabawa, druga myśl o rzece wiosną i o kwiatkach, te kwiatki, ziele rośnie u mnie na rabatkach, trzecia myśl o dziewczynie która w rzece płynie, naga i ponętna, moich myśli święta, czwarta myśl o podróży, która mnie nie znuży, ciekawość w piątej myśli mej przedłuży, dwanaście jasnych myśli tylko pomyśl jaśniej, dwanaście jasnych myśli ja Ci to wyjaśnie szósta myśl o przyjaciołach, siódma o pierdołach, ósma o radości co w mym sercu gości, dwanaście jasnych myśli tylko pomyśl jaśniej, dwanaście jasnych myśli ja Ci to wyjaśnie, dziewiąta myśl jest o staruszkach co wesołe życie mają, co tyle pracowali teraz starość chwalą, dziesiąta myśl o Panu co nad nami czuwa, jedenasta o jest jak żywioł, ten co skały kruszy, dwunasta jest to spokój no i radość w duszy, a jak powstał ten tekst gdy mnie ktoś tu spyta zakurwię z laczka i poprawię z kopyta :))))


pigi 2005-01-10 01:17:08
"sen Bruna S." najbardziej wyjebany kawalek na płycie!!! nie wiem jak oni to robią ale trafiają w zajebiste 100% moich uczuć, caly KULT uber alles!! :)


Manio 2005-01-17 12:05:37
Na tle innych albumów Kultu, ten jest raczej sredni. Jeśli jednak porównać go do produkcji innych rodzimych artystów, wówczas okaże się ze Salon jest genialny poprostu. Mnie dziwi jedna rzecz, mianowicie podział piosenek. Wiele kawałków zamiast na 1-szej winny być na płycie drugiej i odwrotnie. Według mnie najlepsze 5 kawałków to: Artyści niezależni, Tonie jest wasz dom - nasz on, Salon Recreativo, Uwiąd starczy i Brooklyńska Rada Żydów. Pozdro Kaziu !


Ajron 2005-01-21 23:29:36
Bardzo dobra płyta i kij w oko profanom, którzy nie umieją jej docenić! To jest szczery i nierdzewny Kult, jedna z ostatnich ostoi należytego poziomu muzycznego w naszym obłudnym i zasyfionym idiotyzmem społecznym kraju! Kazik to artysta wybitny, gdyż pokazuje, że można prosto, pieknie i zarazem z czadowym ładunkiem uczuć. To jest po prostu wyśmienity album, kóry tylko potwierdza, że Kult to król polskich dźwięków. Bez Kultu chyba świat przestałby się kręcić...


Romek 2005-02-12 02:19:02
Plyta jest swietna,inna niz wszystkie, ale i tak super.Moje typy to sen bruna s., laczmy sie w pary i henryk wujek.


klamka 2005-03-25 21:32:10
O ile kiedyś KULT można było zaliczyć do rocka tak teraz porobiło się takie zaledwie disco-polo z górnej półki. Owszem nie powiem, są tam piosenki do słuchania, tak porzednie albumy buły o niebo lepsze. P.S. Mam prośbę aby następne albumy tż były wydawane jeszcze na kasetach, ponieważ nie wszyscy mają forsę i odtwarzacz CD.


klamka 2005-03-25 21:48:48
Smuci mnie jeszce fakt że mimo obecnej sytuacji społecznej, czyli mnóstwo okazji do pisania szyderczych, ironicznych tekstów na temat polityki lub kultury tak tutaj znalazły się takie głupoty(jak na Kult)jak "Dla twojej miłości","Łączmy się w pary" czy "Ze mą się bracie..." Mam nadzieję że Kazik napisze takie teksty, że ludziom włosy dęba staną. A trzeba przyznać że za kapitalizmu też jest dużo chorych, dziwnych i zakłamanych poglądów na których temat można napisać wiele "kultowych" piosenek. Polecam tez Kultowi wrócić do muzyki elektronicznej-w rzeczywistości świetnej lecz dziś pogardzanej i wypieranej przez zachodni POP, którego osobiście nienawidzę. Kazik powinien "zjeść" te wszystkie durne gołopępne idiotki co dorwały się do szołbiznesu i wydaję im się że są !!!ARTYŚCI!!! Nie chować się-walczyć z POP-em!!!


binio 2005-03-31 21:00:42
dostałem płytkę od siostry:) i gra i gra i gra... sen Bruna S. wiem, że to moja siora, ale oboje kochamy ten kawałek... bez wcześniejszego porozumienia. trudna sprawa ciagle trafnie(wg mojej osoby) opisywać wydarzenia w naszym kraju. komercha. padły takie zarzuty... co to jest komercha? kto odpowie? jak zdefiniować "komerchę". pojęcie spreparowane przez tych, którzy nie mają talentu. pozdrawiam! binio. świetna płyta. ja wszystkie!


Paczakers 2005-04-12 18:20:53
hem.. Płyta bardzo fajna i ciekawa.. Nie wiem dlaczego widze tu dużo komęntarzy że jest do d.. Płyta rzeczywiście różni sie wielce od innych płyt Kultu ale właściwie to jest zaleta.. Gdyby każda płyta była taka sama to by nie chciało mi sie właściwie słuchać .... Pozdrawiam...


dołwer 2005-05-17 20:07:39
Pierwsze płyta Kultu jaką w życiu słuchałem. Świetna! I niesamowicie równa, chociaż może w przypadku tego zespołu to już standard? ;)


Kaska 2005-06-17 14:11:23
Piotr pielgrzym..git! :-) e j co to jest komercja?


jedi 2005-06-25 22:09:26
a ja wlasnie wlazlem na firum, pozytalem i przypomnialem sobie, ze faktycnie mam, mupilem plytke! Wstaje ide do stojaka i.... nie ma! Ukradli! Przyznać się - który!? (kupiłem za namową katechety licealnego. średniak)


aske 2005-07-12 17:17:41
Totalne popłuczyny po dawnym Wielkim Kulcie! Dno i metr mułu... Klasyczna zagrywka "jak tu jeszcze zarobić na nazwie" i pomyśleć że ten zespół nagrał kiedyś "Spokojnie" i "Your Eyes"...


Jańcia 2005-07-21 10:30:15
Ostatnio wziąłem się za tą płytę, trochę zniechęcony waszymi komentarzami. Słucham, słucham i dochodzi do mnie, że to jest pierwszy Kult jakiego słuchałem, nawet nie wiedząc co to za kapela. Album jest genialny. Pewnie fanom nie podoba się, że Kazik odszedł od starego "postrzegania" świata. Ale płytka wpada w ucho...


SZAGI 2005-07-28 12:24:01
płytke mam 5 lat ale dopiero teraz dotarła do mnie jej moc... jest genialna!! szkoda ze Kult nic nie wydal od tych 5 lat :/


SZAGI 2005-07-28 12:28:35
cholera. myli mi sie caly czas ze jest juz 2006 rok. hehhe, oczywiscie plytke mam nie 5 a 4 lata:D ale to i tak dlugo!


mk. 2005-07-30 00:45:24
Amulet !!!


Cru 2005-08-05 20:01:59
Opinie płyty murem podzielone, dobre opinie na prawą stronę, złe opinie na lewą stronę a forum równa częśc na każdą stronę. Według mnie płyta jets bardzo fajna, tylko trzeba jej przesłuchać, a KULT nigdy nie był komercyjny i mam nadzieje, że nie będzie. Oh.. no i ten utwór Piotr Pielgrzym.. i to: "Odmózgowienie na tefałenie, serial interesujący, intelektualnie nie męczący":) no poprostu cała prawda:p


Adriano 2005-08-20 00:03:52
Z pewnościa inna niz poprzednie... a czy lepsza? mi sie podoba bardzo! po pierwszym przesluchaniu faktycznie na kolana nie rzuca ale po 2-3 TAK! poprostu trzeba sie w nia wsluchac! TYLKO KIEDY BEDZIE KOLEJNA PLYTA???


lb 2005-08-24 13:51:49
zła to ta płyta nie jest. przede wszystkim inna od poprzednich. bardziej spokojna, stonowana. złym pomysłem jest tu dodatkowa druga płyta zawierająca inne wersje starych utworów (wódka, grosstanz, generał Ferreira) czy też remixy utworów z pierwszej płyty Salonu. pomusł powtarzam raczej nieudany. fajne jest w tym przypadku jedynie umieszczenie kawałka Radio Tirana - jednego z pierwszych utworów Kultu, który wcześniej się na żadnej płycie nie ukazał.


radzik 2005-09-04 12:09:40
Siemanko! A ja powiem wam wszystkim, ze plytka jest calkiem zajebista- moze raczej dlatego, ze sentymentem darze KAzia I Kult ale przeciez nie moge opierac sie na recenzjach jakichs tam palantow z gazet, radia itp. Z drugiej strony nie jestem jakims tam guru muzycznym i tylko na subiektywnych odczuciach sie bede opieral. Teksty sa kultowe, muza moze nie za pierwszym razem wpada w ucho ale to i dobrze- za pierwszym razem wpada tylko Kasia Flinta albo pan Wisniewski.. Ale jak to kiedys powiedzial jeden ze slawnych trenerow "nie porownujmy twarogu z gownem!" Takze warto te plyte miec (mowie do "kultowcow" i zupelnie nie warto jej kupowac tylko z biblioteki publicznej pozyczyc "do niekultowcow") Pozdrawiam i jednych i drugich a Kazia najbardziej!


RADIO 2005-09-11 16:05:43
PŁYTA BARDZO FAJNA ZMUSZA DO MYSLENIA


Spilberg 2005-09-26 16:29:11
słuchajta ludu!! kazik i kult tworzą od niepamiętnych czasów, i jak znajdziecie kogoś kto z takim zamiłowaniem. twozy to i tak nie uwieze. mieli swoje upadki a dalej twożą i dzieki temu mają swoje wzloty


Edyta 2005-09-29 19:23:03
Po pierwszym przesłuchaniu mi się nie spodobała, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem było coraz lepiej :)Pozdrawiam wiernych fanów Kazia :D


lumpy 2005-10-08 19:02:09
ta płyta jest poprostu zajebista.kazda płyta kultu jest zajebista!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!?


ADAS WPSLANIAY 2005-10-11 12:54:42
GICIOR PLYTKA PODODBNIE JAK WSZYSTKIE.........SZKODA ZA NIEMA KNZ


karczma 2005-10-11 15:23:52
Mijają dni, miesiące, mija rok, cztery lata a nowej płyty nie ma. Na szczęście juz niedługo. Zapowiadają się naprawdę wesołe święta. "Poligono Industrial"- CZEKAM!!!


LoloOlsztyn 2005-10-11 17:28:03
Kazik... WIESZCZ NARODU BEZ WĄTPIENIA!!! A płyta jak każda inna kultu... zajebisa i zaopatrzona we wszytko co potrzeba do szczęścia... no prawie wszystko ;) POZDROWER


Kaśka W. 2005-10-13 23:19:31
czy to jest klarnet w Henryku Wujku? the best sa: Twojmoj cas, Pelniej, Amulet, Ogrodzenie, Piotr Pielgrzym z Uwiadem Starczy na czele!!!


basia 2005-10-17 12:01:11
Wracam do "...RADY ŻYDÓW". Mogę słuchać bez końca.Traktuję ten utwór jako wielki hit o miłości. Jest super!


man 26 2005-10-27 00:19:23
Płyta jest nijaka,a raczej ciągnie ją do tych słabszych owej formacji.Powód jest słyszalny.Otóż zmienił się perkusista i jest to zmiana na gorsze.Podziały rytmiczne są takie monotonne,jednostajne jakgdyby były momentami grane przez "automat". A to rzutuje na człości.Teksty na 4. Ogółem 3. Płyta owa wydana na jesień roku 2001, a teraz pzeca jest już pażdziernik 2005 ! To żle mi robi....


zachar 2005-10-31 00:05:41
płyta dobra pod wzgledem tekstowym i muzycznym,ale spierdolona jeśli chodzi o nagranie w studio,nie slychac perkusji ,jeden wielki szum,kto ma dobry słuch ten wie o czym mówie,strasznie słabo zgrana,mam nadzieje ze bedzie remaster tak jak robi to wiele zespołów na zachodzie pozdro


morox 2005-11-05 13:57:37
Zajebista płyta pod względem muzycznym jak i tekstowym


DaveBetoniarz 2005-11-06 12:38:49
Po pierwsze, chciałem nabluzgać na spamerów, ale tu trzeba być KULTuralnym. Te teksty byłyby godne podziwu, gdyby były wasze własne i na temat. Niestety prawdopodobnie nie są nawet przez was własnoręcznie przepisane. Psujecie cały klimat.OK, do rzeczy. W poprzednich wypowiedziach jest pełno sprzeczności. Jedni zarzucają popłuczyny po poprzednich płytach, inni, że to już nie to samo. Po prostu nie można wszystkich zadowolić i tyle. Moje osobiste zdanie to: Płyta jest super pod względem tekstów, a muzyka w "Brooklyńskiej Radzie Żydów" mnie poprostu zabiła. Próbowaliście przy tym tańczyć na łące (tudzież innym trawniku) w deszczu?? Moim zdaniem najlepsza piosenka ever. No, jedna z...:)


ola 2005-11-11 13:01:38
Zespół nie może nieustannie nagrywać dobrych płyt przez ponad 20 lat! Mi tam się bardziej podoba ta druga płyta ze starymi kawałkami, ale "Rada Żydów", "Pełniej" i "Uwiąd" są dobre...


Jańcia 2005-11-16 19:25:05
To KULT i jest super :D


RRROB 2005-11-24 17:05:11
Super. Przesłuchaj 2,3 razy, zakochasz sie w tej płytce...


Kiszka 2005-12-10 08:44:51
Nie wiem dlaczego wszyscy mówią, że to syf??? Przecież, to jeden z lepszych albumow KULTu!!!!!!! Kto mowi, ze to "Poniemiecki niewypał" niech sie idzie leczyć!!!!!!!! POZDROWIONKA


salomea 2005-12-20 16:49:23
"salon..." i "piotr pielgrzym" itd i złoty róg...super


Vlad Volos 2005-12-20 18:47:34
Genialna płyta. Piękne teksty i ciekawe pomysły muzyczne. Ponieważ preferuję delikatniejsze oblicze KULTu, przy, np., "Brooklyńskiej Radzie Żydów" wymiękam. Genialny saksofon, zwłaszcza w "Wódce". "Złodzei w Wjherowie" zanm chyba na pamięć. Genialny, alternatywny styl. Słucham et nie mogę się nasłuchać.


Leszek 2005-12-20 19:27:38
nie czarujmy się - jeżeli ktoś poznał Kult od strony prawidłowej (czytaj początkowej) to wątpie aby jego umysł dopuścił do Siebie myśl, iż w ogóle cokolwiek jest w stanie przebić "spokojnie". Przy jeźdźcach, czy "Czarnych Słońcach" mam dreszcze za każdym razem od początku do końca. Generalnie to jest tak, jakby całe ciało grało razem z tą muzyką. Każdy instrument - każde pociągniecie gitarą, udeżenie w pianino czy nawet to specyficzne dla Kazika chrząknięcie głosem (he!) wydają sie być umieszczone w najbardziej trafnych momentach - dokładnie tam gdzie miały być. No i ten indywidualny odbiór utworów - "Dla Ciebie Ma", "nadzieji nie trać, tracić nie wolno" - wydaje sie jakbyspiewal tylko i wylacznie do mnie - niesamowite!


E. 2005-12-21 12:24:36
Leszku, "Dziewczyna bez zęba"- jak Ci się podoba? A"Kto wie".Oczywiście zgadzam się,że przekazy w miarę lat są mają inne emocje,ale są również prawdziwe.A prawda nigdy nie jest gorsza.Ona poprostu jest taka trochę bardziej zrównoważona.


E. 2005-12-21 12:29:27
c.d. A z tej płyty "Piotr Pielgrzym" albo "Sen Bruna" - czy to nie są utwory do osistego odbioru? Dla mnie są tak samo niesamowite jak wymienione przez LESZKA.


E. 2005-12-21 12:30:01
c.d. A z tej płyty "Piotr Pielgrzym" albo "Sen Bruna" - czy to nie są utwory do osobistego odbioru? Dla mnie są tak samo niesamowite jak wymienione przez LESZKA.


E. 2005-12-21 12:30:23
c.d. A z tej płyty "Piotr Pielgrzym" albo "Sen Bruna" - czy to nie są utwory do osobistego odbioru? Dla mnie są tak samo niesamowite jak wymienione przez LESZKA.


Leszek 2005-12-21 22:39:24
hmmm - wiesz co, ciężko powiedzieć, jeżeli chodzi o dziewczyne to zgadzam sie - racja w 100%. Kurcze, co do reszty to nie wiem - dziwne to jest - oba wymienione przez Ciebie utwory sa oczywiście genialne (nie chce juz pisac dlaczego), ale... No właśnie jakos odruchowo umysł mój "ale" wpycha. Nie wiem gdzie leży przyczyna, może dlatego, że spokojnie była jakby (tak mi sie wydaje) bardziej zgrana - nie jako osobne kawałki, ale cały krążek. Ale wiesz co - równie dobrze to może być jedynie moja głupia mentalność - u mnie, generalnie wszystko zaczęło sie od "spokojnie", rozumiesz - totalny wstrząs mózgu, spacery po wszystkich krańcach swojego Ciała... i z powrotem, notoryczne wzruszenia czy uniesienia, no i ten ogromny chaos polączony z przedziwnym spokojem ducha. niesamowite. Śmiem twierdzić, iz stawiam tą płyte tak wysoko (bo aż ponad) nie tylko z powodu Jej walorów muzycznych czy tekściarskich ale przede wszystkim z moich osobistych pobudek.


E. 2005-12-21 22:55:01
Dla mnie w całości zaakceptowany był MUJ WYDAFCA. Jednakże nie mogę znieść "kopania artystów w pięty" za to,że inni gdzie indziej czują miód.


Leszek 2005-12-22 17:23:32
mam nadzieje, że nie kierujesz tego do mnie:D P.S. Zgadzam się całkowicie


EWA 2005-12-22 22:30:57
No to miło się gawędziło Leszku zgodnie z Kultowym "Kochajmy się, łączmy się...." Wesołych świąt. E.


Leszek 2005-12-24 00:17:10
heh - tak - a przyjemność naturalnie po stronie mej stoi.


jankielson 2005-12-31 13:08:10
hej albumik zajebisty. Fajny klimacik. Wszystko jest w nim ok. Bardzo bogate aranżacje


bzik 2006-01-03 00:31:59
Ta płyta jest całkiem niezła, choć nie najlepsza z tych które słyszałem a słyszałem większość (oprócz Tanu).


Yaseck 2006-01-13 10:07:18
Kiedy słysze "Brooklyńską Radę Żydów" to mi się chce płakać, że taki badziew może nagrać zespół, który nagrał "Polskę" czy "Czarne Słońca"... Szkoda...


ryhuo_fczas 2006-01-16 22:00:02
nie rozumiem czemu ta plyta jest przez wiekszosc miazdzona?!:( dla mnie jest swietna i fakt ze inna niz reszta(dlatego moze sie nie podobac) ale jest super. chyba lepsze jest to ze zespol ewoluuje niz jak by stal w miejscu. inni wlasnie na to by narzekali, ze nie tworza nic nowego. rozumiecie teraz?


Jach 2006-01-29 19:40:35
Co Ci się nie podoba w Brooklyńskiej...Yasecku? Może ty się nie znasz na dobrych utworach? Może tak trochę nauki interpretacji by ci się przydało? A może dokupić trochę inteligencji lub pożyczyć od mądrych ludzi?


jazzman 2006-02-16 20:15:34
w sumie... cos mialem napisac... takiego jaki jestes... jo


towarzysz 2006-03-02 13:38:45
Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju! Przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały się po jej twarzy szarej i zradlonej jak te jesienne podorówki. - Idźcie z Bogiem, idźcie - szeptał zakłopotany podnosząc ją z ziemi. Zebrała drżącymi rękami torby i kijaszek z jeżem na końcu, przeżegnała się i poszła szeroką, wyboistą drogą ku lasom; raz w raz tylko odwracała się ku wsi, ku polom, na których kopano kartofle; i na te dymy pastusich ognisk, co się snuły nisko nad ścierniskami - poglądała żałośnie, aż i zniknęła za przydrożnymi krzami . A ksiądz usiadł z powrotem na kółkach od pługa, zażył tabaki i rozłożył brewiarz, ale oczy ześlizgiwały mu się z czerwonych liter i leciały po ogromnych, w jesiennej zadumie pogrążonych ziemiach, to po bladym niebie błądziły lub zatrzymywały się na parobku, pochylonym nad pługiem. - Walek... bruzda krzywa... te... - zawołał unosząc się nieco i chodził już oczami krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem. Zaczął znowu bezwiednie przebiegać czerwone litery brewiarza i poruszać ustami, ale co chwila gonił oczami siwki, to stadko wron, które ostrożnie, z wyciągniętymi dziobami podskakiwały w bruździe i raz w raz, za każdym świstem bata, za każdym nawrotem pługa, podrywały się ciężko, padały zaraz na zorane zagony i ostrzyły dzioby o twarde, zeschłe skiby. - Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje! Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi, uniósł się żywo poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko obwąchiwały twarz. - Heeet-aa! - wołał śpiewnie Walek, wyciągnął błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki - i orał dalej wielki łan ziemi, co pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach. Cicho było, ciepło i nieco sennie. Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne. Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonym kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzieniegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione. A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu, leżała wieś i grała w słońcu jesiennymi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz pełnych kamionek i tarnin-tylko gdzieniegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota - łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni albo leżały piaszczyste senne drogi i nad nimi rzędy potężnych topoli z wolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom. Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska- a czarny migocący cień biegł za nimi dołem po rżyskach i podorówkach. Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce - drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją w bok i znowu ryczeć zaczęła. - Na sprzedanie prowadzisz, co? - Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże, zapowietrzona... Wściekłaś się czy co! - wołała zadyszana; usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy, aż kurz je zakrył obłokiem. A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze Żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał. - Co tam słychać, Moszku? - Co słychać?... Komu dobrze, to i dobrze słychać... Kartofle , chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma żyto, kto ma kapustę temu dobrze słychać! - Pocałował księdza w rękaw, założył na kark pas od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny. A potem szedł środkiem drogi w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony przez tłustego kundla na sznurku. A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten ujrzawszy księdza przy drodze okrążył go z dala i biegł na przełaj pól do karczmy. To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna albo Żydówka pędziła stado kupionych gęsi. A każdy pochwalił Boga, zamienił słów parę i szedł w swoją drogę, odprowadzany życzliwym słowem i spojrzeniem księdza, któren, że już słońce było coraz niżej, powstał i krzyknął do Walka: - Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają. I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnym, pełnym kochania spojrzeniem ogarniał pola... ...Rzędy kobiet czerwieniły się na kopaniskach... rozlegał się gruchot zsypywanych do wozów kartofli... miejscam orano jeszcze pod siew... stada krów srokatych pasły się na ugorach... długie, popielate zagony rdzawiły się młodą szczotką zbóż wschodzących... to gęsi niby płaty śniegów bieliły się na wytartych, zrudziałych łąkach... krowa gdzieś zaryczała... ogniska się paliły i długie, niebieskie warkocze dymów ciągnęły się nad zagonami... Wóz zaturkotał albo pług zgrzytnął o kamienie... to cisza znowu obejmowała ziemię na chwilę, że słychać było głuchy bełkot rzeki i turkot młyna, schowanego za wsią, w zbitym gąszczu drzew pożółkłych... to znowu śpiewka się zerwała lub krzyk nie wiadomo skąd powstały leciał nisko, tłukł się po bruzdach i dołach i tonął bez echa w jesiennej szarości, na ścierniskach oprzędzonych srebrnymi pajęczynami, w pustych sennych drogach, nad którymi pochylały się jarzębiny o krwawych, ciężkich głowach... to włóczono role i tuman szarego, przesłonecznionego kurzu podnosił się za bronami, wydłużał i pełzał aż na wzgórze i opadał, a spod niego niby z obłoku wychylał się bosy chłop, z gołą głową, przewiązany płachtą - szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i błogosławiącym ziemi, dochodził do końca zagonów, nabierał z worka zboża, nawracał i z wolna podchodził pod wzgórze, że najpierw głowa rozczochrana, potem ramiona, a w końcu już był cały widny na tle słońca z tym samym błogosławiącym ruchem siejby; z tym samym świętym rzutem rozrzucał zboże, co jak złoty pył kolistym wirem padało na ziemię. Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i chowając ręce za siebie całowali w rękaw sutanny. Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco: - Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie. - My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo - ozwał się śmielszy. Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczkach. - Szczęść Boże w robocie! - Boże zapłać, dziękujemy! - odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego. - Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? - mówił wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn - brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać. - Juści, kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami. - Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika. - Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują. - Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie? - A Borynowe. - Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał. - Ociec pojechali z moim ano do boru. - A to wy, Anna, jakże się macie? - zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czerwonej chustce na głowie , która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała. - Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił? - Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów, się chowa i coś niecoś bałykuje. - No, zostańcie z Bogiem. - Panu Bogu oddajem. I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi, przy topolami wysadzonej drodze. Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie, kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki. - Lepszego to i na całym świecie nie znaleźć - zaczęła któraś z kobiet. - Juści, chciały go też zabrać do miasta... żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, to byśwa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! - mówiła Anna wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na rozkopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin. Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wyprostował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego przed nimi i znowu kopał, wybierał z szarej ziemi żółte ziemniaki i rzucał do kosza, przed się stojącego. Ludzi. było kilkanaścioro, przeważnie starych kobiet i komorników, a za nimi bieliły się dwa krzyżaki, u których w płachtach leżały dzieci raz w raz popłakując. - A tak i stara poszła we świat - zaczęła Jagustynka - Kto? - spytała Anna podnosząc się. - A stara Agata. - Na żebry... - Juści, że na żebry! Hale! nie na słodkości, ino na żebry. Obrobiła krewniaków, wysłużyła się im bez lato, to już ją puściły na wolny dech. - Wróci na zwiesnę, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza coś niecoś; zaraz ją będą miłowały, każą spać w łóżku, pod pierzyną, robić nie dadzą, coby se wypoczena. A wujna, a ciotka jej mówią, póki tego ostatniego szelążka od niej nie wyciągną... A jesienią to już la niej miejsca nie ma w sieni ani we chliwie. Scierwy, psie krewniaki i zapowietrzone - wybuchała Jagustynka i taki gniew ją przejął, że stara jej twarz posiniała. - Biednemu to zawsze na ten przykład wiatr w oczy dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą. - Kopta no, ludzie, kopta - popędzała Anna nierada tokowi rozmowy. Jagustynka, że to długo nie mogła bez gadania, to spojrzała na siejącego i rzekła: - Te Paczesie to stare chłopy, że jaże im już kłaki na łbach puszczają... - Ale kawalery zawdy - rzekła insza kobieta. - A tyle dziewuch się starzeje albo i służby szukać idzie... - Przeciech, a one mają cały półwłóczek i jeszeze łączkę za młynem. - Juści, abo to im matka da się żenić... abo to im popuści... - A kto by krowy doił, kto by opierał, kto by kole gospodarstwa abo i śwyń chodził... - Obrządzają se matulę i Jagusię, bo jakże, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata. - I patrzy ino, kogo by puścić pod pierzynę, któren aby mocny! - dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka. - Józek Banachów posyłał z wódką - nie chciała. - Cie... dziedziczka zapowietrzona. - A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi! - Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom to chto mleko odebrał, co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała, to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus! - I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą... - A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali - dodała znowu Jagustynka. - Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec...i zniżając głos do szeptu, a patrząc z ukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom: - A pono pierwszy do obrony to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies.:. - Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! to by już grzech i obraza boska była... - szeptały do siebie kopiąc i nie podnosząc głów. - A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają. - A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi... , - A bo to co robi, ino żre a wysypia się, to nie ma urodna być... Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę. A potem już z rzadka pogadywały to o tym, to o owym aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem bieży Józka Borynianka. , Jakoż i ta nadbiegała zziajana i już z daleka krzyczała: - Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało. - Jezus Maria, a której?... - A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę..- - Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej...-zawołała z ulgą Anna. - Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza, a ryczy, że loboga! - Ojca to nie ma? - Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło. - Duchem ci lecę, w to oczymgnienie. Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała do cna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem. A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się z wolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał. Słońce już się przetaczało na zachód i jakby rozżarzone biegiem szalonym czerwieniło się kołem ogromnym i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął bruzdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i z wolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów. Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichym, omroczonym powietrzu. Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański spiżowym świergotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki. Ze śpiewami a pokrzykami wesołymi spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tyłko raz w raz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste. Owce pobekiwały tu i ówdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu. - Ale szkoda, ta graniasta to sielna krowa. - I..: nie na biedaka trafiło. - A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje. - Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito. - A bo to Hanka nie gospodyni? - La siebie... jakby na komornym u ojca siedzą, tu juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje. - A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi? -Hale, abo to Boryna nie mógłby gront oddać Antkowi, co? - A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście. Wawrzku, a do cna jeszcze głupi - zaczęła żywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupi by był, żeby dzieciom zapisywał. - Hale, krzepki to juści, że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków. - Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł. - Już dwie żony pochował. - Niech se pochowa i trzecią, Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom, póki żyw, nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycugi że na wyrobek by chodził, z głodu by zdychał abo i na żebry, po proszonym szedł. Oddaj ino, co masz, dzieciom - to ci oddadzą; rychtyk ci tego starczy na sznureczek abo i na ten kamień do szyi... - Ludzie, a to czas do domu, mroczeje. - Czas, czas! Słońce już zaszło. Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego miedzą, pogadując coś niecoś,a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała. A równo z nimi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem: Aj, nie chodź kiele woza, Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby,- - Cie, głupia, wrzeszczy, kiejby ją kto ze skóry obdzierał ROZDZIAŁ 2 Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono-białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu. Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta. Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie. - Granula, biedoto, granula! - wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym. A kobiety radziły raz w raz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką - insza znowu wołała, żeby krew puścić-ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki. - A może by Ambroży co poradził? - zaproponowała któraś. - Prawda, na chorobach on jest znający - zawtórowali. Bieżyj no, Józia! Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele Laboga, a jak ociec nadjadą będzie to pomstowanie, będzie. - A przeciech my niczego niewinowate! -narzekała płaczliwie. A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała. W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą. Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takąż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową. Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał. - Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta. - A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta - i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! - zawołała Józia. Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterie pod brzuchem - ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno czarna, spieniona. Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu. - Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza - rzekł uroczyście Ambroży. - Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. - Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia. - Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami. - Ociec z Antkiem! - krzyknęła Józka i wybiegł na drogę naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzam zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie. - Tatulu, a to... graniasta już zdycha - wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę. - Nie pleć byle czego po próżnicy - mruknął podcinając konie. - Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik...Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał... - Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie! - rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem. Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna, strwożona. - Zmarnowali mi bydlę!... - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek... - Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu- tłumaczyła się cicho Hanka. - A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł! Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała - Nie ma co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł w końcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania... Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętym gardłem, grzebiąc ino nogami... Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce. - Nie bucz, głupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni. - Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce. - A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków'. - Trzeba dzisiaj zwieźć. - Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią. - Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. - Deszcz ano być może. Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopę i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata. - Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał. Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby. - Hanka, a daj no jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę. Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony na przestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę. Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek ż pastuchem sypiali przy koniach. W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca. Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął ż małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz. Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, w poprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwsze izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu. A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok. - Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna jak przetak wielkiego. - Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił. - Ścierwy, zmarnowali mi bydlę. - Przecięch, tylo krowa, to się złachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło. - Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich. - Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił... - Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic. - Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali. - Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić - będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny... Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko by się z pacierz przedrzymać. Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw - bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł. Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gębul. Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole. - Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę-prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego skląć abo i zbić z leda powodu. Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać, ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami. - Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku. Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie. - Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza. - Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko. - Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. - Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. - Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: - Józia, a gospodarz źli?... - O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. - Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał. Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. - Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam... - Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. . - Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo... - Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj! - Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować... - Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. - Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co? - A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie. - Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. - A czegój? - odkrzyknęła. - Chodzi ino. - Kiej dojem krowy. - Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj tego znajdka co? - Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. - Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. - Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz w raz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały... Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę. Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało... Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi... A teraz co?... Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze... Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito... - Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę... Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam... - Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos. - Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. - Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko. - Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami... - Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. - Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. - Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. - Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy. - Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. - Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. - Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?... - A juści, żeście to rozeznali?... no, no. - Po głosie ino, po gadaniu. - Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem? - Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. - Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. - Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. - A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa. - Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: - Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... - Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. - Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę... - Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie... I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. - Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. - Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł... - Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie... - Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. - Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. - To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco. - A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i


chacharek 2006-03-14 13:15:50
Dobra płytka , podoba mi się brakuje tu tej metafizyki co na najlepszych płytach ale muzycznie świetna rozkosz dla uszu ta lekkośc aż się chce tylko tańczyć na tej łące ...


Ruda Bolndyna 2006-03-14 17:10:18
ja chciałam tylko powiedzieć (a własciwie napisać,że ten album ma wszystko co należy...czyli głos i texty Kazika.a to jest najważniejsze przecież!!;p


basia 2006-03-16 13:35:28
Oj Towarzyszu! Chyba czujesz potrzebę zabłyśnięcia. Weź się za politykę i na mównicę do sejmu. Tu masz za mało pola do popisu, brakuje kamer i nikt nie zobaczy twojej twarzy- nie staniesz się sławny, a przecież o to ci chodzi. Ta opcja zarezerwowana dla ZESPOŁU KULT. Nie wysilaj się więcej. Tracisz polot, na emeryturkę!


S. 2006-04-03 22:32:37
Piotr Pielgrzym - super.


Alonso 2006-04-23 20:57:31
Powalonych ci u nas coraz wiecej. Ale ja nie o tym. Pierwszy raz słuchałem tej płyty. I znając dorobek Kultu jestem rozczarowany. To już nie ten przekaz, nie te dźwięki. Jakaś ta płyta nijaka. Niby wszystko oki ale.... I muzyka wydaje się maskować dość przeciętne teksty.Kojarzy mi się z "Uwiądem Starczym". Kazik poszedł na łatwiznę, albo zabrakło mu kasy i musiał coś wydać, albo mu się do końca niechciało. Jest jeszcze jedna opcja.... Kazik się STARZEJE. Odzyskaj jaja Kazik albo na koncertach będziesz grał tylko utwory lat 90-tych.


Stęp 2006-04-24 11:53:56
Pierwszy raz słuchałeś Alonso, a zachowujesz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadał. Ja po jednym przesłuchaniu (nie wiem, może jestem taki tępy i ułomny...) nie potrafię ocenić żadnej płyty, czy to tekstów , czy muzyki, bo po prostu wszystko mi się jeszcze zlewa. Ale jeśli masz taki dar, że wyłapujesz wszystkie melodie, linie poszczególnych instrumentów i sensy oraz walory literackie (lub ich brak) od razu, to rispekt. Masz prawo twierdzić,że płyta jest do dupy i nijaka, a Kazik kwalifikuje się bardziej na Powązki niż do studia, ale proponuję przesłuchać płytę troszkę więcej razy niż 1, a teksty przeanalizować zgodnie z zasadami analizy utworów lirycznych, z którymi (mam nadzieję) miałeś kontakt w szkole. Poza tym Twoja wypowiedź jest, eufemistycznie mówiąc, mało konkretna (jak zresztą wszystkie dotyszące tego tematu). Coś jest nie tak ale... Właściwie wszystkie tu obecne "recenzje" to jedno wielkie ALE lub ACH-I-OCH. "Ale" "mówienie o muzyce jest jak taniec o architekturze", więc naprawdę polecam tę świetną płytę, (na początku też mi się nie podobała) i zachęcam do docenienia mniej "piosenkowych" utworów. Poza tym spróbój posłuchać kawałków nie tylko jako całości, ale pod kątem poszczególnych instrumentów : szczególnie Uwiąd starczy - gitara, Amulet - perkusja, piotr pielgrzym - róg&trąbka. A za przykład kiepskiej, prymitywnej, niedopracowanej płyty mo że Ci idealnie posłużyć POLIGONO...


Viteq 2006-05-17 20:12:38
A ch**!!! Poligono Indrustial też jest dobrą płytą! słyszałeś Pan Pancerny albo Bracia? No właśnie!


Stęp 2006-05-22 13:23:58
No może te dwa akurat nie są najgorsze, ale duszy mi na tej płycie brakuje i lepszej perkusji.


ewa 2006-05-31 16:12:13
oj kochany, duszy to ty chyba nie masz, jak tak piszesz. Posłuchaj sobie jeszcze kilka razy Chama, A kiedy nic was nie ochroni,Tłuszczy. Jesteś chyba w dołku inelektualnym. Pozdrawiam


jolo 2006-08-01 09:40:48
Brakuje dużo tej płycie.Za mało energicznego grania a zadużo smutów. Troche wiencej gitary i mniej denćiaków.


Bronowianin 2006-08-04 21:06:30
Moim zdaniem jest to chyba najgorsza płta KULTU, chociaż jest parę kawałków, które po wielokrotnym wsłuchaniu się w nie mogą się jednak spodobać. Szkoda trochę, że KULT odszedł w niej jakby od swojego niepowtarzalnego klimatu na rzecz powiedzmy to szczerze komerchy... Ale mi mimo wszystko podobało się parę kawłków z "Salon Recreativo" i zachęcam do posłuchania.


Maciek 2006-08-12 22:08:42
Wódka Rules i już!!!


jona 2006-08-31 22:53:45
Mi się podoba baaardzo płytka:)


beq 2006-09-02 14:22:00
Wbrew pozorom świetna puyta! Zachęcam do słuchania i głową trzepania :)


Cannibal 2007-02-28 11:18:50
Na pewno nie najgorsza... Same pomysły i mnogość wykonań najróżniejszego rodzaju... niektórym może się nie podbaĆ przez to, że jest to nowy Kult... jest świetna i tyle


bartk 2007-03-01 12:03:41
dzięki Kaziu za SEN BRUNA S. Płyta no może nie na 6 ale 5 się jak najbardziej należy.


GORN 2007-03-05 16:23:05
Słaby album ! Ale da się go słuchac 4


biazol 2007-07-11 14:33:19
Tę płytę trzeba słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać. Nie można w niej się zakochać od pierwszego słyszenia. Ale potem jest coraz lepiej. Odkrywam ją na nowo.


jaj 2007-07-31 21:59:13
Bardzo dobry album. Wszystkie piosenki wypasione, a w "Amulecie" totalny odlot. Dla takiej muzyki warto żyć.


paprot 2007-10-09 19:35:59
Płyta świetna wiem o tym od 6 lat zawsze jak przychodzi jesień to jej słucham i wiadomo gusty są różne ale Sen Bruna S. nie do pobicia:) "To tylko sen, To tylko sen, to tylko sen lecz czemu śni mi się w dzień"


tom 2007-11-03 16:57:17
zdecydowanie wyjebana w kosmos płyta


Góra 2007-11-15 18:24:56
ciekawy album. Negatywne oceny wynikają tu raczej z zasłuchania się w poprzednią płytę Kultu "Ostateczny Krach Systemu Korporacji", "Maquinasa" Kaenżetu oraz "12 groszy" i "Melasse" Kazika, które są na bardzo bardzo wysokim poziomie. Ukryć się nie da, że przy tych albumach "Salon" staje się przeciętną płytką, ale zauważyć należy że dalej jest to bardzo wysoka półka


pahan 2007-11-26 19:17:26
Do tej płyty musiałem się długo przekonywać. Teraz twierdzę że jest to dobra, równa płyta. Klimatem kojarzy mi się z "Moim wydafcą". Jedynym utworem który mi nie podchodzi jest "Dokąd uciekasz?".


Adam 2008-01-02 21:38:43
Kazik zawsze robi zajebiste płyty! To jest kwestia wejścia w klimat jego przekazu! ja słucham głównie metalu(ale Kultu,Kazika,KNŻ też).Kazik Staszewski jest dla mnie wybitnym twórcą i myślicielem!


Konrado 2008-03-15 21:54:29
Jak dla mnie płyta jest świetna! Jak zawsze świetne teksty i muzyka. ;-)


mejden159 2008-08-09 01:24:24
Cóż, do 1998 Kult wydawał płyty co rok lub co dwa, widać, że poświecenie trzech lat (1998-2001) okazało się być słusznym wyborem. Płyta w porównaniu do poprzednich jest jakby "żywsza", kawałki na inej są szybsze, ale również bardzo refleksyjne, ogólnie następuje to powolna eliminacja waltorni Banana i zastepowana jest gitarą, co nadaje płycie bardziej rockowe brzmienie. Czyżby już wtedy przewidywany był kryzys z Bananem? W 2005 roku na płycie "Poligono" również waltornia poszła kosztem drugiej gitary i nie powiem, że to źle. Ogólnie dwie ostatnie płty Kultu to już nieco inny Kult niż ten z lat 80. i 90. ale nadal pozostaje wielki i jest na poziomie. Może nie tworzy takich dzieł jak dawniej, ale po prostu rozwijają się muzycznie, szukają nurtów i eksperymentują. Na każdej płycie to widać. O.K.S.K. Goopia Peezda jak najbardziej rockowa i jazzowe 3 gwiazdy ;). Oceniam płytkę 8.5/10 pozdrawiam


matimat17 2009-09-24 15:32:30
Płyta niezła. Jedyne co mi się w niej niej nie podobało to hologram na folii. Powinni tego zabronić. Później wszyscy myślą, że kupiłem piratke.


ariado 2009-10-24 01:27:17
ntrhstthhhepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. - Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. - Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: - Józia, a gospodarz źli?... - O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. - Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał. Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. - Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam... - Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. . - Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo... - Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj! - Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować... - Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. - Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co? - A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie. - Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. - A czegój? - odkrzyknęła. - Chodzi ino. - Kiej dojem krowy. - Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj tego znajdka co? - Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. - Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. - Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz w raz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały... Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę. Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało... Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi... A teraz co?... Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze... Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito... - Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę... Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam... - Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos. - Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. - Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko. - Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami... - Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. - Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. - Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. - Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy. - Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. - Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. - Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?... - A juści, żeście to rozeznali?... no, no. - Po głosie ino, po gadaniu. - Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem? - Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. - Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. - Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. - A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa. - Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: - Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... - Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. - Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę... - Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie... I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. - Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. - Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł... - Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie... - Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. - Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. - To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco. - A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i chacharek 2006-03-14 13:15:50 Dobra płytka , podoba mi się brakuje tu tej metafizyki co na najlepszych płytach ale muzycznie świetna rozkosz dla uszu ta lekkośc aż się chce tylko tańczyć na tej łące ... Ruda Bolndyna 2006-03-14 17:10:18 ja chciałam tylko powiedzieć (a własciwie napisać,że ten album ma wszystko co należy...czyli głos i texty Kazika.a to jest najważniejsze przecież!!;p basia 2006-03-16 13:35:28 Oj Towarzyszu! Chyba czujesz potrzebę zabłyśnięcia. Weź się za politykę i na mównicę do sejmu. Tu masz za mało pola do popisu, brakuje kamer i nikt nie zobaczy twojej twarzy- nie staniesz się sławny, a przecież o to ci chodzi. Ta opcja zarezerwowana dla ZESPOŁU KULT. Nie wysilaj się więcej. Tracisz polot, na emeryturkę! S. 2006-04-03 22:32:37 Piotr Pielgrzym - super. Alonso 2006-04-23 20:57:31 Powalonych ci u nas coraz wiecej. Ale ja nie o tym. Pierwszy raz słuchałem tej płyty. I znając dorobek Kultu jestem rozczarowany. To już nie ten przekaz, nie te dźwięki. Jakaś ta płyta nijaka. Niby wszystko oki ale.... I muzyka wydaje się maskować dość przeciętne teksty.Kojarzy mi się z "Uwiądem Starczym". Kazik poszedł na łatwiznę, albo zabrakło mu kasy i musiał coś wydać, albo mu się do końca niechciało. Jest jeszcze jedna opcja.... Kazik się STARZEJE. Odzyskaj jaja Kazik albo na koncertach będziesz grał tylko utwory lat 90-tych. Stęp 2006-04-24 11:53:56 Pierwszy raz słuchałeś Alonso, a zachowujesz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadał. Ja po jednym przesłuchaniu (nie wiem, może jestem taki tępy i ułomny...) nie potrafię ocenić żadnej płyty, czy to tekstów , czy muzyki, bo po prostu wszystko mi się jeszcze zlewa. Ale jeśli masz taki dar, że wyłapujesz wszystkie melodie, linie poszczególnych instrumentów i sensy oraz walory literackie (lub ich brak) od razu, to rispekt. Masz prawo twierdzić,że płyta jest do dupy i nijaka, a Kazik kwalifikuje się bardziej na Powązki niż do studia, ale proponuję przesłuchać płytę troszkę więcej razy niż 1, a teksty przeanalizować zgodnie z zasadami analizy utworów lirycznych, z którymi (mam nadzieję) miałeś kontakt w szkole. Poza tym Twoja wypowiedź jest, eufemistycznie mówiąc, mało konkretna (jak zresztą wszystkie dotyszące tego tematu). Coś jest nie tak ale... Właściwie wszystkie tu obecne "recenzje" to jedno wielkie ALE lub ACH-I-OCH. "Ale" "mówienie o muzyce jest jak taniec o architekturze", więc naprawdę polecam tę świetną płytę, (na początku też mi się nie podobała) i zachęcam do docenienia mniej "piosenkowych" utworów. Poza tym spróbój posłuchać kawałków nie tylko jako całości, ale pod kątem poszczególnych instrumentów : szczególnie Uwiąd starczy - gitara, Amulet - perkusja, piotr pielgrzym - róg&trąbka. A za przykład kiepskiej, prymitywnej, niedopracowanej płyty mo że Ci idealnie posłużyć POLIGONO... Viteq 2006-05-17 20:12:38 A ch**!!! Poligono Indrustial też jest dobrą płytą! słyszałeś Pan Pancerny albo Bracia? No właśnie! Stęp 2006-05-22 13:23:58 No może te dwa akurat nie są najgorsze, ale duszy mi na tej płycie brakuje i lepszej perkusji. ewa 2006-05-31 16:12:13 oj kochany, duszy to ty chyba nie masz, jak tak piszesz. Posłuchaj sobie jeszcze kilka razy Chama, A kiedy nic was nie ochroni,Tłuszczy. Jesteś chyba w dołku inelektualnym. Pozdrawiam jolo 2006-08-01 09:40:48 Brakuje dużo tej płycie.Za mało energicznego grania a zadużo smutów. Troche wiencej gitary i mniej denćiaków. Bronowianin 2006-08-04 21:06:30 Moim zdaniem jest to chyba najgorsza płta KULTU, chociaż jest parę kawałków, które po wielokrotnym wsłuchaniu się w nie mogą się jednak spodobać. Szkoda trochę, że KULT odszedł w niej jakby od swojego niepowtarzalnego klimatu na rzecz powiedzmy to szczerze komerchy... Ale mi mimo wszystko podobało się parę kawłków z "Salon Recreativo" i zachęcam do posłuchania. Maciek 2006-08-12 22:08:42 Wódka Rules i już!!! jona 2006-08-31 22:53:45 Mi się podoba baaardzo płytka:) beq 2006-09-02 14:22:00 Wbrew pozorom świetna puyta! Zachęcam do słuchania i głową trzepania :) Cannibal 2007-02-28 11:18:50 Na pewno nie najgorsza... Same pomysły i mnogość wykonań najróżniejszego rodzaju... niektórym może się nie podbaĆ przez to, że jest to nowy Kult... jest świetna i tyle bartk 2007-03-01 12:03:41 dzięki Kaziu za SEN BRUNA S. Płyta no może nie na 6 ale 5 się jak najbardziej należy. GORN 2007-03-05 16:23:05 Słaby album ! Ale da się go słuchac 4 biazol 2007-07-11 14:33:19 Tę płytę trzeba słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać. Nie można w niej się zakochać od pierwszego słyszenia. Ale potem jest coraz lepiej. Odkrywam ją na nowo. jaj 2007-07-31 21:59:13 Bardzo dobry album. Wszystkie piosenki wypasione, a w "Amulecie" totalny odlot. Dla takiej muzyki warto żyć. paprot 2007-10-09 19:35:59 Płyta świetna wiem o tym od 6 lat zawsze jak przychodzi jesień to jej słucham i wiadomo gusty są różne ale Sen Bruna S. nie do pobicia:) "To tylko sen, To tylko sen, to tylko sen lecz czemu śni mi się w dzień" tom 2007-11-03 16:57:17 zdecydowanie wyjebana w kosmos płyta Góra 2007-11-15 18:24:56 ciekawy album. Negatywne oceny wynikają tu raczej z zasłuchania się w poprzednią płytę Kultu "Ostateczny Krach Systemu Korporacji", "Maquinasa" Kaenżetu oraz "12 groszy" i "Melasse" Kazika, które są na bardzo bardzo wysokim poziomie. Ukryć się nie da, że przy tych albumach "Salon" staje się przeciętną płytką, ale zauważyć należy że dalej jest to bardzo wysoka półka pahan 2007-11-26 19:17:26 Do tej płyty musiałem się długo przekonywać. Teraz twierdzę że jest to dobra, równa płyta. Klimatem kojarzy mi się z "Moim wydafcą". Jedynym utworem który mi nie podchodzi jest "Dokąd uciekasz?". Adam 2008-01-02 21:38:43 Kazik zawsze robi zajebiste płyty! To jest kwestia wejścia w klimat jego przekazu! ja słucham głównie metalu(ale Kultu,Kazika,KNŻ też).Kazik Staszewski jest dla mnie wybitnym twórcą i myślicielem! Konrado 2008-03-15 21:54:29 Jak dla mnie płyta jest świetna! Jak zawsze świetne teksty i muzyka. ;-) mejden159 2008-08-09 01:24:24 Cóż, do 1998 Kult wydawał płyty co rok lub co dwa, widać, że poświecenie trzech lat (1998-2001) okazało się być słusznym wyborem. Płyta w porównaniu do poprzednich jest jakby "żywsza", kawałki na inej są szybsze, ale również bardzo refleksyjne, ogólnie następuje to powolna eliminacja waltorni Banana i zastepowana jest gitarą, co nadaje płycie bardziej rockowe brzmienie. Czyżby już wtedy przewidywany był kryzys z Bananem? W 2005 roku na płycie "Poligono" również waltornia poszła kosztem drugiej gitary i nie powiem, że to źle. Ogólnie dwie ostatnie płty Kultu to już nieco inny Kult niż ten z lat 80. i 90. ale nadal pozostaje wielki i jest na poziomie. Może nie tworzy takich dzieł jak dawniej, ale po prostu rozwijają się muzycznie, szukają nurtów i eksperymentują. Na każdej płycie to widać. O.K.S.K. Goopia Peezda jak najbardziej rockowa i jazzowe 3 gwiazdy ;). Oceniam płytkę 8.5/


martin1916 B 2011-03-26 13:22:33
Wbrew wielu opiniom,że to słaby album,ja się z nimi nie zgadzam i uważam,że to świetne,tradycyjnie KULTowe jazdy natury andergrandowej...;P




dodaj komentarz lub recenzję

Twoje imię lub pseudonim:



Twój adres e-mail:



  

Treść komentarza lub recenzji:

  zapamiętaj imię lub pseudonim oraz e-mail